|
Uciekam nie wiem dokąd, biegnę. Dech w piersiach zapiera Lodowaty powiew wiatru, ten sam, Co się o Twe oczy ociera. Swymi palcami łapie mnie za krtań. Ostatnie tchnienie, a w głowie nadzieja, Że kiedyś jeszcze u Twych stóp legnę.
Pragnę przystanąć, zaczerpnąć tlenu, Lecz nie mogę już zatrzymać toku myśli. Zmierzam donikąd, ale nie zatrzymam kroku, Bo ufam, że się kiedyś jeszcze przyśnisz. Dzisiaj błądzę samotnie w mroku. Dopóki to marzenie się nie ziści, Pozostanę pogrążony w cieniu.
Stąd, skąd przybywam spokój niezmącony. Dźwięków, kolorów i zapachów łąki. Wiatr cieplutki zwiedza nieboskłony, Deszcz mięciutki muska kwiatów pąki. Lecz raz poznawszy wdzięków Twoich strony, Nie jestem w stanie dłużej znieść rozłąki. Wędrowałem i przybyłem w świat skłócony.
Gdy spoglądam na Ciebie z ukosa, Jawi mi się spokój utracony. Na dobre pogrążyłem się w miłości. Uzależniony, Twoim brakiem skarcony, Czas pozbawia się własnej prędkości, Tworząc dla mnie spokój urojony. W ukryciu czeka na mnie z kosą.
Nie chcę już dłużej biec, zacznę iść. Naoliwię tryby czasu mą wiarą. Nie straszne mi już nic, Człowiek z kosą już nie nocną marą. Pragnę dotknąć Twoich lic, I nie spocznę, żadną miarą, Dopóki to marzenie się nie ziści…
|