Ogólnie zasypiałem już od 21 budząc się co pół godziny-godzinę przez pierwszy "cykl", pamiętam że już wtedy śniłem, ale nic ciekawego. Mogło to być spowodowane tym że dzień wcześniej spałem tylko 5 godzin i brakowało fazy REM?
Pamiętam że byłem wysoko na drzewie obserwując panoramę wyspy, drzewo przypominało palmę ale było dużo większe i bardziej rozbudowane, rozgałęzione. Nagle zaczęło wiać ciepłym powietrzem, ludzie krzyczeli że zbliża się tajfun i trzeba się przed nim schronić. Zeskoczyłem z drzewa chociaż jeszcze chciałem zrobić zdjęcie, pomyślałem przez chwilę że spokojnie mogłem je zrobić, to przecież tylko chwila. Wsiadłem do autobusu i na początku bez używania pedałów zmierzałem w stronę wioski, droga nie była przystosowana do jazdy po niej. Tuż przed wioską zmieniła się w błoto, gałęzie i skały, pod które ciężko było wjechać nawet używając pedała gazu, chwilę się posiłowałem ale na nic. Ktoś polecił mi wycofać i przyjechać inną drogą. Tracę na chwile pamięć.
A gdy ją odzyskuję dojeżdżamy już do portu, o ile tak to można nazwać. Spotykam tam większość mojej rodziny, kuzynka krzywo na mnie spogląda, staram się ją ignorować i udaje że wszystko ok. Jesteśmy na czymś przypominającym molo które na samym końcu ma kilka ławek w kole i wszystko jest pod piramidalnym dachem. Świeci słońce, jest ciepło i morze jest niewiarygodnie czyste, powtarzam w kółku że jednak kogoś jeszcze stać na takie wycieczki z niedowierzaniem że znajduję się w tak pięknym miejscu. Kuzynka mówi że skoro tu jesteśmy to jednak kogoś na to stać. Chociaż i tak wiem, i odpowiadam że to "ich" zasługa. Skaczę z mola do wody i pływam chwilę, do puki nie tracę znowu pamięci.
Gdy ją odzyskuję znajduję się na dosyć sporej łódce, dookoła jest ich dużo. Słyszę rozmowę mamy z jej byłym partnerem, jak mówią że najchętniej by mnie tu zostawili, że może by mnie tu znowu wysłali ale na zawsze. Zaczynam rozumieć jak poruszać się łódką i z łatwością się rozpędzam, wraz z nabyciem prędkości tracę sterowność i wjeżdżam w dwie puste łódki wznosząc się w powietrze. Pierwszy do wody wpadam ja, i obserwuję jak powoli opada też łódka, niestety obrócona do góry nogami zaczyna nabierać wody. Słyszę głosy partnera mamy, jak mówi że takie łódki są łatwo zatapialne. Szybko obracam łódkę na właściwą stronę i zaczynam z niej wybierać całą wodę która do niej napłynęła. Dopływam do brzegu gdzie ludzie przypominają mi że silnie wieje ciepłym powietrzem co oznacza że zbliża się tajfun i musimy się schronić. Uciekamy wszyscy w głąb wyspy, jest z nami też jakiś pies któremu staje się coś w łapę i zaczyna kuleć.
Znowu mam blackout'a i odzyskuję pamięć w jakimś mieszkaniu, w blokowisku chyba na ostatnim piętrze. Tata tłumaczy że wyspy karaibskie i tym podobne zarabiają tylko na turystyce itp. Za każdym razem jak coś mówi, widzę to przed oczami, jakby wizja. Tłumaczy że sami tworzą sobie eco system budując rafy koralowe. Widzę podwodną ścianę składającą się z jakby muszli, która potem miałaby obrosnąć życiem, w międzyczasie jak ją obserwuję słyszę tłumaczenie że mogą być głębokie nawet na 7 kilometrów w głąb oceanu. Obserwuję też wyspę na kształt rozgwiazdy która miałaby się składać z tych samych jakby muszli co rafy koralowe. W domu jest też pies któremu zaczyna lecieć krew z łapy, dochodzimy do wniosku że musiał to sobie zrobić uciekając. Tata decyduję się napisać gdzieś list, przeszukuje między stosem gazet i listów czystej kartki ale jej nie znajduję, stwierdza że skoro nie ma na czym pisać to przekształci jeden z listów w to co chciał napisać (?)