Twisted_Sister's Notatnik


oobe.pl

 

Witaj Gościu ( Zaloguj | Rejestruj )

entry 21.06.2014 - 07:20
Pamiętam ten sen od momentu, kiedy stoję przed wejściem na dworzec PKP w swoim mieście i widzę, że niedaleko mnie stoi czarny, "sportowy" samochód.

Przypomina mi się jeszcze wcześniejsza scena (ale nie wiem, gdzie umieścić ją chronologicznie), w której chyba prowadzę stary samochód w kolorze ciemnej, wyblakłej czerwieni (albo to ktoś inny go prowadzi - nie jestem pewna, bo widzę scenę z perspektywy osoby trzeciej, ale słyszę rozmowę w aucie z perspektywy kogoś, kto w niej uczestniczy i wynika, że jest kierowcą). Chcę sprawdzić czy ktoś za mną podąża. Osoba, która jest ze mną w aucie poleca mi gwałtownie zawrócić. Tak robię (włączając przy tym kierunkowskaz) i okazuje się, że ktoś z tyłu robi tak samo jak ja i jedzie za mną.

Teraz zaczynam podejrzewać, że ten czarny samochód mnie śledzi. Jestem tego niemal pewna. Obmyślam w głowie plan. Myślę sobie, że muszę szybko stamtąd zwiać, ale najlepiej tak, żeby ten samochód mnie zgubił. Dochodzę do wniosku, że nie jest to za bardzo realne. Dlatego myślę sobie, że będzie dobrze, jeśli po prostu uda mi się zwiać, a właściwie rozpocząć w ogóle ucieczkę. Myślę, że jeśli osoba z tego samochodu zorientuje się, że coś podejrzewam i że nawiewam, to mnie zlikwiduje. Ale nie bardzo da się też zrobić tak, aby się nie zorientowała, bo chcę szybko wskoczyć do swojego samochodu i odjechać, a do tego muszę przebrać (albo ubrać buty). Nie mając więc dobrego planu, postanawiam po prostu zacząć działać, to znaczy uciekać. Jak gdyby nigdy nic, wyjmuję z torebki buty - o dziwo, nie są to najidealniejsze buty do prowadzenia samochodu - są na lekkim koturnie pod piętami, przypominają typowe pantofle Kopciuszka, są w kolorze błękitnym, zrobione są z lekko prześwitującego materiału. Zakładam je na nogi i porywam się biegiem do samochodu, wsiadam, przytrzaskując coś drzwiami i wtedy już wiem, że kierowca czarnego samochodu zorientował się chyba (a raczej, utwierdzam się w przekonaniu, że mnie śledzi) i zamierza jechać za mną.

W kolejnej zapamiętanej scenie, uciekam przed kimś (być może jest to ta osoba, co prowadziła samochód z poprzedniej sceny, a nawet ta sama osoba, co śledziła mnie w jeszcze poprzedniej scenie). Tym razem nie jestem w samochodzie. Jestem chyba w szpitalu. Na wąskim korytarzu są poustawiane łóżka - jedno obok drugiego, pod kątem prostym do ścian bocznych korytarza. W tych łóżkach leżą ludzie, a ja - nie mając wystarczająco miejsca pomiędzy łóżkami - zaczynam biegiem czołgać się po tych ludziach, na tych łóżkach. Nagle orientuję się, że mam przy sobie nadajnik, bo słyszę, jak coś cicho pika. Przez chwilę myślę, że to jakaś bomba i że zaraz rozsadzi mnie na kawałki, ale jednak obstawiam nadajnik. W półbiegu z przeszkodami-łóżkami, zaczynam szukać przy sobie tego nadajnika i widzę coś, co przypomina... Nie wiem, jak to się nazywa, ale jest taki przedmiot... Malutki, nie dłuższy od paznokcia. Ma kształt walca pustego w środku, a na dwóch swoich końcach ma osadzone dwa, pełne, krótsze walce. Nie do końca jest jednak puste, bo wewnątrz ma jakieś takie drobne ziarenka. Widać je przez prześwitującą szybkę walca. To coś jest przyczepione do mojego rękawa, jakby tworzyło razem z nim ładunek elektryczny i w ten sposób się przy nim trzymało. Ciężko jest to strzepnąć z siebie, bo sprawia wrażenie jakby się elektryzowało i po prostu zlepiało z ubraniem. Po chwili jednak udaje mi się strzepnąć to na podłogę. Patrzę do tyłu i widzę, że mam pewną przewagę nad tym, kto mnie goni, więc myślę sobie, że teraz, kiedy pozbyłam się nadajnika, muszę przyspieszyć i spróbować go zgubić. Jednak szybko zmieniam plan, kiedy widzę, że w ostatnim łóżku leży mój znajomy. Postanawiam powiedzieć mu, żeby zadzwonił do mojej mamy i powiedział, że wszystko ze mną dobrze. Zatrzymuję się w jego łóżku. Najpierw mówię mu, żeby zadzwonił, ale szybko w głowie wyobrażam sobie tą rozmowę i to, jak by się motał, nie wiedząc tak naprawdę, co się ze mną stało - mówię: "Powiedz, że wszystko ze mną dobrze, tylko jestem... jestem w... Albo nie, napisz SMS - że wszystko dobrze i kropka." Wyciągam swój telefon i zaczynam dyktować mu numer, ale mylę się. Dwa razy zaczynam od początku, a potem biorę jego telefon i sama próbuję wstukać ten numer, ale nie pamiętam, żeby mi się udało. Na końcu chyba zostawiłam tam, na tym łóżku ten telefon i pobiegłam dalej, licząc, że kolega sobie z tym poradzi.

Akcję kolejnej sceny pamiętam od momentu, kiedy jadę gdzieś tramwajem. Mam przy sobie parę rzeczy - torebkę, jakiś większy bagaż i jeszcze coś mniejszego. Chyba przesiadam się z jednego tramwaju na drugi i kiedy stoję na przystanku, zaczynam z kimś rozmawiać, a bagaże postawiłam obok. Wsiadając do następnego tramwaju, biorę dwie rzeczy, ale zapominam o torebce. Zanim tramwaj zdążył dobrze ruszyć z przystanku, naciskam przycisk otwierania drzwi i mówię do motorniczego: "Przepraszam! Przepraszam!", a ten najwidoczniej domyśla się, że chcę wysiąść i zatrzymuje tramwaj. Wysiadam z niego, a osoba mi towarzysząca (mój znajomy) zostaje w środku, razem z moimi pozostałymi rzeczami. Podchodzę na przystanek, do mojej torebki, biorę ją, odwracam się, chcąc zobaczyć, czy tramwaj odjechał, czy mogę jeszcze do niego wrócić i widzę coś zaskakującego. Widzę jakąś bójkę, ale słabo. To mój kolega bije jakiegoś faceta. Z tego, co do niego mówił, wywnioskowałam, że ten facet chciał coś zrobić z moimi rzeczami, ale nie pamiętam dokładnie co - albo czegoś w nich szukał. Nie wiem, czy była to zwykła próba kradzieży, bo ten znajomy strasznie go pobił. Aż zaczęłam sobie myśleć, że to był jakiś szpieg czy ktoś w tym rodzaju - jakiś znany mój wróg po prostu. Oni dwaj i jeszcze jakiś, postronny facet "wypakowali" się z tego tramwaju. Jesteśmy teraz na środku jezdni. Staram się odciągnąć znajomego od tego faceta, bo ten wygląda już na całkiem bezbronnego, ale znajomy nie zwraca na to uwagi. Po chwili ten facet przestaje się ruszać. Mój kolega jakby lekko się przestraszył. Zaczynamy sprawdzać czy ten facet żyje. Ktoś z nas podnosi jego powiekę, pod którą widać całą białą gałkę oczną, a ten drugi facet, który też wysiadł z tramwaju, stwierdza: "Mamy trupa.", a potem mówi coś, co sugeruje, że nikt stąd nie odejdzie. Kolega wygląda na załamanego. Obejmuję go, on mówi: "Przepraszam. Nie chciałem tego. Chciałem tylko ci pomóc. Przepraszam.", a ja na to: "Wiem." Siedzimy tam i przytulamy się, będąc załamani. Czekamy aż przyjedzie policja.

 
« Następny starszy · Twisted_Sister's Notatnik · Następny nowszy »