|
|
Dawno nie zaglądałem i czas to zmienić, poniżej sen z dziś. Sen nie sen, sam nie wiem. Zostałem wezwany do próby/rytuału, który miał przynieść wzrost duchowy progres. Nawet wydaje mi się, że odbyła się jakaś komunikacja w tej sprawie z moim Opiekunem, choć to tylko moje przypuszczenie. Jakiś proces mentalny się odbył, ale nie wiem kto z kim, ale wiem że w mojej sprawie. Przeniesiono mnie w specjalne miejsce. Miejsce wyglądało jak fragment rzeczywistości XIX wiecznej farmy wiktoriańskiej, składającej się z paru chat i na wpół zawalonego kościoła. Z drugiej strony bardzo klimatyczne miejce, można by rzec, że wyreżyserowane w tym celu. Całość rzewczywistości zawieszona była w Pustce i każdy wiedział, że sam nie da rady opuścić tego miejsca, nie bez pomocy opiekunów. W grupie wezwanych było wiele osób, których nie znałem, choć niektóre kojarzyłem z innych podróży. Niewiele było komunikacji. Każdy był skupiony na swoim zadaniu. Nie wiem jak reszta, ale ja swojego zadania nie mogłem mentalnie objąć, ale wiedziałem emocjonalnie na czym polega i czułem duże zagrożenie, ale i dużą szansę zysku. Opiekunowie, którzy nas "pilnowali" zjawiali się rzadko i w ogóle nie odpowiadali na pytania. Sprawdzali tylko czy każdy jest na swoim miejscu i czy nie wypadł z transu. Trans ten był tak skomponowany, że współgrał z zaśpiewem rytualnym, utrzymując pożądany poziom skupienia na rytuale. Żeby nie było - ci opiekunowie, to na pewno nie byli ludźmi i na pewno nie mieli nic wspólnego z naszymi Opiekunami (tylko gdzie oni byli, kiedy ich trzeba). Nie pamiętam czego dokładnie dotyczył rytuał, ale każda z grup osób miała w nim swój indywidualny udział, ryzyko i spodziewany zysk. Ja byłem w tej najmniej ryzykownej. Wszystko odbywało się w pięknie oświetlonej wieży na wpół zawalonego kościoła. Cała sceneria mocno scalona z naturą, nawet ławy było porośnięte suchym miękkim mchem. A światło padające ze ścian też przypominało słońce przeciskające się przez gęste korony drzew, ale panował półmrok. Sama natura wydaje się śpiewała przez ściany kościoła zaśpiew wielu pieśni w nieznanym mi języku. Choć wiem, że Oni używają tego języka i nie jest on obcy ani dla opiekunów ani dla Opiekunów. W apogeum rytuału, podniesiono nasze postacie w górę aż do Pustki. Dziwne, że nie to było najstraszniejsze, bo świadomość jakby zawiesiła się (nie była w stanie wygenerować żadnych myśli ani uczuć, można było tylko obserwować teraz). Ostatecznie nie wszystko się udało (w moim odczuciu) czułem spadanie odzierające z czegoś, traciłem jakąś cząstkę siebie. Podejrzewam, że byt, który był zobrazowany Pustką, albo w ostatniej chwili zmienił zdanie, albo nie spodobało mu się to co zostało dla niego przygotowane. Wszyscy spadali długo jak meteory spalając wierzchnią warstwę. Tracona część nas wyrastała jako drobne wielokolorowe kryształy bezpośrednio z ciała. Pustka była wszędzie, gdy nas wypluła na podłogę wieży kościoła, smutek który nas ogarnął był nie do opisania. Część postaci straciła swoją formę. Część kryształów, których nie zdążyła zabrać Pustka, rozbiła się o posadzkę, przybierając mleczno białą nieprzeźroczystą barwę. Postacie czołgały się łkając, pragnąć wchłonąć części siebie, jednakże bez rezultatu, okruchy kryształów nie przywierały do właścicieli. Potem pojawiły się istoty od których czuło się ewidentny brak miłości, a które pożerały jak głodne psy wszystkie okruszki kryształów. Gdziekolwiek się nie pojawiły, postacie wokół niej nie mogły się ruszyć (uczucie całościowego dociążenia ołowiem, przybicia do ziemi, wielkiego ciężaru ciała). Jak już ogarnąłem się z tego czego doświadczyłem a przybyłe istoty opuściły to miejsce natchnęła mnie myśl, że czasem dobrze jest być mniej rozwiniętym duchowo, bo w takich przypadkach mniej się ryzykuje, choć i mniej można zyskać. Zreflekowałem również, że poniesiona przeze mnie strata nijak się ma do doświadczenia, które uzyskałem. Na sam koniec, Ktoś zapytał mnie z głębi mnie, czy zrozumiałem i zapamiętam lekcję. Odpowiedziałem twierdząco. Po czym odczułem swoje ciało, lecz byłem we śnie, świadomość po któtkej chwili się urwała z ostatnią myślą, żeby pamiętać.
|
|