|
|
Dzisiaj śniła mi się dość długa historia. Zaczęło się od tego, że przyszedłem na grupę Pomostu i gdzieś wyszliśmy. Tam była jakaś jakby sucha łąka (nie sawanna) i tam pasały się gnu. Weszliśmy w jakiś tunel i doszliśmy gdzieś gdzie pewna dziewczyna usiłowała obebrać swoim zacofanym rodzicom coś, na czym mi też zależało, ale ją popierałem. Urządziła sobie pracownię w zegarze (to był taki stojący, wysoki zegar (a teraz właśnie mnie naszło, że "zegar" to dziwne słowo pochodzące zapewne z arabskiego), ale w miejscu tarczy było kwadratowe okienko do jakiegoś pokoju) i ten pokoik cały obwiesiła złotem. Potem jakiś facet jej szukał, patrzył w ten zegar, ale jej nie wypatrzył, bo schowała się pod biurkiem. Wróciliśmy przez tunel do gnu, zaatakowały nas a ja musałem ratować jakieś dziecko (bobasa) bo stał im na drodze. Usiedliśmy na trawie blisko siebie, a one tak hasały. Potem poszliśmy chyba do rodziców tej dziewczyny od zegara i na obiad zjedliśmy kolację. Wtedy się obudziłem. Przewija mi się jeszcze parę obrazów z tego snu, ale nie wiem, gdzie je wsadzić: Ta dziewczyna, w ładnej złotej sukience i targowisko (z lekka średniowieczne), być może równocześnie. Co ciekawe, cały ten sen śnił mi się w czasie mniejszym niż trzy godziny (od 1 do 4), normalnie śpię dłużej i mam krótsze sny.
|