Kolejny tydzień zleciał. Uczyniłem spore postępy w żonglowaniu. Udało mi się dobić do 4min. ! Dla urozmaicenia zacząłem się obracać powoli dookoła własnej osi. Nawet fajne uczucie , ale chyba już czas na naukę jakichś trików. Albo zacznę się uczyć żonglować czterema piłkami.
Fałszywe przebudzenie (01.12.2010)
Obudziłem się we śnie. Próbowałem przypomnieć sobie co mi się śniło. Niestety niczego nie zdołałem sobie przypomnieć. Wkurzałem się na wszystkich wokół i obwiniałem ich za to.
Back to school (02.12.2010)
Często śnią mi się stare dobre czasy w liceum. O dziwo tym razem pamiętałem że skończyłem już tam edukację. Niestety nie pokapowałem się, że to sen. Podświadomość wymyśliła sobie, że chcę jeszcze raz zdać maturę, czy coś. Dlatego postanowiłem wykupić z tydzień nauki w szkole (jakbym wykupywał godziny w szkole jazdy, albo co). Zaczyna się lekcja. Jakichś dwóch frędzli siedziało z tyłu i podśmiewało się ze mnie. Że to nie tak, to źle, tego nie zrozumiem, czy coś w tym stylu. Trochę mnie to deprymowało. W końcu zapytali się wprost, czemu nie zrezygnuję? Nie mam już dość? W końcu nie wytrzymałem. Rzuciłem się na nich. Siłowałem się na założenie dźwigni z jednym łebkiem, a potem z drugim. Z początku szło mi nieciekawie, ale zaczynałem przeważać. Sam zdziwiłem się swoją siłą. Czułem podświadomie, że nic mi nie będzie. W końcu mój kolega Marek przyszedł mi z pomocą. Obezwładniliśmy tych dwóch dupków. Mogłem zostać w szkole. Jupi! :)
III Wojna Światowa (06.12.2010)
Stałem sobie na podwórku o 6:00 rano. Świat pogrążony był w szarości. Matka powiedział, że wybuchła wojna. - "Trochę ruchu dobrze ci zrobi" - mówi do mnie. Nie chciałem iść do woja. Z moim szczęściem jeszcze ktoś mnie postrzeli w koszarach, przy czyszczeniu broni, czy coś. Nagle z naszego garażu wybiegł pluton Wojska Polskiego. Zauważyłem, że mają trochę niedzisiejsze mundury. A broń to w ogóle wytrzasnęli chyba z czasów I wojny światowej. I jak tu mamy zwyciężyć?
Zamieszki (08.12.2010)
Stałem gdzieś na polnej drodze. Widziałem wiejską chatkę w oddali. Stałem w sporym tłumie. Jacyś manifestanci. Chyba lewicowcy i antyfaszyści. Przed nami stał kordon policji z pałkami i tarczami. Kazali nam rozejść się. Tłum rozchodził się powoli, niechętnie. Nie dałem za wygraną Rzuciłem się w pojedynkę na policjantów. Krzyczałem jak opętany, alby poderwać ludzi do walki. Podziałało! Wszyscy jak jeden mąż rzucili się z pięściami na niebieskich. W tym momencie komendant policji wydał rozkaz:
- Strzelać! - Przestraszyłem się nienażarty. Czułem, że to tylko gumowa, a nie ostra amunicja. Ale i tak nie chciałem oberwać. Uskoczyłem w bok. Upadłem szybko na glebę. Reszta manifestantów również padłą, ale od gradu strzałów. Zostaliśmy pokonani. To koniec. Siedzieliśmy potulnie na ziemi. Dowódca podszedł do nas. Powiedział nie kryjąc zadowolenia:
- Podżegacze trafią do pierdla, resztę wypuścimy.
Przestraszyłem się nie na żarty. Nie chciałem iść do wiezienia, całe życie przede mną. Potem sytuacja lekko się zmienia. Idziemy w stronę wiejskiej chaty. Mamy siłować się na ręce z policją, jeżeli chcemy być wolni. Niestety tylko na prawą (jestem leworęczny więc mam ją silniejszą). Trochę sie bałem, że przegram. Trafił mi się jakiś młody przeciwnik. Wyglądał na silnego i sprawnego. Położyliśmy się na ziemi (nie było stołu). Pomyślałem, że to głupota, będzie niewygodnie tak, no ale trudno. Złączyliśmy ręce. Szybko wyczułem przeciwnika. Faktycznie był silny, ale ja także trenuję z podnoszeniem żelastwa. Facet zrobił się cały czerwony na twarzy. W końcu go dokończyłem. Zażartowałem sobie z niego. Dostałem następnego. Ten był potężnej budowy. Udało mi się go pokonać, ale z wielkim trudem. Ręka zaczęła mnie boleć. Trzeci pod rząd był jakiś dziwny. Miał szpetną twarz. Pełną blizn, od poparzeń. Siłowaliśmy się. Powiedział do mnie, że się przecież znamy. Nie mogłem go sobie skojarzyć, ale dla świętego spokoju przytaknąłem. Pokonałem i jego. Ręka bolała, jakby miała zaraz odpaść.