oobe.pl

 

Witaj Gościu ( Zaloguj | Rejestruj )

> Hotel, o życiu (mniej) poważnie
Asha
post 08.04.2010 - 18:43
Post #1


Dusza Towarzystwa
*******
Grupa: Podróżnicy


Notatnik


(IMG:http://studiolotos.com/hotel.jpg)

HOtel

PAUSE

W hotelach jest coś, co mi się podoba. Mają osobliwą tendencję przypominania o pewnych istotnych sprawach. Zwłaszcza, jeśli podróżuje się samemu.

Masz tylko ten pokój hotelowy. Torbę z garstką najbardziej potrzebnych rzeczy. No i siebie.
Ściany są puste. Nie mają w sobie nic określonego. Nie mają charakteru. Mogą jedynie wyglądać lepiej lub gorzej. Ale ich bezosobowość działa tak samo, jak obcy człowiek stojący obok, patrzący się na ciebie nieustannie, trzymający w oczach pytanie, „kim ty właściwie jesteś i co tu robisz??”.

Obcy pokój. Miejsce tymczasowe. Poczekalnia. Przedstawmy się, pokój i ty. Ekhem! Więc mówiłeś, że kim jesteś?

Pokój hotelowy odbija wnętrze, jest jak dobrze sporządzone lustro. Czy odbije pustkę, czy odbije pełnię.
No i oczywiście, stały element pokoi hotelowych.

Nigdy nie lubiałam telewizorów. Głośne krzykacze, zakrzyczające resztę życia. Nie działają inaczej niż nikotyna, kawa, narkotyki. Zabijają ciszę. Chociaż nie, nie ciszę. Zabijają dźwięk tego, kim się jest. Jeśli nie wie się, kim się jest, to się boi, to lepiej z dala od siebie, żeby sobie tego nie przypominać. Wtedy nawet własny pokój wydaje się obcy i pusty, wtedy tak szybko tego się potrzebuje. Odruchowo w jakimś poczuciu lęku sięga się po pilota. I znów nie jest się samemu, co za ulga!. Iluzja towarzystwa. Iluzja sensu życia. Iluzja spełnienia. Jeszcze bardziej żenujący jest fakt, że oni to robią dla czystego zysku. Trzepią kasę, za którą spełniają swoje najśmielsze marzenia, na czyimś skapcniałym siedzeniu przed telewizorem. Na czyichś marzeniach, by żyć tak jak oni. Płonnych marzeniach, umierających powolnie w zagłębieniach kanapy.

Szklane pudło odcina od świata, ale to nie jest najgorsze, odcina od samego siebie. Dlatego w hotelach zawsze są telewizory. Mają stworzyć iluzję komfortu, żeby przypadkiem nie zacząć za dużo myśleć, bo a nóż się przypomni, że we wnętrzu jakoś nieswojo, zimno i pusto jest. We Własnym wnętrzu. Czy to nie straszne?

Wracamy. Pokój hotelowy.
Pauza. Przerywnik. Odpowietrznik. Miejsce, gdzie możesz spojrzeć z perspektywy. Spokojna góra w centrum pędzącego miasta. Muszę to napisać, więc napiszę, proszę bardzo: czy na wyjście w góry zabiera się ze sobą telewizor. To było pytanie retoryczne. Ale dajmy już z tym spokój.

To jest wspaniały moment. Ponieważ jest to moment po i moment przed, resztą twojego życia. Łąka zastanowień. Jest jak długa jazda autobusem z miejsca na miejsce, gdzie patrząc na mijające życie za szybami, zaczynasz myśleć o sobie samym. Uwielbiam takie podróże. I ta perspektywa.

Podróże związane są w głównej mierze z miejscem, więc zasadniczym pytaniem jest „co ja tutaj w ogóle robię?”.

Miasto szybko przemyka przed ulicą, życie przemyka przed oczami, pokój gdzieś niknie, podobnie łóżko hotelowe. Sufit jest baaaardzo głęboki. Dalej kolejno padają, jak karty do gry w pokera, na stół, „po co ja tu w ogóle jestem?”. As kier.

„Po co mi to wszystko?”. Dwójka trefl. I w końcu „O co mi w ogóle, chodzi??”. JOKER szczerzy zęby.

Vuala! Jajecznica gotowa.

Można sobie zjeść, siebie samego. Jajeczko co sobie nazbierałeś, na ciepło. Smacznego.
Bardzo dobrze, w końcu dzieje się coś konstruktywnego, i pomyśleć że pustka tego kiepawego pokoju mogła urodzić takie życiowe pytania? Chyba coś w tym jest.

Hmm czy jajko smakowało? Czy było dobrze przyprawione? Wystarczająco dużo soli? A pieprzu, czy pieprzu było tyle co trzeba? O proszę pana, oregano też było? To świetnie! Tośmy się ubawili. Teraz można sobie sowicie odbeknąć. W końcu i tak nikogo nie ma w tym pokoju.

Jajeczku się trawi, a ściany znów zaczynają milczeć. Znów są takie szare, brzydkie, nijakie. Pusto tu. O czym to ja...? O czym to ja myślałem? Nic. Trzeba wstać trochę rozprostować kości. Okno, może okno coś ciekawego pokaże. Uchylasz firankę i patrzysz na dół. Gzyms trochę widok zasłania. I nie wiem po co robią takie szerokie parapety. Może ludzie tu często chowają się na tych parapetach? W końcu to hotel, różnie to bywa.

W dole nic takiego. Ktoś pośpiesznie gdzieś zdąża, jakaś kobieta z upiętymi włosami, w brązowym płaszczu, kurczowo trzymająca pod pachą torebkę. Dalej chyba jakiś zakład mechaniczny. Grubszy facet z papierosem w ustach, stąd widać jak jest spocony, niebieskie, ubrudzone smarem ubranie robocze. Ogląda jakieś części. Szybko przejeżdżają samochody, jak zaprogramowane pszczoły. Kiedy wreszcie masz tę chwilę dla siebie, to życie tych tam w dole wydaje się takie dziwne. Po co oni się tak śpieszą? Oj, chyba im trochę współczuję. Jak dobrze że tutaj jestem. Jestem tutaj. Jestem.

Jestem sam...

Historia ciągnie się dalej. Ściany hotelowe patrzą.
Nagle uderza cię to, co jest oczywiste. Zdajesz sobie sprawę z własnej tymczasowości. Dzisiaj jesteś tutaj, jutro cię nie będzie. Ktoś inny zajmie twoje miejsce, które już sobie w jakimś stopniu oswoiłeś. Inaczej ułoży rzeczy, może poprzestawia meble. Twoje pieniądze otrzyma ktoś inny. Ubrania które miałeś rozsypią się na strzępy, buty zgniją, część kwiatów zostawionych w mieszkaniu powysycha. Wiatr na cmentarzu będzie beztrosko hulać po twoim nagrobku. Halo! Przecież ja nie umarłem! A tak... więc budzisz się w środku nocy, z tym dziwnym uczuciem, że nie kojarzysz gdzie jesteś, nie pamiętasz co tu robisz. Na chwilę wydaje ci się, że może dostałeś amnezji, albo umarłeś. Nie, jestem tutaj, jestem, już dobrze. Ufff.

***

W pokoju jest ciemno. Jest późno w nocy, prawdopodobnie wszyscy w hotelu już śpią. Przez zasłonki przedziera się kilka smug światła z lamp ulicznych, kreśląc wielokąty na ścianach i suficie. Ta cisza uspokaja. I coś produkuje. Zwiewna mgiełka myśli niewinnie przelatuje przez umysł. A gdyby to była ostatnia noc? I nikogo prócz mnie więcej by tu nie było? Kostucha stuka metalową kosą o twoje jeszcze ciepłe paluchy, które wystają spod kołdry. Spokojnym głosem pyta „Czy osiągnąłeś swój cel?”. Czy osiągnąłem mój cel?

Nawet nie jest tak śmiertelnie poważna. Chyba mi się przewidziało, ale właśnie wygrzebuje sobie coś kosą z zęba, w jakimś swoistym zamyśleniu. Co za dziwny dźwięk. O tak, mamy dużo czasu. Fotel skrzypi, gdy siada.

Jeszcze nie zdążyłeś się zastanowić, gdy pada następne „Czy żyłeś naprawdę?”. Czy żyłem.

Siedzi w tym nijakim fotelu, jakby nigdy nic, obracając sobie kosą wspartą o podłogę. Z nudów chyba. Albo z przyzwyczajenia. Jakaś kropelka potu wypływa na czoło. Zaczynasz sobie przypominać. Zaczynasz się zastanawiać. Jak promyki zapomnianego brzasku, przypominają się marzenia. Te dawne, kiedy było się jeszcze podrostkiem i myślało że zwojuje się cały świat. Jakie to były piękne czasy. Wszystko było możliwe. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, jaki jest świat, nie wiedziałem że życie jest trudne.

„Nie jest”, padają słowa z objęć fotela, jakby to była najbardziej oczywista na świecie rzecz. Jak jajecznica. Kostucha rozgląda się z zaciekawieniem, jakby te puste, beznadziejne ściany hotelowe były czymś wartym uwagi. Nie, ona jednak nie gwiżdże, przesłyszało ci się. Myślisz. Myślisz. Ściany milczą nieubłaganie, wlepiając w ciebie białe, bezźrenicowe ślepia. Nic ci nie powiedzą. Zimnie obojętne. Przecież jutro cię tu nie będzie. Kostucha stuka kosą.

A gdyby tak wszystko cofnąć? Gdyby spróbować jeszcze raz? ...
Choćby teraz?
Gdzieś na korytarzu miarowo cyka zegar.

W fotelu nikogo nie ma. Poszła dalej.

***

Oczami wyobraźni widzę podróż zwaną życiem. Z hotelu do hotelu. Powietrzem są przypadkowo spotkani ludzie. Wodą przestrzenie. Nieustannie przemijające, zmieniające się obrazy miast, ulic, korowody restauracji. Drzwi, czarne worki nie wiadomo czy z kotem. Każdy zaprasza by do niego zaglądnąć, by coś tam znaleźć. Byle nie puszkę pandory. Chociaż... to też by było ciekawe. W końcu coś by się działo! Dlaczego nic się nie dzieje?

Stukasz palcem w parapet. Dlaczego nigdy nic się nie dzieje.

Kiedyś patrzyło się w gwiazdy, myśląc o marzeniach. Dzisiaj też patrzy się w gwiazdy i też myśli się o marzeniach. Tylko że zamiast na dworze mroźną nocą, to w salonie gościnnym, codziennie.

Rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi teleWZorze ku pomocy. Kupo mocy...? Czy naprawdę w to zamieniło się życie? Czy mocy, to nie wiem, ale kupo, to na pewno.

Hmmm. Ale rozumiem, że to się lubi, a jak można sobie odmówić rozrywki po tak męczącym dniu. Szkoda tylko, że te reklamy są takie długie. I czy mi się wydaje, czy reklamy puszczane są głośniej niż reszta gwiezdnego repertuaru? O, zaczyna się, po przerwie, ten nowy fajny serial „Usta, usta”. Ogląda się, z oczami okrągłymi z zaciekawienia, jak dzieci, które po raz pierwszy w życiu zobaczyły rower. Chociaż nie, to by było jakieś dwadzieścia lat temu. Dziś nie ma roweru, jest nowa gra komputerowa. Normalnie, jakaś parada szklanych płaskoniży! I to niby szczyt rozwoju istoty ludzkiej?

Wracamy. Przecież jest ten pokój hotelowy. I telewizor. A niech już sobie leci, a co mi tam.
W końcu trzeba czymś się zająć.
Oglądasz, zapominasz sobie, gdzie jesteś. Wciąga cię. Robi się przyjemnie. Może jakieś piwo do tego, coś dobrego do picia. Pychota. Tylko jeszcze nogi wyprostować. Kwintesencja życia, te barwne kolory, ekscytujące dźwięki, jeszcze bardziej ekscytujące wDZięki. A nie jakaś tam nudna kostucha zadająca zbyt poważne pytania. Przecież jeszcze całe życie przede mną. Na wszystko jest jeszcze czas.

Widzę to z boku. Jak zahipnotyzowana małpa. O przepraszam za określenie, ale tak to właśnie wygląda. Czy widzieliście kiedyś kogoś jak ogląda telewizję? Z niedowierzaniem patrzę.

Prawie słyszę doniosły głos jak się wyłania. Należy do murzyna. Takiego, który zawsze ma dużo do powiedzenia. Pojawia się jak rodzic, który musi przyprowadzić do porządku niesforne dziecko. Tyle że przecież jesteś dorosły. Staje obok, z rękami wspartymi na biodrach i komentuje niecierpliwie, „Będziesz tak siedzieć i oglądać to gówno??”. „Zrobiłbyś coś z sobą!”. (Hahaha, narrator nie może się powstrzymać).
Lubię czarnoskórych za to że potrafią w prosty sposób przedstawić sedno sprawy, w otulinie bystrego oka i niedowierzania duszy, w uśmiechu, czyniąc wszelką powagę zbyteczną. Tak to właśnie widzę.

***

Nie, murzyn nie odszedł jeszcze. Nie jest tak szybki jak koścista. Była sobie ona, a teraz mamy liczonko. Jak to było z tymi sukcesami, porażkami? Spełnieniem? A tak! Faktycznie jest takie słowo!

Przeglądajmy, jakie tam osiągnięcia i tym podobne. Dziś, podsumowanie ma czarną skórę. No w końcu do czego się doszło? Zerka na ciebie. W oczach pytanie. Cholera, chyba do niczego. Nie udało się. Od początku wiedziałem, że się nie uda. Obgryzasz paznokcie. Chciałoby się rozłożyć dłonie, chciałoby się to wszystko wytłumaczyć, ale wewnątrz pali poczucie, że przecież nawet nie spróbowało się tak na serio.

Robi się jakoś poważnie, choć nie do końca. Więc on tam stoi, murzyn, patrząc na ciebie tym swoim bystrym wzrokiem i rzuca szybko pytanie, „Naprawdę dałeś się nabrać, że ci się nie uda!?”. Naprawdę?? Niedowierzanie, i ta słodka niepowaga w głosie, może nawet okruszek ironii. Kręci głową na boki.
„Oh man, man!”. „Kurde, człowieku...”.

Chwila ciszy.

„To co tam się stało?” Pyta dalej. Zapowietrzenie, myśl co odpowiedzieć. I oto wymówki wypływają jedna za drugą, do góry brzuchami, jak ryby co pływały za długo w nieświeżym stawie. Jedna, druga, dziesiąta. Przy następnych, sam się zaczynasz zastanawiać, czy aby na pewno miało się nie udać? To wszystko?

A co jeśli, mogłoby się udać? Kurde...

***

Ale co miałoby się udać? Czy w ogóle pamiętasz czego chciałeś? Przeglądasz swoje zbiory, przeszłe, to co było, a co mogłoby być, przyszłe. Czas spędzony w szkole, czas spędzony w pracy. Wiele, wiele godzin, klepsydry zapełniłyby niejeden parlament wolności. Przeglądasz je, jak ikony ze swojego życia, jak zdjęcia w albumie. Tyle tego piachu w klepsydrach, ale to nie jest wpisane w albumie. Tu są tylko najlepsze zdjęcia.

Patrzysz się na swoją twarz. Taką radosną, rozpromienioną. Tutaj pierwsza podróż hen daleko, kiedy miałeś jeszcze długie włosy, a w planach wspaniałe prace naukowe na temat nowatorskich teorii budowy wszechświata. Odważne teorie. Sentyment. Następna kartka. Wieczór z przyjaciółmi. Było to zaraz po studiach. Rozmawialiście o nowej pracy i wspominaliście szkolne wariactwa. Stolik suto zastawiony piwem, paczka pełna papierosów. Dobrze było.

Następna strona. Neytiri. Jej długie piękne włosy, których zapach tak bardzo lubiłeś i te wspaniałe ciepłe oczy. Mógłbyś godzinami pływać w jej oczach, za którymi płonęło to wielkie serce pełne miłości. Jedno zdjęcie z waszych wakacji i jeszcze jedno, ślubne. Potem jakby parę pustych stron. Nie było czasu robić zdjęcia. Praca była ciężka, trzeba było pracować więcej, żeby coś zarobić. W końcu trzeba żyć godnie i czemu ja mam być gorszy od sąsiada. Zresztą lubię te technowinki. Neytiri wspomina coś o jakiejś podróży, ale w sumie jestem zmęczony. Przekonuję ją, że lepiej kupić nowy samochód, to można by było szybciej wracać do domu, ona i ja. O, a tu jakieś przypadkowe zdjęcie. Jesteśmy na jakimś przyjęciu, rzadko wtedy chodziliśmy na imprezy. Jakoś już tam nie pasuję. Dużo tam młokosów którzy to myślą, że wszystko jest możliwe. Denerwuje mnie ich gadanie. Jeszcze życie im pokaże, że nie wszystko jest takie całkiem możliwe.

Kiedy to wszystko stało się tak całkiem poważne? I już żart się nie przeplata...

Ostatnia kartka, na której nie ma zdjęcia. Zmarło ci się? I jest tylko napis.

„Czy żyłeś naprawdę?”

Pokój milczy. Zaduma. Międzywymiarowy przerywnik. Czujesz swój oddech.
Wzrok wdrapuje się po meblach, próbując znaleźć jakieś zaczepienie. Ale nie ma tu nic twojego. Nawet kolor ścian jest nie ten. Jedynie na krześle, niezdarnie uwieszona kurtka, przypomina że jutro trzeba będzie stąd wyjść. Powrócić do swojego życia.

***

Był jakiś sen, w tym pustym pokoju, sen o prawdzie i sen o marzeniach. Ile bym dał, żeby to nie był tylko sen. Tylko czy któraś z tych rzeczy jest w ogóle możliwa? Żyć na miarę siebie, pełną piersią, gonić za marzeniami? Przecież jestem tak bardzo zajęty. Praca, dom, kiedyś trzeba odpocząć. A tu czasu nie ma. Nie ma go dla siebie, nie ma go na marzenia. Wyhodowałeś sobie za to całkiem dziwną gromadkę pseudotowarzyszy. Raty jak małe trolle czekają przed drzwiami w kolejce, wytupując ci rytm do pracy, bo przecież trzeba je czymś wykarmić. Był jakiś piękny sen, jak nadzieja, jak światło w mroku bez dna, jak ziarno drzewa życia.

Podnosisz wzrok. Przed tobą kostucha z murzynem.

Cicho zaczynają śpiewać a jakże znane wersy, „Wszystko się może zdarzyć...”
Patrzysz jak oniemiały, przecierając oczy. Dosłownie, głos ci odebrało. Uśmiech garnie się, mimowolnie, bo towarzyszą odblaski ślizgające się po kosie trzymanej przez pannę K.
No nie, to już jest jakaś komedia! Oni tańczą razem? Lipnicka! Coś ty narobiła?

I wtedy, jak asy z rękawa, jak karty żyć, zaczynają sypać się historie. O człowieku, który nie mógł chodzić ani mówić, a został naukowcem noblistą. O rozbitym emocjonalnie odźwiernym w hotelu, który uwierzył w siebie i dziś żyjąc w dobrobycie, uczy szczęścia miliony innych ludzi. O człowieku, który był sparaliżowany po wypadku lotniczym, ale siłą wiary powrócił do pełni zdrowia i funkcjonowania.

Jajko może się rozbiło, ale to nikomu nie przeszkadzało! „Wszystko się może zdarzyć...”
Dalej sypią się historie, asy, jokery, kolory trójwymiarowe, talia ma więcej niż cztery asy, karty nie są już płaskie!

Historie o tych tysiącach ludzi, którzy kiedyś jak ty, mieli serca pełne wątpliwości i lęku, a kieszenie wypchane brakiem wiary w swoje znaczenie, za to paliła ich ciekawość by spróbować czy się uda, a gdy się nie udało, podnosili się i szli dalej, bo zwycięstwo i nagroda były zbyt wspaniałe. I pomyśleć, że oni wszyscy kiedyś czuli się jak ty.

Czyżbyśmy wszyscy zaczynali tak samo?

„Gdy tylko czegoś pragniesz, gdy bardzo chcesz...” No nie, teraz ten kawałek będzie siedział mi w głowie. Kostucha wymiata na kosie jak na gitarze, „wszystko może...”

Oni wszyscy wątpili w swoją wiedzę, w swoją moc, nie mieli żadnej pewności, czy spełnią swoje marzenia, ale mieli nadzieję i za nic nie pozwolili jej sobie odebrać. Nawet wtedy, gdy ich rówieśnicy śmiali się z ich odważnych pomysłów. Nigdy nie pozwolili sobie wmówić, że są kurą, która nic nie wie, bo wiedzieli że w duszy ich orzeł szybuje najwyższymi wietrznymi korytarzami. Nigdy nie pozwolili myśleć za siebie, bo wiedzieli, że tam kończyłaby się ich wolność i zaczynał robotyzm.

„A więc nie oglądali za dużo telewizji!” Wtrąca, unosząc kościsty wskazujący. Mieli lepsze rzeczy do roboty. Życie! „It’s my life...”.

Życie, i to jakie fascynujące. Nie jakaś tam tyranina, tylko czerpanie sutej satysfakcji z każdej słodkiej chwili ociekającej nektarem radości. Na początek, wystarczy olać te medialne pierdolety i strącić materię z najwyższej półki!

Z rozwianym włosem, błyskiem w oku, i zmarzniętym nosem, szli dalej. Dziś przemierzają góry najwznioślejszych dokonań, chłonąc pełnię życia, z łzą wzruszenia w oczach nad niesamowitością wszechświata.

Tak, tak. I nawet łyżeczka nie istnieje! Ale jak to?
„Szukajcie, a znajdziecie” słowa padły ostatnie.
Yes, Man...

***

PS. Trzymam kciuki za całą ludzkość, żeby im się do małp nie wróciło.

PS2. Mój znajomy kiedyś powiedział „To że psy nie widzą kolorów, to nie znaczy że nie ma tęczy”.

I taki narobił się tu zwierzyniec, a miało być o hotelu... no to wracamy.

***

O tej porze nie puszczają już nic ciekawego w telewizji. Nastała cisza, pora spać.
Pokój numer 137, wyłącza się.

***

Budzisz się, jest już ranek. Co za sny! Słońce raptownie wdziera się przez firany.
Wstaje nowy dzień.

PLAY


Go to the top of the page
 
+Quote Post
 
Start new topic
Odpowiedzi (1 - 2)
Aloha
post 08.04.2010 - 22:30
Post #2


Dusza Towarzystwa
Ikona Grupy
Grupa: OOBE VIP


Notatnik


Hotele majá to cos w sobie. Spalem w smierdzácych ruderach i 5gwiazdkowych-wszystkie majá tá samá mádrosc o zmianach...jakby nie patrzec to nawet dom rodzinny to tez hotel, tyle ze ten zadziej podáza za modá - i dobrze!

Ostatnio jak sié wlócze to sypiam w hostelach- jednak duzo zywsze miejsca pelne mlodzienczej energii (nie mówiác o latwosci w nawiázywaniu znajomosci np pod wspólnym prysznicem :)

dobre jak ktos calkiem bez kasy: http://www.couchsurfing.org/
Go to the top of the page
 
+Quote Post
Asha
post 08.04.2010 - 23:22
Post #3


Dusza Towarzystwa
*******
Grupa: Podróżnicy


Notatnik


CYTAT(Aloha @ 08.04.2010 - 23:30) *
Hotele majá to cos w sobie. Spalem w smierdzácych ruderach i 5gwiazdkowych-wszystkie majá tá samá mádrosc o zmianach...jakby nie patrzec to nawet dom rodzinny to tez hotel, tyle ze ten zadziej podáza za modá - i dobrze!

Ostatnio jak sié wlócze to sypiam w hostelach- jednak duzo zywsze miejsca pelne mlodzienczej energii (nie mówiác o latwosci w nawiázywaniu znajomosci np pod wspólnym prysznicem :)

dobre jak ktos calkiem bez kasy: http://www.couchsurfing.org/


Dokladnie wiem co masz na mysli :] (moze poza prysznicem =] lepsze sa te zwykle, ja nawet wole predzej te obskurne, bo opowiadaja historie, niz te salonowe 5 oplywajace brokatem az do zemdlenia.

Eh, wzieloby sie tobolek i w droge w objecia nieznanego. Zachlystywac sie zapachami nowych miast.
Wolnosc, wolnosc

I nie byloby juz pracy, ani budzika

Go to the top of the page
 
+Quote Post

Reply to this topicStart new topic

 

Wersja Lo-Fi OOBE Porady Roberta Monroe Porady Brucea Moena Porady Darka Sugiera Kontakt Park