|
|
Jestem w lesie z innymi ludźmi. Jest nas parę osób - może z siedem. Jedna dziewczyna (ma blond włosy, takie akurat do ramion) chce nas na trochę opuścić. Nie dopytujemy się po co. Ja domyślam się, że chce się spotkać z takim facetem, którego poznała w drodze tutaj. Pamiętam, że wcześniej jechałyśmy autobusem, ale nie pamiętam dokładnie tej sceny. Poszła więc, ale coś długo nie wracała. My już zdążyliśmy pójść gdzieś indziej, ale wróciliśmy się do tego lasu. Postanowiliśmy jej poszukać. Zanim weszliśmy wgłąb lasu, powiedziałam: "Stop na chwilę! Tylko niech nikt więcej się nie zgubi!", obawiając się, że to będzie tak, że będziemy się gubić po kolei (nie wiem dlaczego miałam takie przekonanie). Aby się za nią rozejrzeć, chcę wejść na drzewo. Kiedy próbuję to zrobić, jeden facet (to jest członek pewnego znanego zespołu) mówi, że już próbował tak i nigdzie jej nie widać. Nagle dzieje się coś takiego, że ziemia się osuwa i powstaje przepaść. Cztery osoby (wszyscy członkowie tego zespołu) spadają w tą przepaść, a ich ciała zatrzymują się na tej pochyłości, tak że nie spadają całkowicie w dół. Wtem okazuje się, że oni tylko udają - że to jest w ogóle jakiś plan filmowy albo plan teledysku czy coś w tym stylu. Ktoś z boku mówi do tych facetów, że fajnie wyszło i podsumowuje, że przyda się trochę takiej dramaturgii; że nastolatki będą płakać, kiedy to zobaczą; i ogólnie jest zachwycony tą sceną. Później słychać jakieś huki. Rozglądam się i widzę niedaleko nas parę budynków i unoszącą się nad nimi czarną chmurę, która powstaje od zrzucania czegoś na ziemię albo od wysadzenia czegoś w powietrze. Przez te budynki, nie widać co tam jest. Ktoś mówi: "Bombardują cmentarz". Rozglądam się dalej i widzę, jak coś na nas "idzie". Nie pamiętam dokładnie co to było, ale przesuwało się w naszym kierunku. Naokoło nie widać już drzew. Widać tylko coś na kształt wielkich śrób - takie koła zębate, osadzone równolegle do ziemi, na wąskich walcach. Ktoś "rzuca" pomysł, że jeśli uda nam się przekręcić te koła, to uda nam się powstrzymać to zbliżające się niebezpieczeństwo - i dodaje, że wszyscy muszą przy tym współpracować, dziewczyny też. Razem próbujemy więc łapać za zęby tych kół i przekręcić te koła, ale ciężko to idzie. Ktoś zadaje jakieś pytanie - rodem z uczelni - "... to jaki będzie próg wytrzymałości?", a ja na to: "Dałbyś spokój...". Nagle wychodzi na jaw, że całe to zamieszanie to wina jednego faceta, który jest tam obecny (jest solidnie zbudowany, ma bardzo krótko obcięte włosy i ma niewielki zarost na twarzy, ubrany w białą koszulkę - prawdopodobnie jest to ten sam facet, z którym spotkała się tamta blondynka) i okazuje się też, że jesteśmy w jakimś programie typu reality show. Jeden facet podchodzi do tego w białym, a on nie wie (albo udaje, że nie wie), o co tamtemu chodzi. Ten, co podszedł, mówi do niego: "Zgłosiłeś się do programu! No to teraz z niego nie wyjdziesz!" i zaczyna się przepychanka między nimi. Potem rozmawiam z innym facetem (wygląd podobny do tego w białej koszulce, tylko jest w połowie łysy i ma na sobie czarną koszulkę, znam go), a raczej mówię do niego coś - mam jakieś pretensje. Nagle ktoś podchodzi do nas (nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że to właśnie ten facet w białej koszulce) i mówi do tego faceta, z którym rozmawiam: "Nie będziesz jej bił!". Ja popycham tego w czarnej koszulce. Ze względu na jego masywność, nie robi mu to żadnej krzywdy. On uderza mnie w twarz i upadam na ziemię. Leżę tak na boku przez dłuższą chwilę. Słyszę, jak ten w czarnej koszulce coś tam tłumaczy temu drugiemu - że to moja wina; że widział, jak zaczęłam, a ten w białej na to: "Nie interesuje mnie to. Ty nie będziesz jej bił." i zaczyna grozić tamtemu. Pomyślałam wtedy, że mimo że z niego (z tego w białym) zdrajca, to jednak potrafi być w porządku.
|