Wczoraj chciałam wyjść metodą 4+1. Jakoś ona jest dla mnie najłatwiejsza. Położyłam się spać o 23:00 a budzik nastawiłam na 3:00. Mój organizm samoistnie obudził się o 2:30 po pierwszym cyklu snu więc zaczęłam wcześniej. Miałam zaplanowany pewien eksperyment w poza. Potrzebowałam do tego pomocy Mtj lub niefizycznych przyjaciół. Zaczęłam ich wzywać w myślach i tłumaczyć co chcę zrobić. Prosiłam by się pojawili. Osiągnęłam paraliż senny i złapały mnie wibracje. Prawie zawsze odczuwam wibracje przy wyjściu. Niefizyczne ciało zaczęło się już kręcić by opuścić fizyczną powłokę. Wibracje wzrastały i wzrastały, aż byłam w szoku. Zaczęły sprawiać mi ból. Do tej pory odczuwałam je słabiej lub mocniej porównując do mrowienia ciała, drgań ciała, rażenia prądem jeśli były mocniejsze, wewnętrznym trzęsieniem ziemi, połączonych z wrażeniami słuchowymi piszczenia , buczenia lub silników samolotu i jeszcze odczuwało się w uszach jakby trzepotanie skrzydeł ptaków.
Tym razem wibracje były tak silne, że poczułam fizyczny ból w uszach. W sumie w prawym uchu. Lewe miałam przytknięte lekko do poduszki. Miałam wrażenie, że mi zaraz bębenek w uchu rozsadzi. Musiałam osiągnąć bardzo wysoką częstotliwość Hz ciała. Dźwięk towarzyszący wibracjom był identyczny jak z cewki Tesli. Stwierdziłam, że poczekam co będzie dalej, ale ból się nasilał więc przerwałam wszystko. Spróbowałam jeszcze raz, ale nie pojawili się NP ani Mtj i faza się urwała. Czasem na forum pisali ludzie, że odczuwają ból podczas wibracji. Podchodziłam do ich słów z dystansem bo przez kilkanaście lat swojego doświadczenia nigdy nie spotkałam się z czymś takim. Owszem, czasem wibracje powodowały swoją siłą dyskomfort, ale ból nie. Zmieniłam zdanie. Aha jeszcze dodam, że nadal delikatnie czuje ból prawego ucha. A rano jak wstałam, zaczęła mi lecieć krew z nosa i to dosyć mocno. Może to przypadek niezwiązany z nocą . Oczywiście to mnie w żaden sposób nie odstrasza od dalszych lotów. Biorę to za pojedynczy incydent.