|
|
Jestem w szpitalu, wysoko. W gabinecie Ewa Kopacz, jako premier. Ja jestem jej asystentką. 2 strażników ma pilnować. Odwróceni tyłem, grają w jakąś grę w internecie. Denerwuje mnie to. W końcu wybucham, bierzcie się do roboty, ja was przypilnuję. Odwracają się, patrzą na mnie. Dobrze, będziemy pilnować. Wychodzę, długi korytarz, jakby wspomnienie z przeszłości. Wracam, przed pokojem rozbebeszona moja torba, pusta. Ukradziono dowód osobisty, prawo jazdy, pieniądze. W portfelu 2 tys, i luzem też ok.2 tys. Martwią mnie te dokumenty. Wchodzę, strażników nie ma. Zła chcę dzwonić. Nie znam nr telefonu do nich. Znajduję telefon inny niż zwykle. Przyciskam nr, jest 1 przycisk. Uruchomiłam alarm wybuchu jądrowego. Co robić. Wchodzą 2 osoby ubrane jak lekarze,czy pielęgniarki, na głowie nakrycia jak przy operacjach. Wwożą wózek wysoko napakowany i przykryty zielonym prześcieradłem. mówię, że to pomyłka. Biegnę szukać strażników. Chirurgia, lekarze idą na obchód. Na czele ordynator, wygląda jak Zębala, były min.zdrowia. Przepraszam i biegnę dalej. Schody, schodzę i wychodzę z budynku na portiernię. Lekko uchylone okno. Proszę przywołać strażników. Patrzą zdziwieni. Wydzieram się. No dobrze, mówi ktoś za okienkiem, wyślemy ich. Wracam. Pielęgniarka wwozi wózek z pacjentem. Mężczyzna, nieogolony, charczy. Mówię, że nie mam czasu i nie będę się nim zajmować. Pielęgniarka mówi,tu jest dużo miejsca i zostawia go. Jestem zrozpaczona. Przecież będę musiała nim się zająć. E. Kopacz jest cały czas w tym pokoju. Nic nie mówi, jest, a jakbyjej nie było. Poszarzała.
|
|