|
|
Byłem na wybrzeżu, coś się stało i z otchłani mórz zaczął się wyłaniać ogromny statek kosmiczny. Jego obecność była naszą winą. Nagle zacząłem mieć wizję co zrobić żeby wszystko naprawić. Gdzieś w odległej wiosce znajdowało się ich centrum dowodzenia do którego miałem się dostać, było ono strzeżone przez "wieżyczki" i pola elektromagnetyczne. Doszedłem do jakiegoś wydawałoby się opuszczonego zamku na wzgórzu z którego mogłem dokładnie obserwować ich wioskę. Gdy wszedłem do jednej z komnat znalazłem się w wejściu do starej szkoły, czekał tam na mnie dyrektor i miał dopilnować że trafię do klasy z zajęciami. Myląc korytarze prowadzące do klasy trafiłem na ostry dyżur, w toku była jakaś operacja a przed salą stała para lekarzy - specjalistów. Z uśmiechem na twarzy powiedzieli że nic się nie stało, w niczym im nie przeszkodziłem chociaż czułem się niezręcznie. Szybko ich opuściłem i udałem się do klasy. Siedziałem na przeciwko znajomych mi osób, gdy wyrzucałem do śmietnika coś zawiniętego w chusteczkę to odbiło się od niego na ziemię i rozwinęło. Dziewczyna z naprzeciwka zaczęła przerażająco płakać, okazało się że był to wyrostek robaczkowy na który widok panicznie zareagowała. Musiałem dostać to od lekarzy. Przez chwilę dyskutowaliśmy z profesorem na temat sadystycznej i kanibalistycznej natury człowieka. Po tym jak powiedziałem że na jego widok zgłodniałem i najchętniej bym go usmażył. Chwilę później przyszywaliśmy go osobie która miała już jeden wyrostek robaczkowy, zwykłym grubym sznurkiem.
|
|