|
|
Parę dni temu dowiedziałem się, że kolega A z naszego zespołu złożył wymówienie. Z końcem września odejdzie do innej firmy. A na wiosnę tego roku opowiedziałem sen swojemu szefostwu (i nie tylko), odnośnie kolegi A. Wiecie a śniło mi się, że Rafał zostanie kierownikiem i to niedługo. Nie przewidziałem jednak, że w innej firmie. Sen wyraźnie wskazywał, że będzie piastował kierownicze stanowisko, ale całe otoczenie snu nic nie wspominało, że będzie to inna firma. Może dlatego, że w firmie do której przechodzi dyrektorem jest nasz eks dyrektor. Skończyłem w zeszłym tygodniu brać Cipronex na przeziębienie, potwierdzam mocne działanie na wyrazistość fazy, hipnagogi wbijają po paru minutach leżenia, wizualizacja jest jak żyletka, łatwiej o LD. Ale z uwagi na inne efekty uboczne nie warto brać tego antybiotyku specjalnie w tym celu. Wczoraj miałem sen z proroczych ale bardzo krótki i niewiele pamiętam. Siedzę sobie w pracy, coś robię na kompie, pukanie do drzwi, "proszę". Wchodzi Beata z pocztą. Zdziwiony, że coś do mnie przyszło, odbieram dużą kopertę, podpisuje polecony. Wewnętrznie czuje lęk (we śnie spodziewam się wymówienia, lub czegoś podobnego). Otwieram kopertę i znajduję nagrodę. Nie potrafę określić jakiego rodzaju to nagroda i tu sen mi się urywa. Wydaje mi się, że ten sen sprawdzi się dość szybko, kwestia niecałego miesiąca. Może alternatywa pracy w innym dziale jednak dojdzie skutku...
Wczoraj potwierdził się sen sprzed trzech tygodni. Dzwonił kolega z firmy A, że firma B, przesłała do nas obciążające materiały filmowe, których nikt się nie spodziewał. A myśmy to potraktowali poważnie i się zaczęło. Będzie dym. A sen sprzed trzech tygodni pokrótce był taki: Firma B zaprosiła nas na uroczysty obiad z prezentacją multimedialną. Było tam parę zaufanych osób z naszej firmy. Knajpa była naprawdę fajna, wysoki poziom, klimat żeglarski, wszystko w ciemnym drewnie. Siedzimy tak razem przy stole, o oni w trakcie konsumpcji podanego obiadu (jakieś duszone mięsko w nieznanym mi sosem i opiekanymi ziemniaczkami ;]) zabierają się do prezentacji multimedialnej. Człowiek spodziewał się filmu, więc rozglądam się za ekranem, telewizorem... a tu nic. Prezes firmy wchodzi zza kotary z oprawioną w skórę księgą formatu A2 ze złotym grawerunkiem "Księga krzywd" (może ktoś gra w Młotka? ;]). Uroczyście kładzie, otwiera i czyta listę przewinień firmy A wobec nas i siebie. A my słuchamy ze smutkiem kiwając głowami, ciężkiej acz rzeczowej argumentacji prezesa firmy B. Wciąż mam problem z odczytaniem ze snu czasu realizacji zdarzeń. Nie mam na to pomysłu.
Dawno nie zaglądałem i czas to zmienić, poniżej sen z dziś. Sen nie sen, sam nie wiem. Zostałem wezwany do próby/rytuału, który miał przynieść wzrost duchowy progres. Nawet wydaje mi się, że odbyła się jakaś komunikacja w tej sprawie z moim Opiekunem, choć to tylko moje przypuszczenie. Jakiś proces mentalny się odbył, ale nie wiem kto z kim, ale wiem że w mojej sprawie. Przeniesiono mnie w specjalne miejsce. Miejsce wyglądało jak fragment rzeczywistości XIX wiecznej farmy wiktoriańskiej, składającej się z paru chat i na wpół zawalonego kościoła. Z drugiej strony bardzo klimatyczne miejce, można by rzec, że wyreżyserowane w tym celu. Całość rzewczywistości zawieszona była w Pustce i każdy wiedział, że sam nie da rady opuścić tego miejsca, nie bez pomocy opiekunów. W grupie wezwanych było wiele osób, których nie znałem, choć niektóre kojarzyłem z innych podróży. Niewiele było komunikacji. Każdy był skupiony na swoim zadaniu. Nie wiem jak reszta, ale ja swojego zadania nie mogłem mentalnie objąć, ale wiedziałem emocjonalnie na czym polega i czułem duże zagrożenie, ale i dużą szansę zysku. Opiekunowie, którzy nas "pilnowali" zjawiali się rzadko i w ogóle nie odpowiadali na pytania. Sprawdzali tylko czy każdy jest na swoim miejscu i czy nie wypadł z transu. Trans ten był tak skomponowany, że współgrał z zaśpiewem rytualnym, utrzymując pożądany poziom skupienia na rytuale. Żeby nie było - ci opiekunowie, to na pewno nie byli ludźmi i na pewno nie mieli nic wspólnego z naszymi Opiekunami (tylko gdzie oni byli, kiedy ich trzeba). Nie pamiętam czego dokładnie dotyczył rytuał, ale każda z grup osób miała w nim swój indywidualny udział, ryzyko i spodziewany zysk. Ja byłem w tej najmniej ryzykownej. Wszystko odbywało się w pięknie oświetlonej wieży na wpół zawalonego kościoła. Cała sceneria mocno scalona z naturą, nawet ławy było porośnięte suchym miękkim mchem. A światło padające ze ścian też przypominało słońce przeciskające się przez gęste korony drzew, ale panował półmrok. Sama natura wydaje się śpiewała przez ściany kościoła zaśpiew wielu pieśni w nieznanym mi języku. Choć wiem, że Oni używają tego języka i nie jest on obcy ani dla opiekunów ani dla Opiekunów. W apogeum rytuału, podniesiono nasze postacie w górę aż do Pustki. Dziwne, że nie to było najstraszniejsze, bo świadomość jakby zawiesiła się (nie była w stanie wygenerować żadnych myśli ani uczuć, można było tylko obserwować teraz). Ostatecznie nie wszystko się udało (w moim odczuciu) czułem spadanie odzierające z czegoś, traciłem jakąś cząstkę siebie. Podejrzewam, że byt, który był zobrazowany Pustką, albo w ostatniej chwili zmienił zdanie, albo nie spodobało mu się to co zostało dla niego przygotowane. Wszyscy spadali długo jak meteory spalając wierzchnią warstwę. Tracona część nas wyrastała jako drobne wielokolorowe kryształy bezpośrednio z ciała. Pustka była wszędzie, gdy nas wypluła na podłogę wieży kościoła, smutek który nas ogarnął był nie do opisania. Część postaci straciła swoją formę. Część kryształów, których nie zdążyła zabrać Pustka, rozbiła się o posadzkę, przybierając mleczno białą nieprzeźroczystą barwę. Postacie czołgały się łkając, pragnąć wchłonąć części siebie, jednakże bez rezultatu, okruchy kryształów nie przywierały do właścicieli. Potem pojawiły się istoty od których czuło się ewidentny brak miłości, a które pożerały jak głodne psy wszystkie okruszki kryształów. Gdziekolwiek się nie pojawiły, postacie wokół niej nie mogły się ruszyć (uczucie całościowego dociążenia ołowiem, przybicia do ziemi, wielkiego ciężaru ciała). Jak już ogarnąłem się z tego czego doświadczyłem a przybyłe istoty opuściły to miejsce natchnęła mnie myśl, że czasem dobrze jest być mniej rozwiniętym duchowo, bo w takich przypadkach mniej się ryzykuje, choć i mniej można zyskać. Zreflekowałem również, że poniesiona przeze mnie strata nijak się ma do doświadczenia, które uzyskałem. Na sam koniec, Ktoś zapytał mnie z głębi mnie, czy zrozumiałem i zapamiętam lekcję. Odpowiedziałem twierdząco. Po czym odczułem swoje ciało, lecz byłem we śnie, świadomość po któtkej chwili się urwała z ostatnią myślą, żeby pamiętać.
Miałem dziś ciekawą nockę. Przygotowałem się do wyjścia między 2 a 3. Leżę, relaks się nie pogłębia. Ok. poczekamy, poobserwujemy... Minął kwadrans, minęło pół godzinki ... nic. Ale czy aby to naprawdę nic, coś było inaczej? Przyjrzałem się ignorowanym przeze mnie strumieniom myśli. Zaobserwowałwm, że jest to bardzo uporządkowany strumień myślo-zmysłowy, jak na moment relaksu oczekiwania na wyjście. Poczułem się jak bym nasłuchiwał rozmów prowadzonych obrazami, z wieloma rozmówcami - moich rozmów, bez mojego świadomego udziału. Poczułem się trochę pominięty. Wątków rozmowy było bardzo dużo. Z tego co zapamiętałem była to modlitwa (coś co nazwałbym obrazowo uwielbieniem), było nauczanie o zamierzchłej przeszłości (naprawdę prehistoria), było rozważanie o ziołach (takich leczniczych) i wiele innych abstrakcyjnych dziedzin, których nie wspomnę. Może właśnie tak przebiegają duchowe korepetycje? Fajne doświadczenie.
Dawno już nie miałem motywu, żeby powtarzał mi się jeden sen. Ten, który mi towarzyszy od paru nocy dotyczy mojego młodszego brata. Wszystko sprowadza się do tego, że albo wychodzimy na jakąś imprezę razem lub oddzielnie. Po czym on nie wraca, a wszyscy wokół twierdzą, że zaginął. Nie towarzyszy temu jednak rzadna amba, po prostu zaginął i pewnie wróci, każdy robi to co dotąd robił, żyje własnym życiem. Dziwne, że czuje się obserwowany w tym teatrzyku, przez inną istotę. Zastanawia się co zrobię, czy pójdę kolejny raz szukać brata. Nie widzę jej, lecz czuję że jest źródłem tego teatrzyku i jest uwagą każdego braku uwagi osób prezentowanego otoczenia. Czasem zastanawiam się, czy te próby, przekazy i obserwacje zachowań, muszą odbywać się tak ... infantylnie. Dawno już wyrosłem z małego dziecka, które bało się ciemności, a te istoty wciąż mnie tak traktują. Jak by czas dla nich nie istniał a mój postęp był niezauważalny. Wiem, że jestem z jakiegoś powodu cenny, ale może czas zdjąć ten ochronny klosz... Gdy się człowiek chwilę nad tym zastanowi, zada sobie następne pytanie, jak dalece są od nas doskonalsi na swej drodze rozwoju? Każde bezpośrednie pytanie do Opiekuna w tej sprawie kończy się milczeniem. A może Wam ktoś na to pytanie odpowiedział. Ale nie, pokazał - zabrał w inne ciekawe miejsce. Tylko naprawdę odpowiedział. Czytałem ostatnio przekazy channelingowe czy orędzia na bardzo katolickiej stronie. Mówi się tam mniej więcej: 600.000 upadłych aniołów uwolnionych zostało w ubiegłym roku z otchłani piekła. Teraz zwolnionych zostało dodatkowo 5 milionów. Czy nie powinniśmy zaobserwować większej ilości obecności bytów po tamtej stronie? A może obserwujemy, ale milczy się o tym... Taki refleksyjny dzień dziś mam. |
|