|
Zasnąłem... śni mi sie, że biegam w kółko w jakimś dziwnym pomieszczeniu, nagle orientuję się, że śnię. Rozglądam się w około, patrzę... a to przecież jest więzienie tylko takie dziwne. Stoję na podwórzu... betonowa wylewka równa jak lustro zero zieleni... Mury otaczające więzienie również betonowe wysokie na kilkanaście metrów i po rogach 4 wieże strażnicze bez strażników i do każdej wieży wejście... przeszklone drzwi. Nie ma nieba... tak jakby cały świat był w zamkniętym pomieszczeniu, u którego nie widać sufitu i ścian. W ogóle te mury miały może ze 30 m długości i cały ten teren to był kwadrat (mała przestrzeń jak na więzienie)... na środku tego terenu stał sześcian... 4 wejścia, po 4 na każdą stronę, oczywiście betonowa konstrukcja gładka jak lustro, zero okien. Kiepskie oświetlenie, szaro i ciemno. Stoję na tym podwórzu w jednym z rogów i słyszę trzask drzwi i ktoś biegnie. Głośne kroki jak w długim korytarzu... Echo sie odbija od ścian.. Takie pac pac pac pac... widzę wybiega jakiś człowiek zza rogu (oczywiście wiem, że mi się to śni). Podbiega do wejścia jednej z wieżyczek i wali rękami w te szklane drzwi... w środku ciemno... nikogo nie ma, nie widzę tej osoby, bo wejście było w takiej wnęce w wieżyczce. Wali tymi rękami i drze się "wypuśćcie mnie, wypuśćcie!". Wołam go, żeby się zorientować, o co chodzi. Ten z pośpiechem biegnie do mnie i zwalnia zbliżając się... patrzę, a to ja sam przecież... Przecież to ja, a ja stoję tutaj. O co chodzi? Obudziłem się...
Uznałem, że ciekawe LD, więc go opisuję:)
|