Dziś miałam nad ranem fajnego LDka :)
Byłam u mnie w mieszkaniu, nagle ni z gruchy ni z pietruchy zdałam sobie sprawę że to sen. Bez zastanowienia, bez żadnego TRka, po prostu wyskoczyłam przez okno i zaczęłam lecieć. Niestety w powietrzu coś mnie zatrzymało i przeniosło.
Znalazłam się w pięknym miejscu. Była złota jesień, a ja stałam w lesie na dróżce. Wokół mnie pełno drzew które już nieco zrzuciły swoje liście. Dróżka była długa, ziemista, a na końcu jej piękne światło. Może było to słońce, a może co innego? Biło w moje oczy oświetlając całą drogę. Zapragnęłam znaleźć się przy tym świetle. Ciągnęło mnie do niego, choć wiedziałam że muszę przejść całą ścieżkę by się z nim złączyć. Zaczęłam więc iść do przodu, co ciekawe las sam sobie był lekko ciemnawy, jedynie oświetlała go ta jasność na końcu lasu. Szłam więc tak dotykając przy okazji liści drzew, chciałam poczuć ich energię i miłość do nich. Czułam każdy mój krok, byłam połączona z ziemią. Czułam ogromną radość, spełnienie, kochałam całą przyrodę i szłam tak w stronę światła. Na prawdę rzadko widzi się tak piękne miejsca w snach, mam wrażenie że wszystko było dobrze dostrojone. To miejsce było wprost magiczne.
Niestety nie zdołałam dostać się do światła, bo coś mnie obudziło :/
A szkoda :) taki sen chyba musi nieść za sobą jakąś ambitną metaforę, co o tym myślicie? :)