|
No skoro weszliśmy na ten poziom szczerości to może i ja opiszę najtrudniejsze doświadczenie mojego życia.
Moja mama była surową nielubianą nauczycielką, która budziła postrach u uczniów. Bali się jej, więc frustracje odreagowywano na mnie:). Uczyłam się w tej samej szkole, w której nauczała. W pierwszych klasach byłam jedynie trochę zaczepiana i czasami obrywałam "przypadkowo" piłką. Ale potem zaczęło się: wszędzie (w szkole i pod blokiem) byłam rozpoznawana i wyszydzana, nabijano się ze mnie dość powszechnie. Naprawdę przejście obok takiej rozbawionej grupki w wieku dojrzewania to był quest. Stałam się odludkiem, z niewielkim gronem znajomych. Nie mówię o poczuciu własnej wartości czy innych powiązanych cechach, bo ich nie było. W szkole średniej byłam społecznym wrakiem, chociaż bezpośrednie ataki już praktycznie ustały, ale psychikę miałam już pokaleczoną. Tylko w samotności byłam sobą (pomagali mi już wtedy NP:). Na studiach dalej nie istniałam społecznie, nawet raz kusiło mnie otwarte okno podczas imprezy, gdy zdałam sobie sprawę, że nikomu na mnie nie zależy i mi na nikim też i nic mnie tu na ziemi nie trzyma. O! To był mój drugi problem. Nie mogłam się wciągnąć w życie na ziemi, bo nic mnie tu nie wciągało, czułam obojętność wobec rozrywek i rozgrywek ziemskich. Razem do kupy nie było po co żyć. Z rodzicami kontakt żaden. Aż stuknęło owe moje 21 lat i wszystko się dla mnie zaczęło. MTJ doświecili mnie, dali mi taką chóralną i bezwarunkową miłość i wsparcie, przypomnieli, kim jestem w stanie rozszerzonej świadomości w OBE, podszkolili w astralu, że zaczęłam się odradzać, tamto straciło znaczenie, stało się problemem, krzyżówką karmiczną do rozwikłania. Dalej nie jestem duszą towarzystwa, ale radzę sobię i nawet lubię być między ludźmi. Jako najgorszy efekt, z którym jeszcze nie dałam sobie rady, to po otwarciu czakramu serca nie potrafię jeszcze się tym dzielić... Ale uczę się.
Właściwie cieszę się, że miałam taką trudną przeszłość - dzięki temu nie startuję w wyścigu szczurów, bo mówcie co chcecie, ale dopiero w cierpieniu człowiek zatrzymuje się i doświadcza jakiejś ostrości istnienia, wzmocnienia świadomości "podniesienia wibracji". I nie mówię tu o mentalnym urojonym cierpiętnictwie, ale jakimś stanie wewnętrznego rozbudzenia wobec rozbicia własnej rzeczywistości, w którym przeciera się oczy w zdumieniu patrząc na bezsens dookoła oraz bezmyślność i egotyzm otoczenia.
|