CYTAT(Conchita @ 02.09.2007 - 02:39)

Naprawdę przejście obok takiej rozbawionej grupki w wieku dojrzewania to był quest. Stałam się odludkiem, z niewielkim gronem znajomych. Nie mówię o poczuciu własnej wartości czy innych powiązanych cechach, bo ich nie było. W szkole średniej byłam społecznym wrakiem, chociaż bezpośrednie ataki już praktycznie ustały, ale psychikę miałam już pokaleczoną. Tylko w samotności byłam sobą (pomagali mi już wtedy NP:). Na studiach dalej nie istniałam społecznie, nawet raz kusiło mnie otwarte okno podczas imprezy, gdy zdałam sobie sprawę, że nikomu na mnie nie zależy i mi na nikim też i nic mnie tu na ziemi nie trzyma. O! To był mój drugi problem. Nie mogłam się wciągnąć w życie na ziemi, bo nic mnie tu nie wciągało, czułam obojętność wobec rozrywek i rozgrywek ziemskich. Razem do kupy nie było po co żyć. Z rodzicami kontakt żaden.
Właściwie cieszę się, że miałam taką trudną przeszłość - dzięki temu nie startuję w wyścigu szczurów, bo mówcie co chcecie, ale dopiero w cierpieniu człowiek zatrzymuje się i doświadcza jakiejś ostrości istnienia, wzmocnienia świadomości "podniesienia wibracji". I nie mówię tu o mentalnym urojonym cierpiętnictwie, ale jakimś stanie wewnętrznego rozbudzenia wobec rozbicia własnej rzeczywistości, w którym przeciera się oczy w zdumieniu patrząc na bezsens dookoła oraz bezmyślność i egotyzm otoczenia.
Tak Cię czytam i sporo Ciebie we Mnie. Ja też w liceum byłam outsiderką, trzymając się z dwiema odrzuconymi dziewczynami w późniejszych klasach. Może nie do takiego wielkiego stopnia. Wcześniej nie umiałam mówić NIE. Potem uczyłam się, ale zrobiłam się zbuntowana. Także czułam się niepotrzebna i miałam różne myśli. Właściwie to 150 na minutę i każdego dnia coś smutnego. Często bywałam chodzącym smutkiem, choć na zewnątrz bywało, że nie chciałam dawać tego poznać po sobie. Nie lubiłam pytań - "A Czemu się smucisz" , bo wiedziałam że i tak nie wyjaśnię właściwie tego, a pytania są niekiedy retoryczne. Czasami długimi wywodami komuś wyjaśniałam na komunikatorze, raz kogoś straciłam z listy, przez ten mój żal i pewien wybuch (miałam 17 lat). Chodziłam na wagary czasami z powodu matematyki, nie żałuję, bo tak jej nie rozumiałam, że gdybym chodziła, to byłoby gorzej. Chodziłam też na nie z powodu tego odczucia, jakim była dla mnie szkoła. Wszystko zatajałam głęboko w sobie. Mama się domyślała, że nie chodzę (tak mi powiedziała po latach), ale...nie opowiadałam też o zebraniach, trochę oszukiwałam, czasami w dzisiejszych czasach, żałuję tego. Teraz na studiach jest lepiej. Też mam jak ty Conchita, że za bardzo nie interesują mnie imprezy, dyskoteki, nie chodzi o to, iż to coś złego, ale nie czuję by było to dla mnie. W towarzystwie większym, dalej włącza mi się czasami: "ach co nie powiem i tak nikt nie słucha."
Zmieniło się dużo, ale dużo jeszcze przede mną. Ja mam 21 lat Teraz, za prawie równe dwa miesiące 22. Uczę się siebie każdego dnia, choć czasami nadal dopadnie coś wielkiego z czego ciężko się udźwignąć - i bywają różne myśli. Czekam na zmiany, staram się je wprowadzać, walczę ze starymi przekonaniami. Jednak często jestem bardzo nerwowa, wystarczy drobna sprawa, a ciśnienie skacze do zenitu i serce uderza 122 na minutę, płonę...piszczy i szumi w uszach. Ciężko się czasami z tym żyje, gdy byle telefon, do kogoś nowo-poznanego lub w jakieś miejsce - powoduje takie akcje dodatkowo z drżeniem dłoni. Między innymi dlatego, gdy dowiedziałam się o zlocie od razu postawiłam się na przegranej pozycji, że Nie pojadę. Czekam na następny. Chciałabym poznać niektóre osoby. Niektóre zauroczyły mnie swoją osobowością, inne polubiłam. Szkoda, że Ciebie nie poznam - Conchita. Przede mną jeszcze te schody, które muszę pokonać, aż mi stanęły nie wiedzieć czemu łzy w oczach. Wiersz stary w poezji "Nikt nie nauczył" pokazuje wszystko.
Nie ma tego złego, masz rację. Teraz już nie żałuję nawet niektórych akcji - które zrobiły mnie taką, jaka jestem. Interesuje mnie rozwój duchowy i też chciałabym poznać te MTJ-y o których piszesz m.in. Ty, Darek i Zbyszek (pozdrawiam Cię Zbyszku). Ale czasami jakoś zdaje mi się, że oni wcale nie chcą mnie poznać, nawet gdy ich wołałam kiedyś tyle czasu, będąc na jakichś skrajach smutnych humorów i nie tylko. Czekam więc, ostatnio staram się więcej, od dwóch dni. Wylecę do Egiptu za 9 dni, to pokombinuję jeszcze więcej. Wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija.
Pozrawiam Was, moi drodzy
Pomysł chwycił, udało się odświeżyć go na nowo. Każdy z nas ma wiele przeżyć, o których chciałby zapomnieć, a które potrafią śnić się lub przypominać. Jednocześnie Wszyscy jesteście wyjątkowi i podziwiam Was za to, że odważyliście się wpleść trochę bólu i napisać go tak otwarcie. Znamy się dzięki temu lepiej? Nie, znamy po prostu lepiej to, kim byliśmy, bo teraz można zobaczyć po Was kim się staliście. Jesteście ciepłymi i w pewnym sensie odważnymi osobami, świecicie takim wielkim blaskiem, bo udało się Wam, a jeśli nie, to uda się zrobić tak, by wszystko było lepiej. Podziwiam to, że zdołaliście przełknąć to i spróbować tutaj opisać. Pozdrawiam Was bardzo ciepło i serdecznie. Jednocześnie apeluję o nie poddawanie się, trzymajmy się, by móc się łatwiej podnosić razem, pokonujmy stare przeszkody i przekonania. Stawajmy na nogi! Pozdrawiam Was ciepło, najcieplej jak potrafię...