|
|
Jestem szefem programistów albo kimś podobnym agencji podległej FSB Rosji. Nie wiem jak to jest być geniuszem, ale czuję się wspaniale (umysłowo). To trochę tak jak by zapytać siebie jakie jest rozwiązane danego problemu i już mieć gotową odpowiedź bez świadomej pracy umysłowej. Mega, tylko ta ilość myśli do ogarnięcia ;) Na monitorze komputera wizualizuje się proces testu przenikania nowego kodu wirusa. Prostota jest genialna, ale jest coś jeszcze. Są tam jeszcze jakieś specjalne alorytmy, których nawet ja nie rozumiem. Najlepsi nasi matematycy opracowali algorytmy "morfujące", które same mogą zmienić kod. Ja to składam do kupy jako całość. Oczywiście nie sam, mam zespół ludzi pod sobą. Ale oni wiedzą tylko tyle ile im trzeba do wykonania zadań. To nasi najlepsi hakerzy, zresztą ja też byłem hakerem. Ja muszę wiedzieć więcej, ale mam świadomość, że nie wszystko. Ale kod algorytmów z moim kodem jest najważniejszy, widzę jak penetruje system i pozostaje niewidoczny. Kod wirusa składa się z trzech warstw, które same nie są odbierane jak wirus, dopiero czynna część wirusa jest generowana przez kod z pomocą algorytmów, jako efekt relacji tych warstw, na zawołanie. Znaczące są skróty w kodzie S-M-1-2-3 dla warstw nieaktywnych i S-M-1-3-5 po przekształceniu w aktywną formę wirusa. Biorąc pod uwagę, że powtarzam to wielokrotnie, nad czymś się zastanawiam (ale nie ogarniam jego myśli, jestem zbyt niedoskonały, żeby ogarnąć ilość wątków tego kolesia). Próbuje to wytłumaczyć tak jak to widziałem i czułem. Jeśli by mnie ktoś zapytał, do czego to przyrównać to jest to taka superselektywna "atomica" w sieci. Z drugiej wiem, że gość ma świadomość tego, że właśnie zapisuje strony historii i że jest to superprzełomowe. Dwa dni temu dowiedziałem się o czymś niefajnym w pracy w realu. Bardzo się zmartwiłem. Odpowiedź przyszła we śnie. Byłem oblężonym na skale wodzem w przytłaczającej przewadze przeciwnika, zamartwiałem się jak z życiem wyjść z tej beznadziejnej sytuacji. Nagle pojawia się (materializuje się) przyjaciel/rywal z dalekiej przeszłości - Andrzej. Uśmiecha się do mnie, klepie po ramieniu, jak by nic się nie stało. Mówi mi, że nie z takich sytuacji wyciągamy dobrych ludzi :) Wiem, że to nie on tylko forma, jest kimś więcej, ale nie oponuje, choć gębę mam jeszcze otwartą ze zdziwienia. Andrzej na szczycie skały rozkłada niewielkie urządzenie. Włącza je, ustawia i uśmiecha się. Czuję, że zamieniam się w światło i wystrzelam w niebo. To był niespodziewany, efektywny i efektowny ratunek, tam gdzie bym się go nie spodziewał.
|
|