|
Moja ciotka która już nie żyje, opowiadała taką historię: kupę lat w nocy przychodziła do niej zmora. Ciotka w nocy budziła się, i leżała patrząc na drzwi sypialni w której spała z mężem. Po chwili przez zamknięte drzwi przenikała zmora. Jakiś czas stała przy drzwiach nieruchomo, wpatrując się w ciotkę. Miała trochę ponad metr wysokości. Miała ogromne czarne błyszczące oczy i dziob jak bocian. Na głowie jakąś chustkę zawiązaną pod brodą. Na sobie jakiś szarobury złachany płaszcz do kolan, jak Zgredek z H.P :) Nóżki jak patyczki i czarne buty. Po chwili ruszała w stronę łóżka i wskakiwała ciotce okrakiem na piersi. Łapała za szyję i dusiła. Jak ciotka była już prawie uduszona, to wtedy Zmora spadała na podłogę z mokrym plaśnięciem, jakie wydaje rzucona na podłogę mokra szmata. Wtedy ciotka zrywała się i zaglądała pod łóżko, ale tam oczywiście nic nie było. Ciotka opowiadała, że przez wiele lat tych "wizyt", już w jakiś sposób przyzwyczaiła się nawet do tego dziwnego gościa :) I jak zmarł jej mąż i ona została zupełnie sama w tym domu, to była zmuszona wyjechać do siostry, bo była osobą już w podeszłym wieku i nie dałaby sobie rady sama. I co dziwne - gdy zamieszkała w innej miejscowości, wizyty Zmory nagle ustały ! Czyżby Zmora nie potrafiła zlokalizować nowego adresu swojej długoletniej "podopiecznej" ? :)
Myślę, że to nie są wytwory ludzkiego umysłu, tylko jakiś konkretny stwór z innego wymiaru. Bo dlaczego z chwilą wyprowadzki wizyty ustały jak ręką odjął ?
|