|
|
Ja, mama i jej były wsiedliśmy na łódź, podczas podróży ktoś opowiadał o pięknych wzgórzach wyłaniających się z wody. Chwilę po wypłynięciu byliśmy już na miejscu. Wiele wysp i wysepek, niektóre z nich były tylko wierzchołkami podwodnych gór. Opuściliśmy łódź kilkaset metrów od wysp żeby dopłynąć do nich wpław. Wiedziałem że w tych wodach mogą czekać takie niebezpieczeństwa jak rekiny ale nie chciałem niepotrzebnie rodzić paniki i niepokoju. Miałem przed sobą jakby karton po winogrona, gdy płynąłem kraulem miałem go przed sobą a gdy się męczyłem unosiłem się na nim. Dopłynęliśmy na wyspę, nie było na niej żadnej roślinności, tylko piach i skały. Znajdowało się na niej paręnaście lwów morskich. Na początku byłem trochę niespokojny że coś mogą nam zrobić, i opowiadałem o tym jak silne szczęki mogą mieć. Jednak po dłuższej chwili gdy okazało się że nie mają wobec nas złych zamiarów nawet jednego zacząłem głaskać i przytulać. Podziwialiśmy widoki, inne wyspy nazywając je. Była tam wyspa Oʻahu, Fidżi (? Co tam robiła ?), Kauaʻi, Molokaʻi i parę innych, mniejszych. W międzyczasie mój ponton ratunkowy - karton winogrona zdawał się gdzieś odpłynąć, byłem dosyć zmartwiony że będę miał problemy z dopłynięciem do łodzi. W tak samo krótkim czasie jak dotarcie do wysp wróciliśmy do domu. Zastanawialiśmy się gdzie tak naprawdę byliśmy biorąc pod uwagę błyskawiczne tempo przybycia. Jako że sami nie mieliśmy żadnego nadajnika przy sobie w trakcie pobyciu na wyspie to musieliśmy zaufać mojego telefonowi zostawionemu na statku. Co jakiś czas telefon zapisywał nasze koordynaty. Wypłynęliśmy z portu w Wenecji a dotarliśmy tak jak myśleliśmy na Hawaje, chociaż trudno mi było przypomnieć sobie przepływ przez cieśninę gibraltarską to uwierzyłem w zapisy telefonu.
|
| ||||||||||||||