|
|
…czyli docenić niepamiętania wszystkich snów. Tak samo jest to ważne jak niepamiętanie wszystkich wcieleń. Wspólny mianownik: trauma. Miałem nie pisać już o snach, ale to jest jednak pewne doznanie, ale może od początku… Przedwczoraj, po prostu sobie siedziałem przed kompem i mi się przypomniał nagle ze szczegółami koszmar z dzieciństwa, który śnił mi się wiele razy, a ostatnio jakieś 10 lat temu. Próbowałem go tu kiedyś opisać albo coś o nim wspominałem, ale miałem problem z przypomnieniem sobie szczegółów. To właśnie dopóki teraz jeszcze pamiętam, to co mi się przypomniało wtedy: Wielka, jasna, świetlista, bezhoryzontalna przestrzeń, mieniąca się kolorami tęczy. W przestrzeni tej pojawia się cienka czerwona linia, która z początku zaczyna delikatnie, subtelnie falować i zaczyna coraz szybciej i szybciej, zaczyna się pogrubiać i ciemnieć, fale gęstnieją. Tworzy się nieprzyjemny ścisk, przytłaczające, brązowe tworzywo, struktura. Jestem jakby w tym, uciska mnie, nie mogę oddychać, panikuję, nic nie mogę zrobić, strach. Przechodzę lub ta struktura się przekształca w olbrzymi równie przytłaczający obiekt, odbierający oddech i emanujący negatywną energią. Jest coś dalej, jakieś struktury, połączenia jakby neurony już przyjemniejsze, jakieś przemieszczające się światła, ale to już słabo pamiętam, bo rzadko udawało mi się tak zajść w tym śnie. Zazwyczaj budziłem się przy tym ścisku, czasem przy tym obiekcie. Ale to zapisałem, bo teraz to dobrze pamiętam, a to może trochę nie na temat, choć może fakt, że sobie to przypomniałem miało jakieś znaczenie, tego nie wiem. Później ćwiczyłem, medytowałem, umyłem się i położyłem się spać. Po jakimś czasie zaczął się nieświadomy, ale mega mocny, dokładny sen – koszmar. Na początku przyjemnie, jest nas czterech i pies lub jakieś inne stworzenie, może mały delfin(?). Nie kojarzę ich, ale jakbyśmy się niby znali. Okolica mieszana, jakby widok z okna, ale urozmaicony o skałę, jeziorko i odprowadzoną od niego unormowaną płytami rzekę. Jeden z kolegów skacze do tego jeziorka na bombę, jest trochę grubszy. Drugi siedzi w tej wodzie. Trzeci stoi przy tym grubszym, co skakał. Stworzenie pałętało się gdzieś pomiędzy nimi. Ja byłem z tyłu i jakby nagrywałem to wszystko. Ogólnie sielanka, ładna pogoda i przyjemnie. Zerwał się wiatr i urwało znak ze słupkiem, który stał między drogą a rzeką. Kolega, który siedział w wodzie na widok wyłamanej rurki ze słupka wpada na pomysł głupiej, psychicznej zabawy. Chciał sprawdzić kto wytrzyma dłużej uderzenie taką metalową rurką. Podpływa i bierze ten przedmiot. Uderza od razu tamto stworzenie, które od razu po pierwszym ciosie pada martwe. Podpływa do grubszego i zaczyna go okładać narzędziem, gruby odpływa, ucieka, tamten go jednak dopada, ten nurkuje, szamotanina. Ten z rurą nie przestaję, jak nakręcony, nie reaguje na „słowa”. Tamten bity już cały czerwony, płynie co sił w moją stronę i… już nie jest gruby. Wygląda jak obdarty ze skóry, widać wszystkie mięśnie na twarzy, cały czerwony, tylko oczy białe i wpatrzone we mnie, nie ma już sił. Wyciągam rękę po niego, a on usiłuje mnie złapać. Podchodzi ten z rurą, sam się już boję o swoje życie. Wyciągam dalej rękę po tamtego, w jego oczach było wszystko, nadzieja, strach, chęć przeżycia, poddanie, brak siły. To wszystko zaczęło zanikać i rozpływać się w pustce jego oczu, zaczął się topić. Już go prawie miałem. Ten psychopata zamachnął się i oddał decydujący cios. Koniec. Obudziłem się, grube łzy leciały mi same z oczu, nie mogłem się otrząsnąć, to było tak realne, ja nie mogłem pomóc. Serce mi się krajało. Próbowałem ochłonąć, zastanawiałem się dlaczego to mi się śniło i że nie chcę tego pamiętać. To było mocne doznanie. Położyłem się, byłem wystraszony, obawiałem się zamknąć oczy, bo widziałem tylko ten moment śmierci i te wołające oczy biedaka. Myślałem, że nie zasnę już tej nocy, ale nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Śniło mi się, że opowiadam o tym śnie swojej siostrze, która z początku średnio zainteresowana, później słuchała. Rano i cały wczorajszy dzień wspomnienie było wciąż „żywe”. Darowałem sobie ćwiczenia, nie chciało mi się. Odpuściłem sobie również medytację, wiadomo, chyba nie miałaby sensu. Ogólnie to czułem w sobie jakąś nieprzyjemną energię obwiniania siebie. Nawet się nie umyłem, od razu się położyłem, ale nie zasnąłem, chciałem zapomnieć, a jednocześnie rozmyślałem dlaczego i po co ten sen. I stwierdziłem, że to może jakiś mentalny atak, ale potem nie i już wiem dlaczego, po co i od kogo/czego to przeżycie. Później udało mi się po dłuższym czasie zasnąć. Śnił mi się znowu jakiś nieprzyjemny sen, ale nie aż tak jak ten. Zdecydowałem się to napisać, ale nie po to, żeby to pamiętać, tylko po to, żeby rozładować i opuścić tą ciężką energię, bo nie mam komu o tym tak dokładnie opowiedzieć. Niemniej jednak rozumiem, a przynajmniej tak uważam, to była lekcja, ciężki sprawdzian związany z intencją medytacji, która była parę godzin wcześniej. I oznacza, że nie do końca jeszcze jestem gotowy, ale już nie mogę się cofnąć o krok, mogę stanąć w miejscu, przećwiczyć, przeżyć i przetrwać to. Pozdrawiam ;)
|
Moje Albumy
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||