|
|
Wygląda na to że troszkę czasu mnie nie było. Niestety, zarówno prowadzenie notatnika jak i praktyka duchowej ścieżki rozwoju skutecznie została zawieszona na czas mojej hospitalizacji, plus nałożyło się na to jeszcze kilka innych kłopotliwych zawirowań. Dobrze jednak być znów wśród poprawnie funkcjonujących. Mogę podjąć na nowo to, co przerwane zostało. Przede wszystkim, przez ten cały czas nieobecności jasno i ostatecznie zrozumiałem, że by dopiąć swego, najpierw muszę zburzyć przeszkody, które na co dzień mnie blokują, a ja jedynie im umykam. Nie mogę wciąż uciekać, ucieczka od problemów to nie jest rozwiązanie. Muszę wyeliminować moje problemy, zneutralizować bariery, poskromić wewnętrzne demony. Do rzeczy. Choć nie zawsze bywa pogodnie, jest na pewno lepiej niż rok temu, kiedy to moje życie ugrzęzło w bagnie niszczącej od wewnątrz otchłani. mniejsza o szczegóły, w skrócie: ciężka depresja, fobie, psie poczucie wartości i pewności, zamach na własne życie i inne. Ciemne wieki, tak je nazwijmy, minęły. Aczkolwiek niema co unikać prawdy, pozostały niedoleczone resztki oraz wciąż nieukojone poszczególne rany. Tym, co do owych resztek zaliczam, a będzie pierwszym i głównym celem mojej nadchodzącej batalii o samego siebie, będzie pozbycie się nerwicy. Choć raczej nie jest to już taka nerwica jak kiedyś, lecz okaleczony żałosny twór pozbawiony broni, jednak wciąż drapiący o ściany czy co rusz niedbale kąsający gdy tylko nadarzy się okazja. A właśnie okazji, ma pod dostatkiem. Właściwie 90% mojego dnia, to ten uporczywy stres w środku, nieznośne napięcie wewnątrz, jakby wokół organów zaplątał się wielki wąż i ściskał je coraz mocniej, a kiedy próbuje to z siebie wypędzić, mam odczucie ciężkiego kamienia w klatce i brzuchu, dodatkowo jakby elektrycznie naładowanego. Przeszkadza mi to praktycznie we wszystkim. W pracy, wśród ludzi, w kontaktach, w wolnym czasie, w nocy, czy też od tak bez powodu, no i oczywiście w relaksacji, medytacji, koncentracji itp. Muszę wreszcie sięgnąć w głąb siebie i wyrzucić ten kamień, zniszczyć go. Wróg już wie co się święci i nie daje mi przez to spokoju. Ostatnie kilka dni są dla mnie dość uciążliwe, cały czas chodzę znerwicowany, czasami wręcz już tego nie wytrzymuje i mam wrażenie że oszaleje. Choć to właśnie traktuje za dobry znak (to znerwicowanie, nie oszalenie). Przeciwnik się boi, przeciwnik walczy o swoje przetrwanie, o coś co mu się nie należy. Przestałem uciekać i zwróciłem się przodem do niego z całą swoją armią i ostrzem gotowym do uderzenia, nie będę już uciekał. Akceptuje cię mój nieprzyjacielu, jesteś tu, istniejesz, widzę cię, poznaje, obserwuje, badam, analizuje twoje ruchy, naturę, taktykę.. to już tylko kwestia czasu. Moja armia jest gotowa do szarży i jutro ku niebu wzniosą się dumne sztandary, rozpocznie się wojna. Jeżeli, któregoś dnia zamilknę na długo, znak to że zostałem pokonany i nie ma dla mnie żadnej nadziei.
|