g00rmik's Notatnik


oobe.pl

 

Witaj Gościu ( Zaloguj | Rejestruj )

19 Stron V  « < 9 10 11 12 13 > » 
entry 05.12.2013 - 08:51
Śniło mi się dziś oczekiwanie w budynku kolejki górskiej. Siedziałem prawie sam wpatrzony w góry, które oglądałem przez wielką szybę pomieszczenia poczekalni. Klimat jak z małego dworca kolejowego, ale wszystko utrzymane w dobrym stanie, dość nowoczesnym stylu. Ja siedziałem tam oczekując na swoją podróż, ale tak jakby nikt mnie nie widział, albo po prostu nie zwracał uwagi.
Przepiękny widok gór zakłócił człowiek, wyglądający jak bezdomny, który pojawił się na zewnątrz budynku. Chodził dookoła okna widokowego, kombinując jak się dostać do środka. W sumie po jakimś czasie pojawiły się drzwi i gość wszedł do środka. Ubrany był w jakieś łachy i czarną podartą kominiarkę. Było mu bardzo zimno na zewnątrz.
Jak tylko wszedł do budynku poczułem od niego oczekiwanie, radość i nadzieję, naprawdę się cieszył. Musiało mu być na zewnątrz bardzo zimno, miał na rękach i twarzy ślady odmrożeń. Poczułem go głębiej, wyczułem że po tym jak dostał się do budynku, nadzieja zaczęła go opuszczać, zrozumiał że nie uratuje się przed zimą, bo nikt go nie zabierze w dalszą podróż. A zima miała być ciężka, to był pewnik i ja to również wiedziałem. Człowiek zaczął się bać.

entry 23.11.2013 - 09:48
Skupiam się na tym, żeby wreszcie odespać, pracę i stres. Ostatnio prawie zasnąłem za kierownicą.

Śnił mi się Maciej (mój przyjaciel), choć czułem że jest jakiś obcy. Kłamał mi w żywe oczy o sprawie, o której ostatnio rozmawialiśmy. Maciej wyczaił jakiś fajny sklep netowy, gdzie można było tanio kupić dobrej jakości guaranę i inne potrzebne mi składniki. Mówię mu więc, zamów mi stary trochę tej guarany, może kawa zielona by była tanio, wymieniłem trochę rzeczy do zakupu. I z jednej strony wiem, że Maciej w tej chwili nie ma pieniędzy, ale widzę że się uśmiecha od ucha do ucha i przytakuje, że kupi, że ok, żebym się niczym nie martwił.
I nagle do mnie dotarło, k.... byt wyglądający jak Maciej zagaduje mnie, grając na czas, za wszelką cenę odwraca od czegoś moją uwagę, tylko od czego. I w tym momencie sen nagle się kończy.

Ale mam teorię już od jakiegoś czasu, na potwierdzenie której zbieram przykłady i ten pasuje jak ulał. Wciąż tylko czeka na odpowiedź pytanie od czego odwracają moją uwagę.

entry 21.11.2013 - 08:20
Dziś nie jestem pewien czy to proroczy, może dlatego że jestem chronicznie niewyspany. Nałożyło się wiele spraw na wielu płaszczyznach i jeszcze ten remont chaty. Generalnie czasu brak.

Śnił mi się dziś mój szef, wychodzący z normalnie zamkniętych drzwi ewakuacyjnych w naszym biurze. Był wściekły jak rzadko kiedy, w sumie to tak wściekłego widziałem go tylko raz. Jak tylko wszedł przez drzwi do naszego pomieszczenia, Andrzej próbował coś zażartować, na co ten mu odpalił - doknij mnie a zabije.
Nie było fajnie. Szef przyszedł do mojego stolika z dwoma naręczami papierów i zaczął pokazywać, co ciekawe przyszedł do mnnie ale nie był zły na mnie. Przeglądam tą dokumentację, a tam zamiast tego co powinienem zobaczyć, widzę wypracowania szkolne i to niezbyt długie i niezbyt ładnie pisane. Wyglądało to jak zeszyty do dyktand wyższych klas podstawowych, ale ortów trochę świeciło na czerwono.

Biorąc pod uwagę, że ostatnio trochę dokumentacji cofnięto, trzeba będzie uważać.

Od czasu "wielkiego wyczekiwania" poprzedzającego serię pechowych zdarzeń, które niedawno opisałem, stwierdzam że to nie dotyczy tylko mnie. Ostatnio rozmawiałem z wieloma lidźmi, którym życie posypało się z dnia na dzień, w bardzo paskudny sposób. Wczoraj medytowałem nad tym i to co odczułem bardzo mnie zdziwiło. Tak jakby domykał się czas nie zakończonych spraw, nie podjętych decyzji, nie wyciągniętych wniosków. Obecne "trudności" to ostrzeżenie, żeby to zrealizować. Ale lepiej nie będzie. Ci którzy nie zdążą, zwątpią lub zaniechają - upadną. Mam nadzieję, że to dzieje się lokalnie, albo świruje i wszystko się dzieje tylko w mojej głowie.

entry 18.11.2013 - 08:33
Szedłem przez wielkie miasto. Było podzielone na enklawy. Niektóre enklawy były prosperujące, odgrodzone wysokimi płotami murami, inne prawie opuszczone, zniszczone. Chaos panował wszędzie. Choć tak naprawdę ludzi ciężko było wypatrzeć na ulicy. Wszyscy się pochowali.
Przechodząc przez kolejne części miasta zmieniałem się, zmieniałem zawód, płeć, wygląd, wiek.
Doszedłem do pewnej enklawy Murzynów, dobrze prosperowali, ale nie mogłem tam zostać, dowiedziałem się że muszę przejść dalej przez strefę walk, tam znajdę swoich. Ciekawe wyglądali jak Murzyni, ale nie wydawali się być ludźmi. Byli bardzo pomocni, rozmawiałem fizycznie z jednym, ale poznałem wielu w tej rozmowie, jakby telepatia.

Idę do strefy walki, przede mną przejeżdża stary autobus z powybijanymi szybami, oczywiście odjeżdża z przystanku, zanim zdążę do niego dobiec. Gdy wyszedłem za wysoką siatkę ogrodzoną drutem kolczasym ostatniej enklawy, widzę że się znowu zmieniłem. Jestem sobą, ale w wieku 10 lat.
Idę do strefy, nie jestem sam, jest Alice, Filip, ja i jeszcze jeden dzieciak, którego imienia nie pamiętam. Skradamy się przy wysokim drewnianym płocie. Zauważam, że reszta dzieciaków ma broń palną. Cholera a ja z gołą łapą a Filip ma kolta Taurusa ;] Ale znalazłem jakiś wielki śrubokręt krzyżak z żółtą rączką, niech będzie.

Wchodzimy do strefy walki, płot znika, jesteśmy na uliczce jak z amerykańskiego tasiemca na przedmieściach. Na ulicy pusto, ani żywej duszy, przygnębiająca cisza, a taka ładna pogoda, świeci słońce i jest ciepło.
Już nie jesteśmy dziećmi, mamy po jakieś 18 lat.

Biegniemy z Alice i Filipem do najbliżego domku. Oni wbiegają pierwsi. Oni biorą lewą stronę - kuchnia, ja korytarz po prawej. Chyba jesteśmy w jakimś serialu, tu są zombie. Słyszę jak Alice z Filipem tłuką swojego za ścianą, u mnie jest kobieta, stoi do mnie plecami. Wpadam na nią i dźgam śrubokrętem, ale nic ta dalej żyje. Słyszkę krzyki z kuchni, chyba sobie nie radzą. Nie myślę, działam, robię mały rozpęd wbijam śrubokręt razem z dłonią w brzuch ofiary. Uderzyłem z takim impetem, że przybiłem ją chyba do drzwi. Dobra wpadam do kuchni. Alice odciąga wielkiego bydlaka, który gryzie Filipa, jest czarny i wygląda jak gość z zielonej mili. Wpadam z impetem i bykiem wyrzucam gościa przez okno.

Chwila spokoju, łapię oddech. Alice jest cała, Filip ma ugryzienie klatki piersiowej. Mówię, że trzeba zdezynfekować. Rzucamy się z Alice po szafkach, żeby coś znaleźć. Nic. W zamrażarce znajduję czarnego Jacka Danielsa, nie ruszony, ale fart. Polewam ranę i mówię Filipowi, że będzie bolało, ale muszę wypalić ranę. Odpalam kuchenkę gazową i łapię widelec przez scierę. Chwila bólu i jest po wszystkim. Nawet nie pisnął.

Alice krzyczy, że zombi są wszędzie, duża grupa idzie od frontu. Łapię Danielsa i szmatę, po drodzę łapię zapalniczkę. Barem otwieram wejście boczne. Oślepia mnie słońce. Ale ogarniam się odpalam mołotowa i walę butlę za płotek, za którym kręci się parenaście postaci. Zauważyli mnie, idą tu. Dziwne, że efekt Danielsa jest dużo mniejszy niż się spodzewałem.

Odwrót. Biegniemy z Alice, dom jest otoczony. Przecież nie wyszły z nikąd, tu było pusto, przepychamy się przez korytarz sprzedając kopniaki na lewo i prawo. Wybiegamy z drugiej strony domu. Sceneria się zmieniła, słońce już nie świeci, a amerykański sen minął. Wszędzie są dymy, ruiny i pogorzeliska, a dom z którego wybiegliśmy jest palącym się bunkrem. Jest dzień, ale dymy i wałęsające się stwory ograniczają widoczność.

Krzyczę do Alice, a gdzie Filip? Został w kuchni, powrót jest równoznaczny z samobójstwem, wiemy o tym oboje. Wymieniamy spojrzenia, dobra wracamy, obiegniemy bunkier dookoła, tam jest mniej tałatajstwa. Wbiegamy do środka, ciemność setki schodów, korytarzy, dym jest wszędzie.

Tyle pamietam, wydaje mi się, że próbą było czy wrócimy po Filipa. Nie znam żadnego Alice i Filipa, ale pamiętam ich chyba z innych wypadów.

entry 16.11.2013 - 08:19
Bez sensu, owszem czasem śnią mi się osoby z odległej przeszłości, ale są to epizody, do których najczęściej nie wracam i nawet dłużej nie zastanawiam się o co chodzi.
Znów Marta, tym razem była nastolatką, tak jak ją pamiętam z końca podstawówki... szmat czasu. Byliśmy w ogromnej willi nad morzem. Ja byłem trochę młodszy niż teraz, ale dużo starszy od niej. Byłem jak by to rzec przyjacielem udzielającym rady dla zagubionej duszy. Tak jakby Marta cofnęła się na każdej płaszczyźnie wskutek może jakiegoś wypadku, albo przeżytej traumy. I przyszła zawinąć do najstarszego portu jaki pamięta i pogadać.
Dałem się ponieść, nie chciałem nic zmieniać, tak było dobrze, bo tak miało być, to się czuło. Nawet śladów Obserwacji nie zauważyłem nigdzie, a może nie chciałem zauważyc...
A teraz piszę do bytu, który pogrzebie w mej pamięci i przeczyta te słowa (a może już to zrobił): wiem o co chodziło w tym teście, jak chcesz do mnie dotrzeć to się naprawdę postaraj.


19 Stron V  « < 9 10 11 12 13 > »   
Mój obraz