|
|
Moje poszukiwania rozpoczęły się troszkę ponad dwa lata temu, kiedy to siostra moja rodzona bez większego przekonania pożyczyła mi książkę mówiąc „Ja tego jeszcze nie czytałam, ale koleżanka z pracy bardzo poleca, bo jej mąż po tej lekturze był dla niej miły przez prawie 2 miesiące” :-) To była „Potęga podświadomości” J. Murphy. Od tamtej pory zaczęłam trochę inaczej patrzeć na otaczający mnie świat, troszkę bardziej się nad nim zastanawiać. Przeczytałam tą książkę kilka razy i nadal lubię do niej wracać. Za każdym razem wprawia mnie w dobry nastrój. Później był „Sekret” Rhondy Byrne. Chyba nie muszę za dużo o niej mówić. Z tego okresu pozostała mi tablica wizualizacji, która obecnie ze względów praktycznych ma postać zeszytu, bo zdecydowanie łatwiej go ze sobą zabrać i nie trzeba zdejmować ze ściany za każdym razem, kiedy przychodzą goście ;-) Chcąc sprawdzić słowa pani Byrne, jakoby fizyka kwantowa potwierdzała słuszność jej teorii, moim kolejnym wyborem była „Struktura kosmosu” Briana Greene. Dla mnie była to przeprawa zdecydowanie bardziej wymagającą intelektualnie niż dwie poprzednie, ale też bardziej obfitująca w te momenty, kiedy myślę sobie „wow, nigdy bym o tym w ten sposób nie pomyślała”. Za te chwile zresztą kocham książki najbardziej. Za każdym razem czuję się dziwnie, kiedy pomyślę, że poczucie upływu czasu jest tylko złudzeniem, choć tak bardzo realistycznym. Następnie miałam przyjemność zaznajomić się z „Krótką historią czasu” Hawkinga i „Planem Stwórcy” P. Davies’a, ale prawdę mówiąc nie wydaje mi się, żeby wniosły one aż tak wiele do mojego życia. Drugiej pozycji zresztą nigdy nie udało mi się skończyć. Może jeszcze przyjdzie na to czas. Kolejny etap był zdecydowanie bardziej osadzony na ziemi, mianowicie razem z panem Anthonym Robbinsem zgłębiałam tajniki NLP i innych metod samodoskonalenia. „Naszą moc bez granic” i „Obudź w sobie olbrzyma” postrzegam jako taki ogrom inspirujących obserwacji, technik i spostrzeżeń, że nawet nie podejmuję się określić, które z nich były dla mnie najbardziej pomocne. Myślę, że mogłabym wracać do tych książek do końca życia i nadal znajdowałabym tam coś nowego, na co wcześniej nie zwróciłam uwagi. Jestem mu wdzięczna chociażby za uświadomienie mi, dlaczego tak trudno podnieść mi wzrok z ziemi, kiedy idę ulicą i że z tego samego powodu spotkania z większą grupą ludzi są dla mnie przygniatające, zamiast mnie odstresować, czego pewnie oczekiwałaby większość „normalnych” ludzi. Ta kwestia akurat pokrywa się z tym, o czym pisze Marti Olsen Laney („Introwertyzm to zaleta”). Nie należy mieć wyrzutów sumienia tylko dlatego, że jesteś w stanie naładować swoje akumulatory wyłącznie w samotności. Acha i jeszcze jedno, bardzo ważne. To nie znaczy, że nie lubię ludzi. Wręcz przeciwnie- uwielbiam! :-) Większość z ww. książek wspominało o zaletach relaksacji i medytacji. Pomyślałam, że czas spróbować. Wybrałam się na warsztaty do szkoły medytacji (http://www.mantra.pl/warszawa/). Zarówno ludzi tam spotkanych jak i ogólny klimat zajęć wspominam bardzo miło. Niemniej z jakiegoś powodu czuje, że medytacja z mantrą nie jest dla mnie, a tym bardziej jeśli odbywa się wśród ludzi. Nie umiem całkowicie skoncentrować się na swoim wnętrzu, kiedy nie jestem sama. W tym czasie czytałam „Moje Himalaje. Saga o Jodze” Szewcowej. Byłam też parę razy w Pracowni Jogi na Śniadeckich (http://www.yogamudra.pl/czytelnia.html). Również ze względu na ludzi i atmosferę mogę z czystym sumieniem polecić to klimatyczne miejsce. Jeśli chodzi o mnie preferuję jednak zajęcia związane z muzyką, więc od listopada zeszłego roku skoncentrowałam się na tańcu, a medytować staram się w domu, kiedy poczuje taką potrzebę. Na informacje o oobe trafiłam podczas internetowych poszukiwań kolejnej inspirującej lektury. Ten czas wspominam jako mieszankę silnych i w pewnym sensie sprzecznych uczuć (najpierw wielkie zdumienie, później nadzieja połączona ze strachem, a następnie frustracja itd.). Przypomniało mi się kilka snów, jakich nie miałam już od bardzo dawna, w których spotykałam jasnobłękitne postaci tak cudowne, że tęskniłam za nimi jeszcze długie tygodnie. Jednak zaakceptowanie tego, że ktoś mógłby pojawić się w moim pokoju, bez względu na to, jakie miałby zamiary, trochę mnie przerastało. Tematyka świadomego śnienia budziła we mnie zdecydowanie mniejsze obawy, więc na niej postanowiłam się skoncentrować. 15 listopada 2009 zaczęłam prowadzić sennik. 8 dni później miałam pierwszy świadomy sen (nie licząc tych z dzieciństwa). To, co postanowiłam w nim zrobić może pozostawię dla siebie ;-) W zasadzie względnie niedługo później przestałam poświęcać moim snom aż tyle uwagi. Sama nawet nie wiem dlaczego. Moim życiem kieruje fala przypływów i odpływów, którym staram się po prostu poddać zamiast coś wymuszać. Moje funkcjonowanie to okresy pasji czy fascynacji, gdy chciałabym zrobić tyle, że brakuje mi godzin na dobę, przeplecione momentami zastojów, kiedy to nic zasadniczo nie wzbudza we mnie większych emocji. Każdej z tych dziedzin dotknęłam tylko na chwilę, pewnie za krótko, żeby doświadczyć możliwości, jakie są w nich ukryte, ale chyba mogę zaliczyć się do grona tzw. „poszukujących”. W każdym razie im więcej się dowiaduję o świecie, mimo że dziedziny które poznaję wydają się czasem bardzo od siebie odległe, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że wszystko to się ze sobą łączy. I chcę wiedzieć więcej :-)
|
|