|
|
Najgorszy koszmar potrafi wyryć w młodym umyśle piętno. Pewnego niezbyt pięknego wieczoru w wieku 7 lat najwyraźniej nie wypiłam szklanki ciepłego mleka przed snem, bo przyśniło mi się takie gówno, że prawie rok budziłam się przerażona i spałam u rodziców na podłodze. Aż dziwne, że nie wylądowałam u psychologa. Najpierw miałam całkiem normalny sen. Nagle przekształcił się. Poczułam coś brudnego, złego. Byłam około 45-letnim mężczyzną, biznesmenem. Siedziałam (siedziałem) na krześle, a raczej byłem do niego przywiązany. Z licznych ran na mojej twarzy sączyła się ciepła, ciemna krew. Zszarzałe, poszarpane ubranie odsłaniało ślady, jakie rozmaite narzędzia tortur pozostawiły na mojej skórze. Do dziś pamiętam moje spojrzenie- na wpół oszalałego człowieka, opętanego przerażeniem, który stracił już wszelką nadzieję na pomoc i błaga tylko o śmierć. Dookoła stało kilku bandziorów- nieogolonych, śmierdzących potem (a może to ja tak śmierdziałem), grożących mi, krzyczących, przeklinających. Jeden wymachiwał czymś białym. Za nimi widziałem drzwi do innego pomieszczenia tej ciemnej piwnicy, w której wszystko się działo. Chcieli kod do mojego sejfu. Bałem się, czułem, jak każdy nerw w moim ciele wrzeszczy z bólu. Podałem kod, jakieś cyferki. Nie kłamałem, nie zależało mi wtedy na pieniądzach. Obiecali, że jeśli to zrobię, puszczą mnie wolno. Nie powinienem im ufać. Z chwilą, gdy podyktowałem ostatnią cyfrę, poczułem coś zimnego w ustach. ~Wtedy wyskoczyłam z ciała mężczyzny i znów byłam sobą. Stałam z boku, nie mogłam się ruszyć, ale oni mnie nie widzieli. Spostrzegłam, że jeden z napastników wkłada do ust ofiary... gromnicę. Białą świecę. Zanim zdążyłam się zastanowić nad sensem jego działania, nastąpił ogromny wybuch. A raczej pierdolnęło jak FatMan. Pojawiło się mnóstwo dymu. Byłam przerażona, nie mogłam uciekać, musiałam patrzeć na wszystko, co nastąpiło potem... Rozszarpane na strzępki ciało mężczyzny, zwisające z rur pod sufitem, rozbryzgane na ścianie, podłodze, na mnie. Spalone ciała bandziorów na ziemi. Najgorsze było to, które jeszcze stało, ale nie miało głowy. Została tylko skwiercząca, czarna, przypalona szyja. Wszyscy zginęli. Czerwień krwi. Smród dymu. Chciałam wymiotować. Uciec. Zamknąć oczy. Przeszłam do drugiego pokoju, gdzie było jeszcze dwóch mężczyzn. Jeden stał w kącie i patrzył na coś z przerażeniem. Zorientowałam się, że przede mną stoi łóżko, w którym siedzi jeszcze jeden bandyta. Nie miał połowy głowy, mózg i krew skapywały na pościel. Zapytał "co się stało?" i spróbował się uśmiechnąć, ale miał zbyt zmasakrowaną czaszkę. W tym momencie poczułam mocne potrząsanie. Okazało się, że wrzeszczę na głos i tato mnie budzi. Co noc przez prawie rok budziłam się około 2 w nocy i z płaczem i podusią szłam do pokoju rodziców- plecami do ściany. Nie wiem, kiedy dokładnie i dlaczego stany lękowe ustały. Jak wielki wpływ na nas może mieć zwykły sen...
Pamiętam swój pierwszy świadomy sen. Chyba. A przynajmniej świadomy sen, zapamiętany jako pierwszy. Miałam wtedy 5 lat. Jak zwykle tato poczytał mi bajkę przed snem i dał buziaka na dobranoc. Zasnęłam dość szybko. Nagle zorientowałam się, że jestem z nim na spacerze. Szliśmy dobrze znaną mi ulicą. On trzymał mnie za rękę. To było bardzo fizyczne uczucie- czułam ciężar jego dłoni, jej szorstkość. W drugiej ręce miał smycz, za którą ciągnął nasz wielki czarny pies. Przeszliśmy jeszcze kilkanaście metrów. I wtedy uderzyło mnie, że tak naprawdę nie mamy psa. To musiał być sen. Na próbę puściłam rękę taty. Nic się nie stało. Szedł dalej, oddalał się coraz bardziej. Choć byłam jeszcze mała, w ogóle nie czułam strachu. Postanowiłam pobawić się na pobliskim placu zabaw, jak to beztroskie dzieci mają w zwyczaju :) Niezbyt pamiętam, co było dalej. Troszkę chodziłam po takich betonowych konstrukcjach, przypominających plaster miodu. I potem pustka. |
|