g00rmik's Notatnik


oobe.pl

 

Witaj Gościu ( Zaloguj | Rejestruj )

entry 18.11.2013 - 08:33
Szedłem przez wielkie miasto. Było podzielone na enklawy. Niektóre enklawy były prosperujące, odgrodzone wysokimi płotami murami, inne prawie opuszczone, zniszczone. Chaos panował wszędzie. Choć tak naprawdę ludzi ciężko było wypatrzeć na ulicy. Wszyscy się pochowali.
Przechodząc przez kolejne części miasta zmieniałem się, zmieniałem zawód, płeć, wygląd, wiek.
Doszedłem do pewnej enklawy Murzynów, dobrze prosperowali, ale nie mogłem tam zostać, dowiedziałem się że muszę przejść dalej przez strefę walk, tam znajdę swoich. Ciekawe wyglądali jak Murzyni, ale nie wydawali się być ludźmi. Byli bardzo pomocni, rozmawiałem fizycznie z jednym, ale poznałem wielu w tej rozmowie, jakby telepatia.

Idę do strefy walki, przede mną przejeżdża stary autobus z powybijanymi szybami, oczywiście odjeżdża z przystanku, zanim zdążę do niego dobiec. Gdy wyszedłem za wysoką siatkę ogrodzoną drutem kolczasym ostatniej enklawy, widzę że się znowu zmieniłem. Jestem sobą, ale w wieku 10 lat.
Idę do strefy, nie jestem sam, jest Alice, Filip, ja i jeszcze jeden dzieciak, którego imienia nie pamiętam. Skradamy się przy wysokim drewnianym płocie. Zauważam, że reszta dzieciaków ma broń palną. Cholera a ja z gołą łapą a Filip ma kolta Taurusa ;] Ale znalazłem jakiś wielki śrubokręt krzyżak z żółtą rączką, niech będzie.

Wchodzimy do strefy walki, płot znika, jesteśmy na uliczce jak z amerykańskiego tasiemca na przedmieściach. Na ulicy pusto, ani żywej duszy, przygnębiająca cisza, a taka ładna pogoda, świeci słońce i jest ciepło.
Już nie jesteśmy dziećmi, mamy po jakieś 18 lat.

Biegniemy z Alice i Filipem do najbliżego domku. Oni wbiegają pierwsi. Oni biorą lewą stronę - kuchnia, ja korytarz po prawej. Chyba jesteśmy w jakimś serialu, tu są zombie. Słyszę jak Alice z Filipem tłuką swojego za ścianą, u mnie jest kobieta, stoi do mnie plecami. Wpadam na nią i dźgam śrubokrętem, ale nic ta dalej żyje. Słyszkę krzyki z kuchni, chyba sobie nie radzą. Nie myślę, działam, robię mały rozpęd wbijam śrubokręt razem z dłonią w brzuch ofiary. Uderzyłem z takim impetem, że przybiłem ją chyba do drzwi. Dobra wpadam do kuchni. Alice odciąga wielkiego bydlaka, który gryzie Filipa, jest czarny i wygląda jak gość z zielonej mili. Wpadam z impetem i bykiem wyrzucam gościa przez okno.

Chwila spokoju, łapię oddech. Alice jest cała, Filip ma ugryzienie klatki piersiowej. Mówię, że trzeba zdezynfekować. Rzucamy się z Alice po szafkach, żeby coś znaleźć. Nic. W zamrażarce znajduję czarnego Jacka Danielsa, nie ruszony, ale fart. Polewam ranę i mówię Filipowi, że będzie bolało, ale muszę wypalić ranę. Odpalam kuchenkę gazową i łapię widelec przez scierę. Chwila bólu i jest po wszystkim. Nawet nie pisnął.

Alice krzyczy, że zombi są wszędzie, duża grupa idzie od frontu. Łapię Danielsa i szmatę, po drodzę łapię zapalniczkę. Barem otwieram wejście boczne. Oślepia mnie słońce. Ale ogarniam się odpalam mołotowa i walę butlę za płotek, za którym kręci się parenaście postaci. Zauważyli mnie, idą tu. Dziwne, że efekt Danielsa jest dużo mniejszy niż się spodzewałem.

Odwrót. Biegniemy z Alice, dom jest otoczony. Przecież nie wyszły z nikąd, tu było pusto, przepychamy się przez korytarz sprzedając kopniaki na lewo i prawo. Wybiegamy z drugiej strony domu. Sceneria się zmieniła, słońce już nie świeci, a amerykański sen minął. Wszędzie są dymy, ruiny i pogorzeliska, a dom z którego wybiegliśmy jest palącym się bunkrem. Jest dzień, ale dymy i wałęsające się stwory ograniczają widoczność.

Krzyczę do Alice, a gdzie Filip? Został w kuchni, powrót jest równoznaczny z samobójstwem, wiemy o tym oboje. Wymieniamy spojrzenia, dobra wracamy, obiegniemy bunkier dookoła, tam jest mniej tałatajstwa. Wbiegamy do środka, ciemność setki schodów, korytarzy, dym jest wszędzie.

Tyle pamietam, wydaje mi się, że próbą było czy wrócimy po Filipa. Nie znam żadnego Alice i Filipa, ale pamiętam ich chyba z innych wypadów.

 
« Następny starszy · g00rmik's Notatnik · Następny nowszy »
 
Mój obraz