|
|
Trochę mnie tu się nie pisywało. Trudno się dziwić, 12h dziennie fizycznej pracy nieco daje w kość, choć są pewnie lepsiejsi mocarze :P. Wreszcie weekend, choć już co prawda na finiszu, więc jest i chwilka na kilka choćby niedługich wpisów na blogi. Czas więc na aktualizację: Wewnętrzne napięcie emocjonalne schodzi ze mnie, nareszcie. Medytacja przynosi efekty. Choć jeszcze będzie trzeba to dopracować. Nie mam już problemu z napięciem na co dzień, ale kiedy przychodzi do jakiś większych wagowo wyzwań, napięcie potrafi się odrodzić, ale już i tak nie takie silne jak kiedyś. Potrafię już w niemal dowolnym momencie je zneutralizować. Najtrudniejszą sytuacją wciąż pozostają kontakty międzyludzkie, napięcia może wtedy już niema lub jest ono minimalnie, ale każda rozmowa z jakimś człowiekiem po prostu rozwala moją uwagę i poczucie świadomości. Z medytacją jest coraz lepiej. Problemy występują podobnie jak powyżej, ale to i tak wszystko jest tylko kwestią czasu, kwestią opanowania i zrozumienia :). Podoba mi się to, że niemal w każdej chwili potrafię uruchomić świadomość i spojrzeć na materię jak na zwykłą materię, wyłączyć się z pod jej wpływu, rany jaką to ulgę potrafi dać. Nie podoba mi się jednak to, że gdy wreszcie mogę choć trochę spojrzeć na siebie z punktu obserwatora, widzę pustkę swego życia, czy też jego nieużyteczność.. heh, na co więc czekać? Pora tą pustkę nieco wypełnić :). Nieoczekiwanie, chyba najlepiej idzie mi świadomość emocji, a myślałem że to będzie najtrudniejsze, zresztą i tak miałem zacząć najpierw od poznania ciała, ale wszystko się jakoś wymieszało :P. Najgorzej jest z rozgadanym umysłem, ale i tak jest lepiej. Średnio idzie mi z ciałem, jakoś nie mogę uchwycić tego złotego środka świadomości. Niby obserwuje swe ciało, swe czyny, ale mam wrażenie jakby świadomość nie nadążała za ciałem. Poruszam palcem dłoni, czuję i obserwuję, ale nadal świadomość jest o ten ułamek sekundy spóźniona, daje to wrażenie automatyczności wszystkich moich ruchów. Niekiedy sobie siadam w spokoju, i staram się skupić np, na wyproście i zgięciu małego palca. Czasem zdaje mi się że już prawie załapałem, już prawie to mam.. ale za chwile wszystko mi umyka. Czegoś tu stanowczo brakuje, czegoś jak myślę, pomiędzy impulsem w mózgu, a ruchem palca.. ale co, i jak to opanować? Liczba snów spadła, wszystko przez niewysypianie się i lekkie poczucie rutyny, ale już wychodzimy na prostą.
Ładnie się rozkręca. Ostatnio zanalizowałem swe postępowanie wobec wewnętrznego napięcia stresu i lęków. Se obiecałem, że uciekać nie będę, a miecza dobędę, lęki zaakcpetuje w sensie istnienia, taktykę podejmę i ścierwo rozpłatam jak kredyt w ratach na kilkadziesiąt lat. Wszystko ok, zapał jest, ambicja jest i w ogóle full zestaw błogosławionej pieśni niebios, tyle że.... Przez ten czas czyniłem dokładnie na odwrót. Po staremu, zamiast walczyć, napięcia i lęków mych unikałem, no istne dno duchowej hipokryzji. Oświecenie na szczęście spotkało mnie w... empiku :). Czytając jedną z wielkich mądrych ksiąg, dostrzegłem swój błąd i przyjąłem nową praktykę. Koniec z blokowaniem negatywnych energii uczuć, duszenia ich w sobie, to nie tak, to tylko problem komplikuje. Teraz czas jest by tamy wielką wodę powstrzymujące zwolnić. Niech wszystkie te uczucia, stresy, lęki itp itd etc. wyzwolić, nie blokować. Niech się rozprzestrzenią po całym moim ciele kiedy tylko będzie to konieczne. Ja sobie siądę w tym chaosie, rozluźnię, i poobserwuje jak Drizzt na swym Kopcu z widokiem na Dekapolis, nic więcej nie uczynie. Czy to działa? A no działa :) Moja medytacja jeszcze tylko na tym zyskuje, a sam czuje się coraz lepiej. Nie sądzę że kiedyś zwalczę całkiem te negatywne uczucia. Chodzi chyba raczej o to, by je poskromić, bo przecież czyż nie są one elementem ludzkiego życia na tym padole? A może kiedyś faktycznie one znikną. Zobaczymy :). Ponad to, zmieniam nieco priorytety medytacji: obecnie głównym etapem jest teraz poznanie własnego ciała, dodatkowo cała reszta, czyli umysł i uczucia, ale najważniejsze póki co jest ciało. Tu jest pewna komplikacja, ale może o tym kiedy indziej. Pozdrawiam.
Żyje? Tak! Naturalnie że żyje ^^, ino tylko coś ostatnio zaniemogłem na wskutek pracy. Krótko i zwięźle: Dotarłem do namacalnej granicy swego rozwoju. Nie nie, granica to złe słowo, bariera lepsze. Bariera, charakteryzująca się tym że umysł stara się zminimalizować moje starania do poziomu nudnej rutyny, ha! nic z tego ;). Efekty są coraz lepsze, coraz lepiej się koncentruje i kontroluje, choć jeszcze z litr cierpliwości z pewnością się przyda, co tam, bawimy się dalej :). Po wielu potyczkach rozegranych z moimi lękami WNE, czas nadchodzi na druzgoczący cios. O tak, dziś się trochę zabawimy z emocjami. Chyba wiem jak to dobrze rozegrać, wg rad Osho, który zresztą gada to samo co ja już wymyśliłem wcześniej :P. Nic to, jedziemy dalej ;). Opiekun? Jaki opiekun? Nikt taki się nie odezwał :D, jeszcze! Sny mam już co dziennie, wpadłem w dobry rytm śnienia :). i niespodziewana niespodzianka, przypadkiem odkryłem czym są i jak wywoływać w banalny sposób wibracje kiedy tylko mi się zechce :o. Znaczy, trzeba to trochę po testować by być pewnym, ale jeśli się sprawdzi to oznaczać to będzie że wibrować potrafiłem już od najmłodszych lat :D, ale jeszcze nie wiedziałem wtedy co to tak na prawdę jest. Na OOBE jednak jeszcze przyjdzie czas, nie teraz, w to pobawimy się w swoim czasie. P.S. Wiosna wróciła! :D
Okej, chyba zaczynam to rozgryzać. Trochę światła padło na drogi mych wyborów, i coraz klarowniej okazuje się, że być może miałem racje: pomiędzy drogą w lewo i prawo, chyba jest jeszcze jedna. Choć poukładanie tego w logiczną definicje zajmie jeszcze trochę czasu, wszystko przez zamęt jaki we mnie rozgorzał jakby kto do brzucha nawrzucał mi rozpalone węgle. Droga w jedną stronę, daje możliwość obserwacji ciała z punktu widzenia duszy, efekt: oderwanie od rzeczywistości. Jestem duszą, nie ciałem, emocją, myślą, dotykiem itp. Droga w przeciwną stronę daje, daje przeciwny efekt: jestem ciałem, myślą itp itd. i wtapiamy się w rzeczywistość. Co jest pomiędzy? Może do i najbystrzejszych nie należę, łamie sobie głowę pewnie na czymś co jest banalnie proste. Tak czy siak, każdego nowego dnia odkrywam, że ta droga rozwoju duchowego daje mi coraz więcej zabawy :). Długo myślałem, nad kształtem drogi pomiędzy lewą a prawą. Umysł, jakże medytacji nie lubiący, ostro wykorzystał tą sytuacje mej słabości i ściął mnie z nóg w przepaść pełną zwątpienia, ale nie ze mną te numery ;). Nieoczekiwanie z pomocą przyszedł mi pewien legendarny wojownik. Mistrz dwóch sejmitarów, potomek mroku, ale opiekun światła z czarną panterą u boku. Tak, wyobraźnia nie zawiodła, chyba mój jedyny sprzymierzeniec w tej samotnej wędrówce do celu (no chyba że o czymś nie wiem). Przechodząc bliżej do rzeczy, przypomniał mi się pewien fragment z barwnej historii Drizzta Do'Urdena, kiedy to jeszcze jako dziecko żył pośród swych niegodziwych drowich pobratymców. Matka, władczyni jego rodu, żądała by Drizzt wykształcił się na maga. Jednak Zak, ojciec Drizzta odkrył w nim wielki talent fechmistrza, do czego przekonał w końcu Matkę. Ulubioną bronią Drizzta stały się dwa sejmitary. Pewnego razu gdy on i Zak trenowali razem w sali ćwiczebnej, Zak wyraził swe ciche zdumienie w podziwie dla umiejętności młodego drowa. Oba miecze pasowały do niego jak ulał, władał nimi perfekcyjnie, wydawały się być.... przedłużeniem jego ciała. I otóż to! To jest genialne! ^^ Jestem duszą, jak w mordę strzelił, a me fizyczne ciało jest moim przedłużeniem jak dwa sejmitary. Jestem duszą i mam ciało, i jestem ciałem, to moje przedłużenie. Brakuje jeszcze jednego kawałka układanki, obserwatora. Skoro kwestia przedmiotu obserwowanego i obserwującego została pogodzona, to gdzie jest obserwator ich obu? W myśl teorii drogi pomiędzy wygląda na to, że obserwatorem jest... nikt, aż nikt. Nikt, jako obserwator, obserwuje mnie czyli duszę i przedmiot czyli ciało. To nawet ma jakiś sens. Czy nie o tym mówili wschodni mędrcy? O nicości, wolności, próżni itp, kto najlepiej do tego pasuje, jeśli nie Nikt? To całe rozmyślanie, to dopiero tylko prototyp, release candidate. Wszystko jeszcze się ukształtuje. Zresztą, czemu właściwie mam iść jedną drogą? Czy nie mogę czasem iść raz jedną, potem drugą i trzecią? To wydaje się być tylko jeszcze bardziej atrakcyjniejsze dla mnie. Ale! Poczekamy, przetestujemy, zobaczymy. Może na razie skupie się po prostu na byciu świadomym ciała, siebie, umysłu, oraz popracuje nad WNE. Właśnie! Co do WNE, są nowe postępy! Czasem, tak jak w tej chwili, nadal jestem bez powodu spięty, ale coraz częściej, i odrobinę łatwiej udaje mi się napięcie obniżyć lub mocno zdestabilizować i uzyskać spokój. Niestety, przede mną i tak jeszcze jeden problem. Napięcie trzyma się ostatniego bastionu jak puma wbita pazurami w korę sekwoi... wystarczy że pomyśle o medytacji, a już mnie napięcie atakuje >_>, wariactwo. Ale dam radę ;). Co do opiekuna: werble werble werble werble werble werble, nadal milczy! ;D. No paskudny jaki! Czekaj no! Dorwę cię! I tak ci astralne flaki powykręcam że nie będziesz wiedzieć gdzie jest zewnątrz, a gdzie wewnątrz! No co....
Raport: Medytacja: są postępy, choć niewielkie, nadal jeszcze muszę to i owo przemyśleć.. albo puścić serce samopas. Wciąż analizuje miejsce i rolę obserwującego i obserwatora w zgodzie ze sobą, zdaje się że już coś mam.. WNE (Wewnętrzne napięcie emocjonalne): Rzecz ciekawa, zdaje się że poprzez medytacje odwróciłem uwagę tego WNE, pojawia się teraz głównie wtedy gdy próbuje medytować.. hmm. Opiekun: Cisza w eterze Sny: jak były tak są. Ostatniej nocy sen był krótki i treściwy, tyle.
Co to właściwie było? Co przydarzyło mi się ostatniej nocy? Sam do końca nie wiem. Zaczęło się niewinnie, zwykły nieświadomy sen, dodatkowo z paroma znanymi amerykańskimi aktorami w rolach drugoplanowych, a wszystko w realiach przełomu XIX i XX wieku. Nieważne o czym był sen, przeskoczmy ten fragment do ważniejszych fragmentów. W pewnym momencie wraz z moimi towarzyszami snu, dopłynęliśmy na małej łódce do jakiegoś pałacu z prostej bryły prostopadłościanu, ze zwartym szeregiem kolumn na frontowej elewacji i z wielką kopułą zakończoną celującą w niebo iglicą. Nim się spostrzegłem, zostałem sam na łódce, a właściwie stałem już na brukowanym brzegu, niebo miało barwę wschodzącego słońca. Sen się zaburzył, zaczęło mnie z niego wywalać, coś działo się w rzeczywistym życiu i zakłócając mój sen o 5:00 nad ranem ściągało mnie z powrotem do życia. Obudziłem się, na prawdę się obudziłem. Na telefonie wybiła 5:00 rano, za oknem zaczęło się robić widno. Szybko odnalazłem przyczynę wybudzenia. W czasie spania, ciało trochę niefortunnie się ułożyło przygniatając prawą dłoń, w skutek czego kilka palców sparaliżowało się przez ucisk na nerwy je zaopatrujące, normalka, każdemu się zdarza. Tradycyjnie, najpierw przypominały bezwładny kawał mięsa, ale po roztarciu szybko wróciły do sprawności. Choć się obudziłem, to nie do końca raczej - rozbudziłem. Wciąż mogłem szybko wrócić do snu, czego zresztą spróbowałem. Bez problemu znów znalazłem się przed fantazyjnym pałacem ze snu... tyle że ja wcale nie zasnąłem. Wciąż czułem się "na jawie", ale teraz równocześnie i we śnie. To było całkiem fajne, rezultat tego swoistego dualizmu był taki że mogłem bez przeszkód albo poruszać się świadomie we śnie, albo przestawić się na prawdziwe ciało i np. ruszyć ramieniem, nie tracąc przy tym kontaktu ze snem. Jedyny problem tkwił w stabilności świadomości we śnie. Jeśli nie robiłem nic gwałtownego, czy w przypadku komputerów "zasobożernego", było dobrze, jeśli robiłem, wywalało mnie ze snu na jawę. Mimo że miałem jako taką kontrolę nad snem, nie była w niego zaangażowana większa część świadomości. Próbowałem więc bardziej sen "uświadomić" samą siłą woli. Znowu mnie wywalało, przy każdej próbie. Trochę głupio robiłem, za szybko chyba wprowadzałem tą świadomość do snu, powinien był spróbować stopniowo i powoli. Nic to, nie poddałem się, nadal trwałem w tym swoim dziwnym stanie. Postanowiłem zbadać tą cienką granicę między jawą, a snem, wyczuć ją i zsynchronizować się z nią. Co prawda tylko do pewnego stopnia, ale udało się! Leżąc na boku, udało mi się bez problemu przewrócić na plecy, nie tracąc świadomości we śnie jak i samego snu. W śnie zaś udało mi się wykonać kilka różnych, nawet tych większych czynności, bez utraty kontroli nad snem czy jawą. Nadal nie miałem pełnej świadomości we śnie, więc cały sen był odczuwalnie dość mało realny, ale to nic. Na koniec zachciało mi się troszkę poszarżować. Stojąc więc cały czas przed tym pałacem, tradycyjnie zapragnąłem wzlecieć w powietrze. Pierwsza próba się nie udała, zamiast wzlecieć w górę, próbowałem się podnieść na łóżku :D. Śmieszne to było, we śnie stałem dalej tam gdzie stałem, a w tym samym czasie na jawie podnosiłem się z łóżka :D. Okej, wycofałem się i skupiłem się na chwile na tej cienkiej granicy między snem a jawą... spróbowałem jeszcze raz. Wow, tym razem wystrzeliłem w niebo jak rakieta! :D. Choć przez niski poziom świadomości, nie odczułem wszystkich doznań, wrażenie było i tak wprost niesamowite. Byłem już wysoko nad ziemią, widziałem pod swoimi stopami ten cały pałac, teraz jakby w postaci małej makiety :), a w około rozciągały się pola, lasy, łąki, sięgałem wzrokiem po sam horyzont. Cudnie. Zatrzymałem się w locie i spróbowałem odwrócić się w drugą stronę... niestety pogubiłem się na granicy, i zamiast obkręcić się... spadłem z łóżka xD. Dalej już nie wróciłem do utraconego snu, za bardzo chciało mi się śmiać :D. Bardzo fajne przeżycie dla mnie. Rany, chyba niedługo będzie trzeba zacząć pracę nad LD :o Jeszcze z tym poczekamy. Ale już dziś ciekawi mnie, jak uzyskać podobny stan bez konieczności budzenia się z wcześniejszego snu w środku nocy. Wszystko jeszcze przede mną, przygoda dopiero się zaczyna ;).
Słodkie. Podrygi tych żałosnych stworzeń wołają o litość w sercu... ta, chyba nie w moim ;). Żałosne jak żałosne, ale wciąż dobrze potrafią wykorzystać okazje i uderzyć z największą mocą na jaką je stać. Nie wolno nie doceniać swoich wrogów! A po realnemu: Zgubiłem się dzisiaj (post poprzedni). W swej medytacji natrafiłem na punkt, który przeraził mnie swym brakiem odpowiedzi na me pytania, a raczej różnymi odpowiedziami, z których trzeba jakąś wybrać. Nie wiedziałem, konkretniej mówiąc, którędy dalej moja praktyka winna zdążać dalej ku celu. Umysł, jego brud w nim zagnieżdżony nie czekał, wykorzystał wątpliwości moje i uderzył silnie, bardzo mocno. Spanikowałem, nawiedziła mnie tak ogromna fala stresu, lęku i niepokoju, że tylko twarzą w ścianę bez opamiętania walić. O tak! Zachwiało mną i to zdrowo, przestraszyłem się... ale pomoc z zewnątrz przywróciła mnie do pionu. Przejrzałem sukinsyna i przegnałem, choć nadal cholernik czai się w pobliżu i pilnuje następnych moich kroków, czuje go jeszcze w brzuchu. Nadal stoję na swej drodze i rezygnować z niej nie mam zamiaru, atak odparłem, teraz czas na mój ruch. Problem dalszego kierunki drogi pozostaje, ale teraz wiem, że muszę po prostu skupić się i rozwiązać tą zagadkę. Prościej mówiąc, muszę znaleźć taką medytacje, która będzie mej naturze odpowiadać najlepiej. Chyba nawet już mam jakieś pierwsze domysły.. może zamiast iść w lewo, albo w prawo, pójdę środkiem? To rozwiązanie teoretycznie idealne dla mnie! Wszechstronność, równowaga, to jest to w czym smakuje się moje serce. Tak, zdążając do wnętrza, muszę iść w zgodzie ze swoim wnętrzem, w zgodzie ze sobą, w zgodzie z głosem serca. Teraz zbiorę siły i odkryje tajemnice kształtu środkowej drogi, nie tyle nawet odkryć ile zrozumieć. Nie czekajmy więc, póki konie wciąż harde. Niech miejsce tej wędrówki, tej wojny, a przede wszystkim ten front nosić skromną będzie nazwę "Zwiastun Miecza", głupawo ale fajnie ^^ Zająć mi to może trochę, ale jakże się to ekscytujące robi! Zacznijmy prosto i nieskomplikowanie.. Zacznijmy od świadomości. Pokłon dobrym ludom, pokłon moim wrogom. Namaste.
No i twarzą w beton. Jest taki dzień w życiu każdego walczącego, kiedy w jego serce, a szczególnie w umysł, wkrada się wątpliwość. Dotykając ostatnio powłoki mego celu, by się go uczyć, analizować, dostosować, przekonałem się że utknąłem na skrzyżowaniu, martwym skrzyżowaniu. Medytacja Obserwacja Jaka obserwacja? Nie rozumiem, tyle źródeł, tyle dróg... no dobrze, właściwie to tylko dwie drogi, ale nie trzeba więcej by zaburzyć tor świadomości mknącej ku oazy spokoju. Jedni mawiają, bądź obserwatorem. Wyobraź sobie siebie, stojącego obok, obserwującego samego siebie. Inni zaś mówią, bądź obserwatorem i obserwowanym. Obserwując róże jako obserwator, nie bądź bierny, bądź również różą, obserwuj i bądź nią. Każdy z tych wyborów niesie ze sobą specyficzne konsekwencje. Idąc śladami pierwszej teorii medytacji, mam obawy że wzniosę się ponad rzeczywistość, czy też, odsunę się od niej jeszcze bardziej. Nie wiem czy to dobry pomysł, pół mnie i tak już na co dzień funkcjonuje w świecie wyimaginowanym, boje się że w ogóle stracę kontakt z rzeczywistością, co nie jest dla mnie niczym nowym. Druga droga, biegnie w przeciwną stronę. Zamiast odsuwać od rzeczywistości, powoduje głębsze jej chłonięcie, doznawanie, penetracje, doświadczanie, poznanie itp. To, mi bardziej pasuje, ale czy wybierając tą ścieżkę, czynie dobrze? Czy o to chodzi w medytacji, czy też w jej celu? Bliżej rzeczywistości czy dalej od rzeczywistości? Co jest właściwie? Potrzebuje jakieś konsultacji, bo to dla mnie znacząca zagwozdka. Tylko co mi to da, gdy jedni mówią tak, a inni tak? Więc, może wybór zależy tylko ode mnie, sam muszę wybrać co będzie najlepsze. Boje się, że idąc głębiej w rzeczywistość, utrudni mi to osiągnięcie OOBE... z drugiej strony, pozostawi światły umysł, a nawet go rozwinie, rozświetli doczesne życie, no i uzyskam niezbędną kontrolę nad swym chaotycznym umysłem i ciałem. A może droga do OOBE, prowadzi przez sedno rzeczywistości??? Czy będąc w pełni świadom siebie i otaczającej mnie rzeczywistości, nie uzyskam większej władzy nad OOBE? Hmmm, trzeba jeszcze bardzo wiele przemyśleć... choć coś mi w sercu podpowiada, że już dokonałem wyboru..
Cały sen, jakby filmowany zazwyczaj z perspektywy trzeciej osoby, czasem z pierwszej. Całość przypominała dynamiczny film akcji typowy dla amerykańskiego kina. Cała akacja snu dzieje się w bliżej nieokreślonej metropolii, w dzielnicy ze starymi kamienicami na podobieństwo tych naszych europejskich. Panuje noc. Pierwsza "scena" przedstawia luksusowy apartament, ukazując grupę ludzi, których twarzy nie widzę, nie licząc pewnej kobiety w białej i zgrabnej sukni, z czarnymi rozpuszczonymi włosami. Ludzie w jej towarzystwie coś obgadują, nad czymś głośno rozmyślają. Ona jednak w tym nie uczestniczy, siedzi tylko na swoim dużym bogato zdobionym krześle umiejscowionym pośrodku apartamentu z widokiem na okna, za którymi rozciąga się rozświetlone nocnymi światłami miasto. Oparła głowę na dłoni, a łokieć na ramieniu krzesła, w drugiej dłoni zaś trzyma kryształowy kielich napełniony jakimś bezbarwnym alkoholem. Przez dłuższą chwilę siedzi tak dumając nad czymś istotnym, obojętnie obserwując życie za oknem. Po pewnym czasie wstaje i odstawia kielich, nikt z obecnych nie zwraca na nią uwagi, ona zresztą na nich też. Podchodzi powoli do samego okna, które teraz w rzeczywistości okazuje się otwartym wyjściem na kamienny balkon i złączywszy dłonie za plecami, kontynuuje swoje rozmyślania, a ciepły wieczory wietrzyk wkrada się do pokoju by lekko zakołysać kosmkami jej długich włosów. Nie wiem kim ona konkretnie jest, ale wiem, że nikim dobrym. To jest jakaś przywódczyni, jakiegoś gangu, może mafii, skrytej organizacji, czy czegoś posobnego, jej interesy z pewnością wywołały by niejedną burzę w sądach. Coś dziś wydarzy się w mieście, ktoś dziś będzie musiał zginąć, za jej sprawą. Scena snu ulega zmianie. Widzę jakąś grupę samochodów pędzących z niebezpiecznie dużą prędkością przez miasto, wygląda na to że trwa właśnie nielegalny wyścig. Trudno rozróżnić samochody, ale moją uwagę zwrócił mały czerwony samochód, nie wiele większy od cinquecento, za to pędzący nad wyraz szybko, z jeszcze lepszą zwrotnością. Nie widzę kierowcy, szyby są czarne jak lśniący węgiel. Nie wiem kto wygrał, ale gdy rywalizacja dobiegła końca wszyscy spotkali się na dużym skrzyżowaniu pośród oświetlonych słabym pomarańczowym światłem ulicznych lamp kamienic. Wszyscy wysiedli ze swoich wozów, prócz tego z czerwonym lakierem. Każdy z kierowców był dość młodym człowiekiem, preferującym szerokie lub węższe, dłuższe czy krótsze spodnie, rozmaite czapki, niezbyt wyszukane łańcuchy i inne przeciętne trendy ulicznej mody współczesnej. Młodzi byli pod wrażeniem jazdy kierowcy czerwonego karzełka, zebrali się od razu wokół jego samochodu, chcąc wyrazić swój podziw i fascynacje jego umiejętnościami. Nieznany kierowca jednak nie reagował na ich zaproszenia, w ogóle nic nie robił, miało się wrażenie jakby w środku od dłuższego czasu nikogo nie było. Młodzi pukali w szybę, wołali, ale nic to nie dało. W końcu znudzeni tym dziwnym rozwojem wypadków, kolejno zaczęli rozchodzić się po okolicy. Wszyscy oni zdawali się tworzyć bardzo zgraną paczkę, a jeden z nich, czarnoskóry mężczyzna, zdawał się im przewodzić, i to on odszedł samotnie od czerwonego samochodu jako przedostatni, zostawiając swojego białego kumpla ze śmieszną bródką i czapką odwróconą daszkiem na tył samego w pojedynku na cierpliwość z tajemniczym kierowcą. Inni go wołali, żeby dał se spokój i dołączył do nich, czarnoskóry go do tego zachęcał, ale zaraz zapomniał o sprawie i odszedł w swoją stronę. Poprawiając kurtkę na ramionach, oddalał się coraz bardziej od swojego kumpla i czerwonego samochodu, mijając w pewnym momencie granatową furgonetkę, zaparkowaną przy chodniku. Mijając ją, coś go tknęło. Kontem oka wyłapał jakieś czerwone błyski zza bocznej szyby furgonetki po stronie kierowcy. jeden błysk, drugi, trzeci, czwarty. Coś wydało mu się podejrzane w tej furgonetce. Podszedł więc do niej i przykładając dłonie do czoła, próbował dojrzeć przez szybę źródło swoich podejrzeń. Z początku nie rozumiał tego co widzi, na siedzeniu spoczywał jakiś elektroniczny złom, z diodami, kabelkami, antenkami. I nagle do niego dotarło.... Tymczasem jego kolega samotnie siłujący się z nieznanym kierowcą w czerwonym samochodziku, stracił cierpliwość i poszedł na całość. Zręcznymi ruchami, dokładnie wiedząc co i gdzie, rozbroił zamek przednich drzwi i owe drzwi następnie otworzył. W środku było dość jasno, świeciła się lampka nad wstecznym lusterkiem.. ale nie to zwróciło uwagę kolegi ze śmieszną bródką, ale fakt, że wewnątrz czerwonego samochodu.. nikogo nie było. Było za to coś dziwnego na przednim siedzeniu. Laptop, telefon i jakieś czarne blaszane obudowy, z których gęsto wychodziły kolorowe kabelki, łączące ze sobą wszystkie te przedmioty na przednim siedzeniu oraz kierownicę, pedały i skrzynie biegów. Przez cały wyścig w samochodzie nikogo nie było, ktoś bawił się w zdalne sterowanie, ale chyba nie tylko... Czarnoskóry przywódca swej ekipy odskoczył od furgonetki jak oparzony, przeraziwszy się tym co ujrzał, co zrozumiał. Było już jednak za późno, diody na urządzeniu w furgonetce zamigały wściekle, i z wnętrza wozu dobiegł cichy sygnał dźwiękowy. Czarnoskóry spojrzał na czerwony samochód w oddali, którego drzwi były teraz otwarte, a na przednim siedzeniu leżało podobne urządzenie do tego w furgonetce. W jednej sekundzie czerwony samochód eksplodował. Fala uderzeniowa rozeszła się po całym obszarze skrzyżowania na którym stał, hałas był ogłuszający. Czarnoskóry zlał się potem, zgłupiał będąc w kompletnym szoku. Lecz nagły sygnał koguta policyjnego ocucił go błyskawicznie. Obejrzał się za siebie i zobaczył radiowóz policyjny zmierzający w jego stronę. To nie były dobre gliny, chcieli go dorwać, zabić. Pobiegł w stronę nadjeżdżającego wozu policyjnego i w ostatniej chwili skoczył za zaparkowany obok samochód. Radiowóz, nie zwalniając, z piskiem opon próbował wykręcić, ale zderzył się bokiem z maską jadącego w jego kierunku przypadkowego samochodu osobowego. Siłą zderzenia wyleciał w górę i przekoziołkował po dachu tego drugiego samochodu. Tymczasem czarnoskóry, nie tracąc czasu dobiegł do jakiegoś skrzyżowania i skręcił w prawo. Za plecami słyszał już kolejne syreny policyjne. Biegł ile tylko miał siły w nogach, omal nie wpadając na wielką skrzynie transportowaną ścianą kamienicy, która w pewnym momencie przemknęła na szynach nad ziemią na drugą stronę ulicy (jakoś tak trochę futurystycznie). Kolejny radiowóz właśnie go mijał kiedy on sam skręcił znów w prawo, tym razem w szeroki otwarty na ulice korytarz. Biegł przez niego kilka minut uważając by nie wpaść na porozrzucane pod ścianami śmieci. Dotarł w końcu do stopnia schodów prowadzących na górę. Dostał się nimi na piętro, do wnętrza budynku. Wąskim korytarzem dobiegł do rozwidlenia z drzwiami po lewej i prawej. Całe to miejsce było dość nieprzyjemne i zaniedbane, kawałki podartej brudnej tapety przypomniały mu to miejsce, które dziś pełniło funkcje wątpliwej renomy burdelu. Wpadł przez drzwi po lewej do małego pokoju bez okien i innych drzwi. Zaskoczona para obściskująca się pod kołdrą podskoczyła z zaskoczenia. Czarnoskóry nie widząc innej drogi dalszej ucieczki wycofał się z powrotem na korytarz uprzejmie przepraszając zaskoczoną parę. Spróbował drugich drzwi, i znów tym razem natknął się na kopulująca parę, mniej zaskoczoną jego niespodziewaną obecnością niż poprzednia. Po drugiej stronie pokoju były drzwi na kolejny korytarz, szybko więc minął tych dwoje, ale niefortunnie potknął się i przewrócił mężczyznę z kobiety na podłogę. Dziwka podniosła się, nie wiedząc za bardzo co się dzieje i kiedy ujrzała czarnoskórego rozpoznała go, szeroko się uśmiechając. On też ją znał, tak samo jak tego potrąconego mężczyznę, który szamocząc się teraz z dżinsami pluł sobie na mordę głośno przeklinając, to był właściciel tej nory i właśnie próbował przez komórkę zadzwonić do kogoś. Czarnoskóry nie zwracał na niego uwagi, zamiast tego pomógł nagiej dziwce wstać. Wręczył jej pliczek banknotów, sugerując że zna lepsze miejsce niż to, gdzie zarobić za swe usługi może znacznie więcej. Dziwka bardzo się ucieszyła i poinformowała swego dobroczyńce, że jest tu więcej takich dziewczyn, które też chętnie skorzystają z tej oferty. Dziwka promieniując zajęła się przeliczaniem pieniędzy, a czarnoskóry odszedł w swoją stronę. Sen dobiegł końca.
Kolejny sen.. hmmm, cóż, powiedzmy, że ze względu na treść niezbyt nadaje się do otwartej publikacji ;). Sen więc pozostanie w moim prywatnym dzienniku snów. Przejdę więc do innych spraw, nad ostatnio którymi głowa mi się z chęcią łamie. Reinkarnacja. Wszyscy wiedzą o co biega. Umieramy, wędrujemy gdzieś tam i następnie powracamy jako ktoś "nowy". Jest wiele teoretycznych odmian tego pojęcia. Ja przedstawię swoje zdanie, aczkolwiek nie będzie ono niczym nowym w dziedzinie tropicieli prawdy. Zaznaczam jedynie, że swoje wnioski staram się wysnuć (z braku lepszych danych) za pomocą nie tylko wiary i głosu serca, ale i za pomocą logiki. Aczkolwiek, dopóki jestem tu gdzie jestem, nie potrafię potwierdzić swoich teorii, więc jak najbardziej mogę się mylić. Jestem tylko odkrywcą, wędrowcem zdążającym do celu przez nieznany nikomu las. Uczniem, który jak to to uczeń, dopiero się uczy i popełnia błędy. Mam tylko nadzieje, że któregoś dnia, za swojego obecnego życia, będzie mi dane zweryfikować należycie swą wiedzę. Pominę póki co, dlaczego właśnie reinkarnacja, a nie np. wieczne życie po śmierci wg Biblii. Nakreślę jedynie, że, po pierwsze w chwili obecnej swych poszukiwań, sądzę że nasz świat, ta rzeczywistość, to w istocie złożony system rozwoju dusz. Reinkarnacja umożliwia nam zdobycie doświadczeń o niemal nieograniczonej różnorodności, a przez to efektowniejszy rozwój. Tyle w skrócie. Po drugie. Skłaniam się ku stwierdzeniu, że istnieje jakiś przynajmniej minimalnie określony właściwy nurt rozwoju, jakaś hierarchia wynikająca z postępującego rozwoju, jak hierarchia systemu szkolnictwa gdzie kolejno rozróżniamy szkołę podstawową, gimnazjum, szkołę średnią, wyższą itd. Przykładową hierarchią w rozwoju duchowym może być wedle reinkarnacji na przykład następujący, uproszczony model: kamień > glon > kwiat > bakteria > pierwotniak > mucha > żaba > wróbel > mysz > świnia > pies > małpa > człowiek Naturalnie nie jestem za bardzo w stanie osądzić, kto jest faktycznie nad czy pod kim, mysz po żabie czy może jednak żaba po myszce, ale to tylko luźny przykład. Jednak sądzę, że kamień, minerały, woda itp, czyli twory nie będące żywymi organizmami stoją najniżej w tej hierarchii, a może te formy wcieleń w ogóle nie biorą udziału w zabawie? Indianie sądzą że nawet kamień ma duszę, więc kto wie. Hierarchia rozwija się i postępuje, niemal równolegle z poziomem ewolucyjnym (w przybliżeniu) organizmów żywych na naszej planecie. Aczkolwiek i tu możemy mieć do czynienia z kilkoma dodatkowymi czynnikami, przykładowo może dusza bardziej się rozwinie jeśli po życiu jako świnia następnie wcieli się nie w psa , a w mysz. Wszystko zależy, jak jej rozwój układał się dotychczas, i jakie doświadczenia powinna teraz uzyskać by odpowiednio uzupełnić już nabyte. Po za tym, wpływ może mieć też środowisko, w jakim przyjdzie owej duszy żyć. Gdy dusza powróci na Ziemie wreszcie jako człowiek, po następnej śmierci, znów będzie człowiekiem, i potem jeszcze raz i jeszcze raz. Nie wykluczam jednak możliwości, że istnieje przyzwolenie, które umożliwia duszy powrót do wcześniejszych form życia lub też z jakiś innych powodów dusza zostało zmuszona do tego by cofnąć się do np. zwierzęcych wcieleń i odrobić zaległe prace domowe lub by zrozumieć coś, czego dotąd niezrozumiała itd itp. Przy końcu duchowej hierarchii ziemskiego systemu rozwoju, gdzie jak się zdaje pozostał już tylko człowiek, kolejne wcielenia będą się różnić głównie różnorodnością środowiska w jakim przyjdzie duszy żyć, np: w Afryce lub w Ameryce Płd, w demokracji lub anarchii, w ubóstwie lub bogactwie, w górach czy na pustyni, w zdrowiu lub kalectwie, chorobie, buddyzm czy islam itd itp. oraz jako kto: kobieta czy mężczyzna, jedynak czy brat itd. itp. No i dołożyć jeszcze możemy do tego karmę z poprzednich wcieleń. Szczegóły co do danego wcielenia, ustalamy my przed wcieleniem lub jakaś inna istota (zapewne wyższa) albo oboje. Tyle że takie założenie, prowadzi do tego że nasze życia zdominowane są w całości przez przeznaczenie. Nie, nie wierze w to, ufam w istnienie zarówno przeznaczenia jak i w wolną wolę, ale to zagadka na inny temat. Tyle wystarczy, w brutalnym streszczeniu. Jest jeszcze druga rzecz jaką muszę wyjaśnić. Otóż, będąc osobą o otwartym sercu i umyśle, jestem jednak i racjonalistą, choćby nie wiem jak absurdalnie owe osobowości by obok siebie wyglądały (może bardziej by pasowało neo-racjonalista), zawsze wraz z głosem serca, staram się kierować logiką i zdrowym rozsądkiem. Nie tylko wiara, ale i wiedza. Tak więc, przekonany jestem że nic, zarówno w tej jak i w innych rzeczywistościach, nie bierze się z niczego. Wszystkie zjawiska, i również te określane jako "paranormalne" działają, zachodzą i istnieją wg określonych reguł, zasad, warunków oraz praw, fizyki, chemii, biologii etc. Choćby objawienia, nawiedzenia, opętania, OOBE. Przy czym, nie musimy jeszcze znać tych obszarów nauki z których wynikają owe zasady, reguły i prawa. Jeszcze wiele przed nami do odkrycia. Jak wyglądała fizyka sto lat temu, a dziś? A co będzie za kolejne sto lat? Naukowcy bywają śmieszni, ignorują jakby fakt, że jeszcze wiele rzeczy nie zostało odkrytych i zrozumianych, a zachowują się tak jakby od dawna znali wszystkie tajemnice wszechświata. Było już takich wielu przed nimi, wielu z nich potem wyśmiano i sami przekonali są że to oni są w błędzie. Taki np. Kopernik sam coś o tym wie, a raczej ci co go potępiali. i tak oto, głównie w myśl drugiej części o "fizykalności" zjawisk metafizycznych, w kwestii reinkarnacji, zachciało mi się wzorów :). Oczywiście jako że teraz jestem sobie tylko jakimś tam człowieczkiem, nie mam dostępu do właściwszej wiedzy, przynajmniej teraz, co ogranicza możliwości matematycznego określenia reinkarnacji w pełnej krasie. Jednak na podstawie chociaż podstawowych danych oraz danych z ziemskiej rzeczywistości, można już w co nieco się pobawić. Jak chociażby w... czas. Codziennie na całym świecie, w każdej minucie czy nawet sekundzie, umiera i rodzi się często wręcz niezliczona ilość form życia. Odchodzi i przychodzi setki, tysiące, a może miliony dusz uczestniczących w tym naszym nieustannie rozwijającym się bigosie. Przeglądając różne wiadomości, artykuły i sprawozdania, natknąć się można na historie osób, które umarły, a następnie powróciły w nowym wcieleniu. Często opisują swoje poprzednie życie, kim byli, co robili, a przede wszystkim pośrednio lub bezpośrednio potrafią zrelacjonować nam informacje na temat czasów w jakich zdarzyło im się wtedy żyć. Czasem są to czasy umiejscowione w historii naszej cywilizacji dość bliskie obecnych czasów, a czasem zdają się dotyczyć dekad mniej lub bardziej odległych. No i właśnie... interesuje mnie kwestia długości czasu, jaka zaistniała między jednym wcieleniem licząc od śmierci do ponownych narodzin. Jeśli ktoś umrze dziś, jaki okres czasu minie do następnych narodzin? Cóż, wydaje się, że można spróbować to obliczyć i ułożyć na to odpowiedni wzór. A oto i on: ![]() Gdzie: T - oznacza czas w naszej rzeczywistości, po którym ponownie się narodzimy, o ile faktycznie zamierzamy się narodzić zaraz po ostatniej śmierci. Ts - oznacza przedział czasowy liczenia przyrostu naturalnego na świecie od ostatniej naszej śmierci do zakończenia liczenia przyrostu naturalnego, czy też przedział czasowy w jakim mamy nadzieje się narodzić przy uwzględnieniu danych z przyrostu naturalnego na świecie w tym okresie. N - liczba narodzin w przedziale czasowym Ts Z - liczba zgonów w przedziale czasowym Ts Ra - liczba dusz z puli Z, które w określonym przedziale czasowym Ts z różnych przyczyn nie będą ponownie się wcielać. Rb - liczba dusz, które w określonym przedziale czasowym Ts z różnych przyczyn dopiero teraz narodzą się jako człowiek. Nie jestem co prawda matematykiem, wzór może mieć jakiś błąd lub czegoś nie uwzględniać. Tak się tylko bawię ;) Uwaga. Wzór zakłada że: 1. Proces reinkarnacji odbywa się chronologicznie. 2. Czas ziemski i ten w zaświatach są względem siebie niezależne w następujący sposób: Gdy przeniesiemy się po śmierci do zaświata, żyjemy wedle czasu nowej rzeczywistości i dobrowolnie wg jego zasad, ale czas na Ziemi zatrzymał się dla nas w miejscu, co oznacza też że przykładowe 70 lat życia spędzonych na Ziemi, dla nas jako duszy trwały jedynie drobną chwilkę. W tym wypadku wzór określa przedział czasowy, jaki musi upłynąć dla ludzi żyjących na Ziemi w oczekiwaniu na nasz powrót. Wytłumaczę to może na przykładzie gry komputerowej. Grając w grę Empire Earth, Civilization, Age of Empire i podobne, wybieramy sobie jakąś nacje oraz określoną epokę w jakiej będzie żyć nasz naród, wybraliśmy konkretną epokę i nie możemy w czasie gry jej zmienić naturalnymi sposobami rozgrywki. Wybraliśmy Persów żyjących w epoce starożytności i gramy. Kończymy grę, wychodzimy z niej do systemu, świat gry zatrzymał się dla nas w miejscu, a my idziemy zrobić sobie coś do jedzenia. Wracamy i odpalamy grę, zaczynamy grać tym razem Persami w epoce nanotechnologii. Dla nas minęło tylko kilka minut, z naszej perspektywy dla Persów nie minęła nawet drobna sekunda, ale dla samych Persów (choć oczywiście w rzeczywistości to tylko gra komputerowa) minęły całe tysiąclecia od epoki starożytnej do nanotechnologii, tyle czasu Persowie czekali aż znowu pokierujemy ich losami. Aczkolwiek. Wiele źródeł podaje jednak że czas ziemski i zaświata nie są aż tak niezależne od siebie jak zakłada wzór. Gdyby było jak w punkcie drugim, przechodząc w stan OOBE o godzinie 22:00, następnie spędzili byśmy tam nawet z godzinę, to wrócilibyśmy i tak o godzinie 22:00 tego samego dnia. Może właściwie tak jest, wszak gdy budzimy się po powrocie o godzinie 22:34, nie oznacza to że godzina w zaświecie zajęła nam 34 minuty czasu ziemskiego (sorki jeśli teraz przekręcam jakieś normy czasowe, to tylko przykład), ale oznacza że.. obudziliśmy się 34 minuty po powrocie do ciała o godzinie 22:00. No może tak być czy nie może? Załóżmy że nie może, a może zresztą faktycznie nie może skoro podczas podróży astralnej lecimy do przyjaciela na drugim końcu świata, który na naszych astralnych oczach bawi się z psem, potem idzie do sklepu, rozmawia z kasjerką itd., a przecież w myśl punktu drugiego nasz przyjaciel powinien zatrzymać się w czasie. I jest wiele takich i podobnych doświadczeń, więc właściwie prawdopodobnie cały punkt drugi jest do d..., a przez to wzór wymaga poprawki przy nowych założeniach. A wyglądać to będzie o tak: ![]() Gdzie: Tz - oznacza czas wyrażony w ziemskich normach czasowych, spędzony w zaświatach licząc od ostatniej śmierci do ponownego dołączania do kolejki dusz oczekujących na swoje nowe narodziny na Ziemi. Ts - przedział czasowy przyrostu naturalnego, licząc od momentu dołączenia do kolejki dusz oczekujących na narodziny. Prawdę mówiąc, poprawka wzoru nie jest aż tak bardzo konieczna. Poprzednia wersja wzoru nadal będzie poprawna jeśli założymy że T to przedział czasowy liczony od momentu kiedy to jako dusza dołączyliśmy do kolejki reszty dusz jak my chcących się znów narodzić. Jednakże i tak wtedy wartość jaką otrzymamy z obliczeń nie będzie kompletna, przynajmniej dla ludzi na Ziemi oczekujących na nasz powrót. Jedyne czego nam jeszcze brak... znaczy mi brak, to dokładna wiedza na temat stosunku jednostki czasu w zaświecie do jednostki czasu na Ziemi. Przy okazji, tak na marginesie, z poprzednich wzorów możemy wydzielić jeden oczywisty: ![]() Gdzie: Zo - oznacza liczbę dusz gotowych do ponownego wcielenia w określonym przez Ts przedziale czasowym. Dzięki czemu cały właściwy wzór estetycznie nam się uprości: ![]() Hehe, robi się to coraz zabawniejsze. Mam tylko nadzieje że wzory są poprawnie skonstruowane, bo jak wspomniałem, matematyk ze mnie żaden ^^. Także cały ten wpis może być jedną wielką kichą, ale kij tam :D, to tylko zabawa, wypróbujmy wzory! ^^ Naturalnie część danych użytych do wzoru, będzie jak nie całkowicie zmyślonych, to jedynie o przybliżonej wartości, ale co tam :P. Hmm, który wzór na początek? Pierwszy czy ten poprawiony? Właściwie, chodźmy na całość i pozmyślajmy troszkę. Tak więc, obiekt doświadczalny: wzór numer dwa w wersji skróconej dla Zo. ![]() i jedziemy. Dla wygody danych, uznajmy że umarłem dnia 29 grudnia roku 2005 i w myśl założeń wzoru numer dwa w kwestii czasu, po śmierci fruwałem sobie jakiś czas po zaświatach, pozwiedzałem, ponawiedziałem i ponawp... tym którzy mnie za życia wkurzyli (Bóg bo się mu należy, oraz opiekun bo się nie odzywa, oczywiście i tak ich kocham) i po tym skromnym rozliczeniu dołączyłem do kolejki dusz, chcąc znów się narodzić. W czasie moich hulanek, na Ziemi upłynęło troszkę czasu i obecnie mamy tam 1 stycznia roku 2006. Teraz, kiedy sobie tak stoję w tej kolejce, myślę sobie ile to jeszcze potrwa. Najpierw jednak obliczmy możliwą liczbę dusz, które wraz z nami będą się ponownie reinkarnować. a więc obliczamy Zo: ![]() Teraz patrzymy do statystyk przyrostu naturalnego na świecie dla roku 2006. Według Population Reference Bureau (PRB), w roku 2006 na całym świecie zmarło 9 na 1000 osób. Cała populacja naszej planety liczyła sobie wówczas 6 555 336 000 ludziów (ale z nas króliki). Więc po szybkich wyliczeniach, wyjdzie nam że w roku 2006 na całym świecie zmarło Z = 58 998 024 osób, czyli niemal dwie takie Polski. Teraz wkraczamy w fantazje. Od 58 998 024 gotowych do powrotu na Ziemie dusz, odejmijmy tych, którzy powracać jednak nie będą, bo np. już im się nieźle dusze oświeciły. Niech Ra wynosi 12 402. Dodajmy jeszcze nowe dusze, które wcześniej nie reinkarnowały, a teraz z jakiś powodów to zrobią i dołączyły do kolejki, czyli niech Rb wyniesie 34 782 522 (troszku i dużo, bo większość to "koty", które teraz po raz pierwszy staną się człowiekiem). Zo liczy łącznie 93 768 144 dusz... o matko, mam nadzieje że nie stoję na samym końcu :o. Przez Zo podzielimy teraz liczbę narodzin w 2006, a wynosi ona 137 662 056 (kiedy to piszę, jest już dla mnie tak późno, że nie pamiętam dlaczego trzeba tak to obliczyć, więc sorka :D). Wynik jaki nam wyjdzie to: 0,681147345351 Następnie mnożymy przez Ts. Liczymy na cały rok, czyli tyle dni ile wynosił pomiar naturalnego przyrostu na świecie w roku 2006, więc 0,681147345351 mnożymy przez 365 dni. Wyjdzie nam: 248,618781053. No i na koniec, dodajemy ziemskie dni, jakie spędziłem na hulance w zaświecie zaraz po śmierci do momentu kiedy dołączyłem do kolejki dusz. Zmarłem 29 grudnia 2005, dołączyłem 1 stycznia 2006, więc hulanka moja trwała 3 ziemskie dni. Otrzymujemy wynik: 251,618781053 Tak więc wedle wzoru, wychodzi na to, że na ponowne narodziny będę musiał poczekać nawet 251 dni :D! Damn! :D. Zakładając że jestem na końcu kolejki :P. Fajnie, bawiąc się dalej, możemy pokusić się np. o jakąś globalną katastrofę. Na wskutek czego przyjmując że Zo wyniesie 2 860 411 126 miliardów, a N = 87 202 990 milionów. Wyjdzie nam że możemy ponownie się urodzić nawet dopiero po upływie prawie 33 lat -_-' Cóż, zaznaczyć tylko może warto, że wzór w praktyce może dać wynik niezbyt miarodajny jeśli liczymy na 365 dni. Może lepiej liczyć na jeden dzień w godzinach. Choć sam właściwie nie wiem... po raz ostatni przestrzegam że matematykiem nie jestem, a cały ten cyrk ze wzorami to tylko taka tam zabawa ;).
Rozwój rozwojem, ale złośliwość maszyn swoją drogą. Wczoraj się mi zachciało, mi bez odpowiednich umiejętności, grzebać w głębinach systemu, to dostałem za swoje ;D. Cały linux zdechł. W sumie i tak nie mam powodów do narzekań, przy moich zdolnościach Windowsa zmasakrował bym już po pierwszym tygodniu, a pingwin trzyma się już z jakieś dwa lata bez ani jednej zawiechy. No, ale dziś rano, po 20 minutach system szybko i łatwo odratowałem. Jest muzyka, net, i tony moich kochanych śmieci, więc możemy jechać dalej. Przy okazji poukładałem sobie wszystko nieco inaczej, wygodniej i przyjemniej, więc w sumie awaria to nie był taki zły pomysł ;). No! To amaroczek na full, Dream Dance Alliance - Remember i śnimy dalej ;). Sny są coraz lepsze, wręcz już nie mogę się doczekać kolejnych nocy ;). Ostatnio było jednak dość katastrofalnie. Śniło mi się, że jadę autobusem przez jakieś pola w niewiadomym celu. Przede mną siedziało dwóch moich znajomych z dawnej szkoły, z którymi zresztą nie zamieniłem ani jednego słowa. Całą drogę skupiony byłem na widoku za oknem i muzyce ze słuchawek (normalka). W pewnym momencie przysiadł się do mnie jakiś mały blond chłopiec, wyglądał ledwie na przedszkolaka. Coś nieustannie nawijał do siebie na głos, przez muzykę w uszach wyłapałem jedynie coś o wracających jaskółkach, łabędziach i bocianach, chyba ogółem chodziło mu o wiosnę. Nagle sen się nieco zmienił. Zobaczyłem jakieś dziwne obrazy, dalekich regionów. Usłyszałem głos jakieś reporterki i poczułem.. jakby jakieś dziwne fale energii rozchodzące się po ziemi. Miałem wrażenie w tym śnie, jakbym doznał jakieś wizji na jawie. Po chwili, okazało się że te obrazy, przedstawiają jakiś daleki region Chin, a konkretnie teren elektrowni atomowej.. zagrożonej wybuchem.. i właściwie eksplozja za chwile nastąpiła, wielka i potężna, na tyle, że nie licząc owej wizji, dostrzegłem atomowego grzyba za oknem autobusu, a nawet kilka. Na koniec ukazała mi się jakby mapa, a na niej oznaczona białym i okrągłym symbolem wspomniana elektrownia. Symbol się nagle zmienił wraz z eksplozją, były też inne symbole, coraz więcej, oznaczających inne elektrownie i kolejne zniszczenia. Koniec snu. Reszta bez zmian.
Zamach, cios, uderzenie i niedościgniona ludzkim okiem niewyraźna mgła uników. Jeden uderza, drugi paruje, drugi uderza, pierwszy unika, i tak zdawać by się mogło bez końca. Po tym jak kawaleria ruszyła z rozświetlonych wschodem stoków w głąb doliny, rozszarpała pierwsze linie frontu pełzającego zła, zostawiając po sobie jedynie, i aż, nadzieje i trwogę w sercach nieprzyjaciół bez serca. Dalsza szarża nie miała by sensu, bez odpowiedniego rozpędu jakiego potrzebują jeźdźcy na uzbrojonych rumakach. Więc gdy pierwsze kopie złamały się na przebitych ciałach przeciwnika, zsiedli z siodeł, by oko w oko, i miecz w miecz zmierzyć się z wciąż zaskoczonym potężnym uderzeniem kawalerii wrogiem. Walka z perfekcyjnie wyszkolonym przeciwnikiem, trwać może długo, bardzo długo. Szlachetny ten, który do przepełnionego odwagą serca swego, nie dopuścił choćby cienia wątpliwości, z drugiej strony jesteśmy w końcu tylko ludźmi. Gdy jednak rycerz wyprowadzi wreszcie upragniony cios, przemykający podstępnie między zasłonami tańca ostrzy przeciwnika, uderzając celnie w jego zbroje, może być pewien, że każdy następny jego perfekcyjnie wyprowadzony cios będzie coraz bardziej miażdżący. Choćby nie wiem, z jak wytrzymałego metalu wykuta była zbroja, raz pęknięta, nie będzie już stanowić tak mocnej ochrony dla miękkiego ciała, które osłania. Warstwa została poważnie naruszona, pilnuj tylko swej obrony, zachowaj uwagę i rytm, a wkrótce nieprzyjaciel po drugiej stronie twego ostrza legnie u twych stóp. Tak, wczoraj w godzinach popołudniowych nastąpił pierwszy ważny dla mnie sukces. Po dniach cierpliwej medytacji, wreszcie znalazłem lukę w obronie mego przeciwnika. Wreszcie przez rozstrzaskaną zbroje ujrzałem powłokę celu do którego zdążam. Wczoraj, to było wczoraj, przełamałem wewnętrzne napięcie emocjonalne i zaznałem spokoju. Nareszcie stres, napięcie, niepokój uleciały ze mnie jak zły duch z butelki. Naturalnie przełamałem, lecz jeszcze nie pokonałem, co mnie i tak bardziej cieszy niż dręczy, gdyż ostateczny cios jest już tylko kwestią czasu, zbroja została naruszona, a miecz gotów do następnego ataku. Poczułem ten spokój, tą namiastkę wolności, zasmakowałem jej, i teraz wiem, jaki klucz będzie najodpowiedniejszy by do niej wrócić w każdej chwili. Wszystko zgodnie z planem. Ponad to: Opiekun nadal milczy, choć fakt faktem, ostatnio nawiedziły mnie pewne rozmyślania co do niego i zaniedbałem przez to swe próby kontaktu z nim, ale sprawa zostaje nadal otwarta. Sny powracają. Są coraz stabilniejsze i wyraźniejsze, mały problem stanowi tylko wciąż moja niezbyt trwała pamięć, dlatego od dziś rozpoczynam prowadzenie dziennika snów. Śniłem ostatniej nocy o najlepszych czasach mojego życia, wspomnieniach z życia wychowawcy. W śnie moim, znów byłem wychowawcą kolonijnym, z grupą dzieci pod swą opieką. Było ciepłe lato, gdzieś nad nieznanym mi morzem. Hotel w którym zamieszkaliśmy, wyglądał na niemało gwiazdek. Budowany był raczej w nowoczesnym stylu, pełnym łuków, okręgów i owalów, bez ani jednego kanciastego rogu. Kolor miał kości słoniowej, z balkonami malowanymi na czerwień z dodatkiem różu. Pokoje przytulne, choć jakby trochę zbyt przytłaczające. Co tu dużo opowiadać, chodziliśmy z dzieciakami po plaży, okolicznych parkach itp, urządzaliśmy różne zabawy, konkursy, zawody, rozwiązywaliśmy różne problemy i niesnaski, czyli dzień jak co dzień w życiu kolonisty. Bardzo fajny i odprężający sen, mam nadzieje że w najbliższe wakacje znów gdzieś wyjadę jako wychowawca. Sen skończył się telefonem od przyjaciółki, również zajmującej się dziećmi na koloniach. Poprosiła mnie bym przyjechał do niej i pomógł w jakimś problemie wychowawczym z dwoma chłopakami. Ciąg dalszy nie nastąpił, sen się urwał. Czekam więc na kolejne sny :). Tylko to swędzenie na plecach, strup zaczyna mi złazić z tatuażu, w sumie to: nareszcie :D.
Idę dalej, postęp jest nieunikniony, nadejdzie to co nadjeść musi i stanie się oczywiste wszystko to co dziś w tajemnicy uwikłane. Tempo nie jest złe, choć bardzo wolne. Przełamanie pierwszej bariery świadomości poprzez medytacje trwa jednak nieco dłużej niż się spodziewałem. Na dodatek pojawiło się kilka komplikacji, niespodziewanych jak i naturalnych. Naturalnie, wszystko to czemu się przeciwstawiłem, czemu rzuciłem wyzwanie, a zrodziło się z mojego wnętrza w sparzeniu się z czynnikami zewnętrznymi, ostatnio szaleje jak wściekły sztorm na morzu. Nie żeby aż zmuszało mnie to przebicia głową ściany dla uspokojenia, ale jednak jest dość dobrze odczuwalne. Jeśli miałbym nazwać wrogów na moim wewnętrznym froncie, nadał bym im następujące imiona: stres, niepokój, poczucie winy. Ostatnie jest tradycyjną reakcją na kontakty międzyludzkie, choć w rzeczy samej niema powodu bym czuł się czemuś winny, jak sądzę, taka już po prostu moja przypadłość, której jednak nie zamierzam się poddawać. Pierwsze dwa stwory - potwory, również nie mają widocznego powodu do zaistnienia, jak zwykle, ale widać nie trzeba im za wiele.. ostatniej nocy musiałem przetrwać kilka napadów lękowych, zdołałem jednak zneutralizować ich działanie i wszystko wróciło w końcu do normy. Sukces, jeszcze rok temu zwijał bym się w łóżku całą noc. Niespodziewane, w postaci choroby. Wygląda na to że w najbliższych dniach całkiem się rozłożę z piekącym gardłem i płomienną gorączką. Mam nadzieje że nie skończy się noclegiem w szpitalu jak ostatnio. Nie skończy, będzie dobrze, a nawet jest dobrze. Uporczywy kaszel czy nerwica, nieważne, dam sobie radę. Ach, no i jeszcze ten tatuaż na plecach. Zaczyna swędzieć, co jest normalną kontynuacją procesu gojenia. Swędzienie jak swędzienie, trochę o sobie przypomina, ale i również dodaje mi otuchy ;), przypominając właśnie o tym, że mam tatuaż na plecach i cały ten przekaz jaki z tym tatuażem powiązałem. Prócz tego, ostatnio rejestruje systematyczny wzrost częstotliwości snów. Niestety pamięć jeszcze do tego niezbyt przygotowana, albo sny nie są zbyt trwałe. W każdym razie myślę że już niedługo będę mógł rozpocząć prowadzenie dziennika snów. Jedziemy dalej.
Raport z kolejnego dnia duchowej przygody. Ćwiczenia medytacyjne póki co nadal zachowują tryb ciągły, w sensie braku jakiś nowości. Coraz lepiej ma się sprawa z wewnętrznym napięciem emocjonalnym, na dziś dzień, na tę godzinę, odczuwam coraz lepszą kontrolę tego ustrojstwa, więc idzie dobrze. Nie zarejestrowałem odpowiedzi od opiekuna. Wracając do napięcia wewnętrznego. Wygląda na to, co zresztą oczywiste było już od samego początku, że kolejnym etapem w tej dziedzinie, będzie opanowanie inteligencji emocjonalnej. Myślę że dobrym początkiem będzie medytacja emocjonalna, ale na to przyjdzie jeszcze czas. Chodzi o to, że mój spokój, jaki zdołam uzyskać, jest dość kruchy. Wystarczy by ktoś o czymś do mnie zagadał, a spadam z drabiny jak zmieciony przez silny podmuch wiatru. Niestety, jest to moja stara dobrze mi znana przypadłość, wynikająca z niskich umiejętności nawiązywania i utrzymywania kontaktów towarzyskich i sporej nieśmiałości, co z kolei jak sądzę wywodzi się z wciąż obniżonego poczucia własnej wartości. Jednym z objawów tego, w kontaktach z innymi ludźmi, jest zagubienie w umyśle. Nie wiem dlaczego, ale łatwo wtedy tracę koncentrację, gubię szybko wątek, nie potrafię szybko i logicznie coś wywnioskować, co innego, gdy jestem już sam ze sobą. Postanowiłem jednak, nie poddawać się w takich sytuacjach i próbować do skutku, trudno, najwyżej ocenią mnie jako umysłowo niezbyt sprawnego. Ale cierpliwości, wszystko w swoim czasie. I'm glidin' in the beautiful sky, it's such a clear day. Go ridin' in, your sweet lullabies, come fly away.
Ciężka noc, spałem jak to się mówi "w kratkę". Na szczęście nie był to skutek mej wewnętrznej walki, bardziej chyba mi po prostu zależało na tym by nie spać na świeżo wytatuowanych plecach ;). Tak czy siak, o dziwo czuję się jednak wypoczęty, miałem nawet tej nocy jakieś sny, ale niestety odeszły w niepamięć zbyt szybko. Spróbowałem tej swojej metody o której wczoraj pisałem, w celu przywołania opiekuna, ale okazało się to dość trudne, ale coś mi mówi że dobrze kombinuje ;). To się okaże. Fajny temat został niedawno poruszony na forum. Ktoś zapytał publicznie, czy możliwym byłoby zamordowanie kogoś za pomocą OOBE licząc w ten sposób na alibi. Nie wiem czy takie morderstwo jest w ogóle możliwe, ale zbrodniarz chyba mógłby spokojnie liczyć na to że nie zostanie nawet podejrzanym, a jeśli nawet, trudno będzie przedstawić przeciw mu jakieś dowody, ślady, czy cokolwiek materialnego. Jednak, nie o problemach władz sądowniczych w takich przypadkach chciałem napisać. Pierwsza myśl, jaka mnie nachodzi co do sposobu morderstwa przez oobe, to taka, że zabójca musiałby się po wyjściu z ciała zmaterializować w domu ofiary i dopiero wtedy dokonać nikczemnego czynu. Ryzykowne, skoro się zmaterializuje to istnieje prawdopodobieństwo że zostawi po sobie np. odciski palców. nie wiem jak z włosami, raczej myślę że znikły by wraz z mordercą gdy ten się zdematerializuje, a może nie. Czasem są też kamery, które mogłyby coś uchwycić. Okej, więc rezygnujemy z materializacji. Co jeszcze? Ach tak, skoro nie zamierzamy stać się materią, to może uda się nam wpłynąć siłą woli na inną materię. Np. na nóż kuchenny, na kurek gazu, przewody elektryczne, ogień w kominku. Hmm, czy byłoby to możliwe podczas OOBE? Interesujące, duchy podobno wszak mogą czasem to robić w miejscach które nawiedzają, więc kto wie czy i my byśmy tego nie potrafili. Ale, czasem można mieć jeszcze prostsze metody do wykorzystania, jak sądzę, bo w sumie co jest prostsze: rzucenie kuchennym nożem w ofiarę z pomocą siły woli lub niematerialnej dłoni naszej? Czy też... nakłonienie naszej ofiary by skoczyła z okna, czy też nakłonienie kogoś innego by odwalił brudną robotę za nas. Są przecież różne głosy, szepty, omamy i inne rzeczy, które możemy próbować zastosować gdy podejdziemy astralnie blisko do ofiary i spróbujemy namieszać jej w głowie mówiąc coś do ucha, telepatycznie, lub inaczej. W sumie trzeba by do tego chyba dużych umiejętności projekcji astralnej, ale i w tym wypadku bylibyśmy formalnie niewinni, wszak ofiara w realnym świecie zostanie uznana za tragiczny przypadek choroby psychicznej. Mało to się dziś słyszy o różnych ludziach, którzy z dnia na dzień zamordowali w bardzo okrutny sposób całą swoją rodzinę, a na swoje usprawiedliwienie mieli tylko tyle, że ktoś im to kazał, jakieś głosy w głowie. Potężna broń, o wielu innych jeszcze zastosowaniach... mam nadzieje że to co piszę to tylko nieszkodliwa wyobraźnia. Można jednak chyba jeszcze prościej. Ostatnia metoda nie wymaga chyba większych zdolności projekcji astralnej jak telepatia, rzekoma materializacja itp., lecz ofiara musi spełnić różne podstawowe warunki. Np. Musi być ciężko chora, na tyle, że każde większe pobudzenie organizmu może grozić śmiercią, np. słabe serce, tętniak. Jak wtedy postąpić? Hmm, być może wystarczy same tzw. "wyciąganie". Opuszczamy ciało, lecimy do ofiary, wyciągamy ją z ciała, ta przeżywa ekscytujące emocje związane z silnymi doznaniami w astralu i... umiera. Metoda teoretycznie prosta, praktycznie, trzeba by zapewne wielu prób takich "wyciągnięć", by wreszcie serce ofiary, czy co tam innego, nie wytrzymało potężnej dawki emocji. Są być może jeszcze inne metody. Popularne np. jest uzdrawianie różnych osób za pośrednictwem projekcji... a skąd wiadomo czy i w ten sam sposób nie można by komuś zaszkodzić? Zamiast ograniczyć raka, wywołać jego przeżuty? No tak, jednak wróćmy do punktu wyjścia. Czy morderstwo za pomocą oobe jest możliwe? Tyle się przecież mówi o miłości, wyższych wartościach, rozwoju duchowym, jakie przychodzą w raz z oobe. Czy taki seryjny morderca w więzieniu, zły i zepsuty, potrafił by praktykować podróże astralne? Nie wiem, ale przypomina mi się coś z opowieści Monroe. Podobno spróbował kiedyś zawędrować astralnie do prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jakże było jego zdziwienie, kiedy drogę do prezydenta, zagrodziły mu dwie nieznane postacie, rzekomo ochraniających prezydenta. Przed czym właściwie chroniących? Kim oni byli? Opiekunami? Agentami CIA? Nieważne, sam fakt że tam byli sugeruje że istnieje jakieś astralne zagrożenie, które mogłoby zagrozić prezydentowi. Co za zagrożenie? Morderca z więzienia o najwyższym rygorze zdolny podróżować astralnie, czy coś w ogóle innego? Ale może trochę się rozpędziłem z rzekomymi intencjami owych ochroniarzy prezydenta, może były to jakieś wyższe istoty, które nie chciały by przypadkiem Monroe nie wpłynął jakoś na prezydenta i jego decyzje, od których mogło by zależeć jakieś przeznaczenie czy coś tam. Zagrożeniem zaś może być jakiś "demon" astralny czy jak to tam nazwać, są podobno takie istoty, niezbyt wszystko wokół miłujące. Skoro jednak "demon" potrafi narobić bałaganu, to może i podobnym sposobem seryjny morderca z więzienia też potrafi? Może jednak jest coś, co blokuje za życia dostęp do żaświata. Jakaś selekcja, hierarchia, reguły i zasady. Sito, przez które przejść mogą jedynie ludzie, o dobrym sercu. Znaleźć można na tym forum nie mało osób, które podobno już kilka lat rzetelnie pracują nad uzyskaniem pierwszego oobe, ale z jakiś powodów wszystko idzie na nic, czyżby może owe sito blokuje im te możliwości? Być może są jakieś negatywne aspekty ich życia, które nie mogą się urzeczywistnić w tym tzw. "poza", to jest, nie można pozwolić by się urzeczywistniły, "Dla dobra całego dobrego ludu". Sito nie jest może nieugięte, czeka cierpliwie, aż dane osoby, na tyle się rozwiną, że nie będą już stanowić zagrożenia. Jakby wyglądał nasz świat, gdyby każdy co do łebka, potrafił perfekcyjnie podróżować astralnie, mając pełną kontrolę nad tym, kiedy i gdzie tylko chce. Jest wiele scenariuszy.
Relacje z dzisiejszego dnia, nie przynoszą może nic zaskakującego, lecz małymi kroczkami robię postępy. Świadoma medytacja (jak sobie nazywam), jeszcze niezbyt dobrze mi wychodzi, ale z każdym dniem jest lepiej. Wkrótce wpadnę w odpowiedni rytm i rzecz stanie się prostsza. Zastanawiałem się dziś nad kwestią kontaktu z opiekunem. Jak dotąd, nie uzyskałem pomimo moich próśb żadnej odpowiedzi od owych istot, a przynajmniej nie zdiagnozowałem takowej. Może robię coś źle? W sumie, przyznam szczerze, że gdy wołam do opiekuna myślami, wyraźnie czuję że coś jest nie tak. Jeszcze nie wiem dokładnie co i jak, ale czuję wtedy w miarę dobrze, że to nie tak... to nie jest odpowiedni środek do skontaktowania się z opiekunem. Choć, jeśli będę robił to dzień w dzień, efekt w końcu może nadejdzie? Rozsądek się tylko buntuje, że może wtedy będzie to tylko zwykłym snem czy czymś o podobnym sensie w swej strukturze, powstały podobnie jak sny, które przychodzą po obejrzeniu ulubionego i emocjonującego filmu w telewizji. No dobrze, zakładając więc że moje próby w swej metodzie są niewłaściwe, jakie będą właściwie? Być może odpowiednim, a może faktycznie wskazanym, będzie czas poświęcony na poszukaniu odpowiednich "instrukcji". Jednak, jeśli miałbym sobie dziś coś odpowiedzieć, skierował bym się o pomoc do mojego serca, które podpowiada, że najwłaściwszym sposobem będzie nie przekaz myślowy, ale uczuciowy, nie potrzebujący żadnych słów z ust czy myśli. Warto tego spróbować, wszak właśnie taką metodą, bez użycia np. jakiś testów RT, uzyskiwałem kiedyś LD.
Wielki dzień nadszedł, wojna się rozpoczęła, a pierwsza bitwa zakończyła się zwycięstwem, przynosząc nadzieje i nową siłe do walki o samego siebie. Sztandar powiewa już dumnie nad polanami, wcześniej okrytych mrokiem. Sztandar, mój pierwszy krok, pierwsze promienie wschodzącej nadziei, symbol. A dosłownie, tatuaż na moich plecach, wciąż jeszcze świeży. Przeszłość została zapieczętowana, przyszłość przypieczętowana. Oto mój symbol ku pamięci dawnych dziejów pełnych bólu, cierpienia i wewnętrznej pustki, które minęły już jakiś czas temu. Dziś oficjalnie nastąpił kolejny etap mojego rozwoju, oczyszczenie, przede wszystkim z brudów i resztek nieznośnych koszmarów. Symbol jeszcze wielu innych rzeczy, które szerzej opisałem na moim innym blogu. Przede wszystkim jednak, jest to także symbol na przyszłość, punkt, w którym wchodzę na nową drogę walki. Ma mi przypominać, że potrafię, że mogę, umiem, że choćby nawet jeśli dzień przyniósł by wyczerpujący smutek, nadal mam w sobię siłę, która pozwoli mi odmienić swoje życie jeśli tylko na prawdę będę tego chciał. By wreszcie stać się kimś, a nie tylko pustym naczyniem, by spełnić marzenia, by odnaleźć siebie w zgiełku własnego ja. Przypomina mi się ponad to, pewna historia z opowieści Drizzta. Był taki moment, kiedy tuż przed najazdem drowów na królestwo krasnoludów, nowy przywódca barbarzyńców domagał się przywłaszczenia sobie potężnego młota Aegis-fang, broni poległego w bitwie Wulfgara, również kiedyś przywódcy zaprzyjaźnionych barbarzyńców, choć w prawdzie przygarniętym za młodu przez Bruneora, króla krasnoludów Batllehamer. Aegis-fang był darem od Bruneora dla swojego adoptowanego ludzkiego syna. I to właśnie dzięki Wulfgarowi i jego dzielnym czynom, młot stał się bronią legendarną. Bruneor naturalnie nie miał zamiaru oddawać jedynej pamiątki po swym synu, co tylko spotęgowało napiętą już atmosferę. Na szczęście Drizzt, a przede wszystkim jego wierna przyjaciółka Cattie-Brie, skutecznie wynegocjowali inne rozwiązanie z przywódcą barbarzyńców. Aegis-fang pozostał miał w tam gdzie spoczął ku czci Wulfgara, zaś barbarzyńca zgodził się że sam zadba o nową legendę, o swoją legendę i dla swojego potężnego długiego miecza. To mi się bardzo spodobało, to właśnie muszę zrobić. Mój tatuaż, choć nie długi miecz czy kruszący najtwardsze skały młot, musi prócz tego co już oznacza, zasłużyć sobie na nową legendę poprzez moje własne czyny. Tak też uczynię. Ogólnie dzień zaczął się jak na torturach. W kilka sekund po otwarciu powiek, dopadł mnie znajomy stres, ale dziś na tyle silny, że aż mnie zgięło w łóżku. Trochę trwało nim odzyskałem w sobie wyciszenie, choć potem wciąż musiałem znów o to walczyć. Medytacja świadoma, wciąż mi sprawia problemy w praktyce, ale to już długo nie potrwa, jeszcze trochę i umysł się dostroi, już bywało tak nie raz. Kolejnym wyzwaniem okazał się sam tatuaż, czy raczej jego wykonanie. Ból okropny, jak wiertarką w plecy. Bardzo trudne wyzwanie dla początkującego w medytacji. Tak, bo choć medytacje praktykowałem skutecznie nie raz, obecnie poprzez całą serie niefortunnych zdarzeń zjechałem z toru i dopiero teraz wracam na właściwy kierunek zaczynając od początku. Podziwiam tych wspaniałych, którzy tak świetnie opanowali ból, nic sobie z niego już nie robiąc. Dla mnie było to dość trudne, ale wszak przeżyłem, a przede wszystkim starałem się nad tym zapanować, momentami nawet wychodziło. Co do opiekunów. Pomimo ciągłych wołań i przyzwań, nie odebrałem jeszcze jakiejkolwiek odpowiedzi, ale pozostaje cierpliwy, choć dawno temu trwało to na tyle długo, że przestałem nawet wierzyć w jakiekolwiek istnienie wyższych istot sprawujące pieczę nad mym życiem. Jestem tak zmęczony, że nie mam siły nawet sprawdzić stylistycznej poprawności tego tekstu, więc przepraszam za wszelkie błędy.
Wygląda na to że troszkę czasu mnie nie było. Niestety, zarówno prowadzenie notatnika jak i praktyka duchowej ścieżki rozwoju skutecznie została zawieszona na czas mojej hospitalizacji, plus nałożyło się na to jeszcze kilka innych kłopotliwych zawirowań. Dobrze jednak być znów wśród poprawnie funkcjonujących. Mogę podjąć na nowo to, co przerwane zostało. Przede wszystkim, przez ten cały czas nieobecności jasno i ostatecznie zrozumiałem, że by dopiąć swego, najpierw muszę zburzyć przeszkody, które na co dzień mnie blokują, a ja jedynie im umykam. Nie mogę wciąż uciekać, ucieczka od problemów to nie jest rozwiązanie. Muszę wyeliminować moje problemy, zneutralizować bariery, poskromić wewnętrzne demony. Do rzeczy. Choć nie zawsze bywa pogodnie, jest na pewno lepiej niż rok temu, kiedy to moje życie ugrzęzło w bagnie niszczącej od wewnątrz otchłani. mniejsza o szczegóły, w skrócie: ciężka depresja, fobie, psie poczucie wartości i pewności, zamach na własne życie i inne. Ciemne wieki, tak je nazwijmy, minęły. Aczkolwiek niema co unikać prawdy, pozostały niedoleczone resztki oraz wciąż nieukojone poszczególne rany. Tym, co do owych resztek zaliczam, a będzie pierwszym i głównym celem mojej nadchodzącej batalii o samego siebie, będzie pozbycie się nerwicy. Choć raczej nie jest to już taka nerwica jak kiedyś, lecz okaleczony żałosny twór pozbawiony broni, jednak wciąż drapiący o ściany czy co rusz niedbale kąsający gdy tylko nadarzy się okazja. A właśnie okazji, ma pod dostatkiem. Właściwie 90% mojego dnia, to ten uporczywy stres w środku, nieznośne napięcie wewnątrz, jakby wokół organów zaplątał się wielki wąż i ściskał je coraz mocniej, a kiedy próbuje to z siebie wypędzić, mam odczucie ciężkiego kamienia w klatce i brzuchu, dodatkowo jakby elektrycznie naładowanego. Przeszkadza mi to praktycznie we wszystkim. W pracy, wśród ludzi, w kontaktach, w wolnym czasie, w nocy, czy też od tak bez powodu, no i oczywiście w relaksacji, medytacji, koncentracji itp. Muszę wreszcie sięgnąć w głąb siebie i wyrzucić ten kamień, zniszczyć go. Wróg już wie co się święci i nie daje mi przez to spokoju. Ostatnie kilka dni są dla mnie dość uciążliwe, cały czas chodzę znerwicowany, czasami wręcz już tego nie wytrzymuje i mam wrażenie że oszaleje. Choć to właśnie traktuje za dobry znak (to znerwicowanie, nie oszalenie). Przeciwnik się boi, przeciwnik walczy o swoje przetrwanie, o coś co mu się nie należy. Przestałem uciekać i zwróciłem się przodem do niego z całą swoją armią i ostrzem gotowym do uderzenia, nie będę już uciekał. Akceptuje cię mój nieprzyjacielu, jesteś tu, istniejesz, widzę cię, poznaje, obserwuje, badam, analizuje twoje ruchy, naturę, taktykę.. to już tylko kwestia czasu. Moja armia jest gotowa do szarży i jutro ku niebu wzniosą się dumne sztandary, rozpocznie się wojna. Jeżeli, któregoś dnia zamilknę na długo, znak to że zostałem pokonany i nie ma dla mnie żadnej nadziei.
Ostatnio się nieco zaniedbałem w ćwiczeniach z koncentracji i obserwacji, za to bardziej skupiłem się na relaksacji. Szczególnie w ostatnich dniach dość mocno położyłem na to nacisk. Ogólnie idzie w porządku, ale prawdziwy, bardzo dobry stan relaksacji osiągnąłem przedwczoraj za pomocą... autohipnozy :). Znalazłem w sieci całkiem dobre nagranie. Konkretnie ma ono na celu doświadczenie swego poprzedniego wcielenia, ale poczynając od relaksacji całego ciała. Obrazów poprzedniego życia nie uświadczyłem, ale stan relaksu był wręcz bajkowy. Co prawda owe nagranie w moim własnym odczuciu ma troszkę niedociągnięć, ale nie szkodzi, po wstępnych poleceniach nastąpił moment pstryknięcia palcami przez prowadzącego.. i wtedy zaczęła się niezła jazda ;). Totalnie odpłynąłem, nigdy jeszcze nie byłem tak cudownie zrelaksowany. Muszę koniecznie poświęcić temu więcej uwagi.
Dwa sny, z ostatniej nocy. No dawno takich nie miałem, na tyle długich i na tyle realnych. Pierwszy miejsce miał w budynku zakładu opieki zdrowotnej, na oddziale rehabilitacji, tam gdzie na co dzień pracuje jako masażysta. Pora była późna, konkretnie noc. Światła tu i ówdzie pogaszone, paliły się tylko te rzadkie na korytarzu oraz w niektórych gabinetach, lecz ogólnie panował półmrok. Choć godziny pracy skończyły się już dawno, ja nadal byłem obecny w sali fizjoterapii, gdzie moi koledzy i koleżanki wykonują najróżniejszej maści zabiegi, oni też tam byli, przynajmniej niektórzy. Nie było to normalne, nic właściwie nie było. W gabinecie paliła się tylko jakaś pokojowa lampka słabym żółtawym światłem, która w realu nie istnieje. Siedziałem przy biurku, a obok mnie również koleżanka oraz inni. Byli w jakimś psychodelicznym transie, nerwowo, lecz z pewną dozą nienormalnej wesołości pisali coś w kolorze jasnej czerwieni palcem po blacie, oknach, ścianie. Jakby ich paliczki były czerwonymi markerami, choć wyglądały normalnie, nie umoczone choćby w farbie. Gaworzyli coś wesoło do samych siebie i mazali dalej niezrozumiałe symbole, inni zaś szli za ich pismem, drapiąc własne zdania, z kolei jakby zamiast paliczków czy czerwonych markerów mieli niewidoczne ostre skalpele. Scena jak z zapomnianego przez boży świat, i personel medyczny, oddziału psychiatrycznego. W rzeczy samej tam gdzie pracuje niema takiego oddziału, choć we śnie tym istniał na innym piętrze budynku, nad nami, pełen pacjentów... których tej pomylonej nocy nikt nie pilnował. Uciekli, rozbiegając się w nieodgadnionych kierunkach. Czułem niebezpieczeństwo, choć moi koledzy zachowywali się jakby sami dopiero co uciekli od psychiatry, wiedziałem że tam na korytarzu, w cieniu zgaszonych świateł kryje się prawdziwy niezrównoważony człowiek, groźny morderca. Mimo to wyszedłem na korytarz i rozejrzałem się po jego mrokach, nie dostrzegając za pierwszym razem niczego prócz dalekich nielicznie jarzących się świetlówek pod sufitem. Skręciłem w lewo, w stronę schodów na kolejną kondygnacje, ale zanim do nich dotarłem, natknąłem się na ciemne, powlekane błyszczącym lakierem, dębowe biurko. Ktoś rozrzucił na nim dziesiątki kolorowych zdjęć ludzi. Wyglądały jakoś dziwnie, wziąłem więc kilka z nich by się im przyjrzeć. Przedstawiały nieznane mi osoby, dzieci, kobiety, mężczyzn, jakby z kolorowych pism. Wszystkie choć odmienne, miały jedną, bardzo niepokojącą, wspólną cechę. Zamiast oczu, ze zdjęć zionęły na mnie po dwie wydarte dziury. Od razu wiedziałem kto je zrobił, i bardzo mi się to nie spodobało. Nerwowo rzuciłem okiem na odległy koniec korytarza, gdzie w świetle migoczącej lampy, stał potężny mężczyzna, z czymś ostrym w dłoni. Nie widziałem jego twarzy, ale wiedziałem że jest jednym z tych zbiegłych potworów trzymanych na oddziale psychiatrycznym, wiedziałem też że patrzy na mnie, i że mam przesrane. Nie wiedząc kiedy znaleźliśmy się tuż obok siebie, walcząc ze sobą o życie, właściwie o moje życie. Co interesujące, nie bałem się. Ba, zacząłem traktować to jak zabawę.... Wcześniej, tuż przed momentem gdy gość rzucił się na mnie, odzyskałem cząstkę świadomości :), uzyskując w ten sposób niepełne LD! Wiedziałem już że to tylko sen i nic mi nie grozi, i że tak na prawdę leże sobie w łóżku pod kołdrą i śpię. Kocham to uczucie w fazie przechodzenia snu do rangi LD, jakby fikcyjna rzeczywistość wokół mnie nabrała cudownej, przepełniającej również i mnie świeżości. Niestety nie trwało to długo, po kilku sekundach obudziłem się ze snu w środku nocy. Ale nie przejąłem się tym, za chwile znów usnąłem, i znów miałem sen, choć już taki zupełnie najzwyklejszy, ale za to jaki fajny :). Znów jak kiedyś w mych najukochańszych snach byłem nieskocznym wędrowcem, maszerującym samotnie z plecakiem na plecach po niezwykłych krainach... ach, to była bardzo udana noc ;). |