|
|
Dziś postanowiłem troszkę dłużej pomedytować,niż 30 minut, bo tyle zawsze mi to zajmuje. Jak zwykle toczyłem zaciętą bitwę z moimi myślami, zdziwiłem się mocno jakie mogą być banalne i niedorzeczne. Po wygranej, szybko wyrzuciłem je z mojej głowy, skoncentrowałem się na rytmie bicia mojego serca, po około 30 minutach, pomału spokojnie zacząłem wychodzić ze stanu głębokiej medytacji. Zawsze gdy wychodzę, odliczam od 5 do 0-ra i nagle gdy doliczyłem do 4-ech zacząłem odczuwać że robię się coraz mniejszy i mniejszy. Nagle widzę podłogę ( panele ) i znów robię się coraz mniejszy, widzę przed sobą jakąś drobinkę kurzu, tak małą że normalnie jej nie zobaczymy. A była ode mnie znacznie większa, w oddali widzę lekko zamazane zarysy mojego pokoju, ale znacznie jaśniejsze. Coś przerwało i widzę ciemność pod powiekami, i kolejny raz przenoszę się do pomniejszonego świata, tym razem jestem troszkę większy. Próbowałem to kontrolować, ale jakoś nie mogłem, więc postanowiłem wezwać mojego NP, ale nie zjawił się... prosiłem, błagałem, krzyczałem... nic. Nagle wszystko ucichło, i znów widziałem ciemność. Kiedyś, pamiętam taka sytuację bardzo wyraźnie, podczas gorączki kiedy byłem młodszy. Pamiętam jak leżałem wtedy na boku, w łóżku, i non stop wszystko pomniejszało się do bardzo małych rozmiarów.
|
|