Grupa: Podróżnicy
Postów: 3855
Dołączył: 18.03.2008
Nr użytkownika: 3901
Nie znalazłem podobnego tematu, jeśli taki istnieje to proszę o przeniesienie :)
Do rzeczy: Z założenia, jeśli nasz świat działa w oparciu o pewne prawa, wszystko musi mieć jakiś sens czy cel. Inaczej bowiem świat ten by się nie skompilował. Ten, kto to uczynił też musiał mieć ku temu jakiś cel, czyżby inaczej jego świat by się nie dokonał? Jeśli tak, jego świat też opiera się o jakieś prawa, które ktoś musiał utworzyć i miał jakiś ku temu cel. Bo jeśli miało to się skompilować, to wszystko musiało mieć swój cel, inaczej bowiem bez ustalenia „co z czym się je” z kolei ten świat by się nie skompilował.
Z tego mamy trzy wnioski: Pierwszy: powyższa zależność dzieje się w nieskończoność, co jest nie do ogarnięcia umysłem i zdaje się prowadzić do obłędu. Drugi: Wszechświat nie ma żadnych zasad, nie ma żadnych praw, żadnych granic, a wszystko co powstaje w jego obrębie, powstaje poprzez ograniczenie tego, co jest. W ten sposób możemy doświadczać jego poszczególnych części. I wreszcie trzeci wniosek: nie ma żadnego celu ani sensu, a wszystko czego doświadczamy jest jedynie iluzją, jest wytworem naszego umysłu. Z czego można dojść do wniosku, że skoro wszyscy ludzie oraz otaczający mnie świat jest wytworem mojego umysłu oraz wszyscy pozostali ludzie i otaczający świat każdej osoby jest wytworem jej umysłu, a my wszyscy jesteśmy wytworem świata – wszyscy jesteśmy jedną osobą, a nasza pozorna odrębność to iluzja. A więc ta iluzja to nasza rzeczywistość, sami ją tworzymy. Z tego miejsca można też wrócić do punktu wyjścia, jaki sens jest doświadczać owej iluzji? Jeśli jakiś jest, to wracamy do punktu pierwszego lub drugiego (przy aktualnym trzecim wniosku), jeśli zaś nie ma to następuje rekurencja do punktu trzeciego. Wtedy oznacza to, że nic nie ma celu ani sensu, wtedy rekurencja też by go nie miała. Pozornie przeczy to trzeciemu wnioskowi, ale jeśli ta rekurencja nie ma celu/sensu to zgadza się to z wnioskiem trzecim.
Oznacza to, że coś może istnieć i wcale nie musi mieć żadnego celu lub sensu, a także że wytwory naszych umysłów są rzeczywiste, tak samo jak my, jak materia którą doświadczamy itp. Zauważyłem, że dane działanie nie ma sensu, gdy nie ma celu bądź gdy ten cel już się osiągnie czyli ten cel znika, czyli go nie ma ( w obu przypadkach go nie ma). Wszelkie działanie pośrednie, czyli gdy cel jeszcze jest, ma widocznie sens tylko taki, jaki nadamy mu sami, co stanowi kolejny dowód na to że to my stwarzamy świat, jaki doświadczamy, co zresztą zgadza się z doświadczeniem, gdyż my nadajemy rzeczom i działaniom sens czy cel, zgodnie z naszym upodobaniem, a idąc dalej jeśli jesteśmy jedną osobą, to my jesteśmy Bogiem, który stwarza świat. Łącząc te przemyślenia z wniosku trzeciego z tymi z wniosków poprzednich, można stwierdzić, że każdy z nas jest tym samym i jedynym Bogiem, który stwarza świat, tylko po to aby doświadczać siebie. I nic nie ma tak naprawdę celu ani sensu, póki ja Bóg temu czemuś go nie nadam. Korzystając z wniosku pierwszego stwierdzam, że jako Bóg jestem także nieskończony, nie mam granic, nic mnie nie krępuje. Jednak doświadczając swoich części, żadna z nich nie może pojąć całości, a wszelkie usilne starania prowadzą jedynie do obłędu. Jednak ostatnie zdanie nie może być prawdą, gdyż nie mam granic i jak fraktale, moja najmniejsza część jest odbiciem całości i jednocześnie jest tą całością (co zostało przedstawione wcześniej w 3 wniosku), więc każda z moich części może zaświadczyć całości jeśli i kiedy tylko tego chce (także wg wniosku 3), w przeciwnym razie w danym momencie doświadcza jedynie moich części. Mimo tego wszystkiego i tak wprowadza to nas w obłęd, gdyż skoro to wszystko nie ma sensu, ani celu to po co tkwić w tej pułapce bez sensu? I tu tkwi tajemnica. Być może właśnie o to chodziło mistrzom buddyjskim, którzy twierdzili że nie ma nic prócz pustki, że to co jest, jest wytworem jednego umysłu – Twojego umysłu. Ale ja mam inne wytłumaczenie. Mianowicie nie można odpowiedzieć na to pytanie jeśli jesteśmy jedynie w stanie swojej cząstki. Musimy uwierzyć że jesteśmy jednością, poczuć ją, aby się nią stać, a odpowiedź przyjdzie sama. Czyż nie jest nią MIŁOŚĆ? Kiedy nic wkoło nie ma sensu, a jednak ma. Czy miłość nie jest jedyną siłą napędową, która jest w stanie wyrwać z tego obłędu bezsensowności i bezcelowości? Zrozumie ten, kto zakochany leżał obok swojej drugiej połówki zakochanej w tej pierwszej połówce. Jak dla mnie miłość to jedyny powód, dla którego Bóg mógł siebie stworzyć, dla którego mógłby istnieć, pośród nicości tworzyć cokolwiek, tylko z miłości i dla miłości. Tak więc Bóg jest Miłością, która stwarza siebie, która istnieje wieczność i nie ma granic. Tak też we wszystkim co Bóg stworzył jest Miłość, czyli Bóg. To znaczy, że Bóg jest we wszystkim co jest, a wszystko jest w Bogu. Idąc dalej, obok braku sensu i celowości jest to, co ma sens i cel, czyli miłość, czyli Bóg. Ostatecznie skoro nic nie ma sensu, więc nic co jest, nie ma sensu oraz to że wszystko co jest, jest miłością i ma sens – z tego wynika że brak sensu ma sens, oraz że sens nie ma sensu. Z tego wynika – chrzanić jakikolwiek sens i cele w życiu, KOCHAJMY SIĘ! :D Ostatecznie Bóg jest tym co jest i tym co nie jest. Zupełnie ostatecznie Bóg jest. Boże, pikabu I can see You ;)
Dusza Towarzystwa
Grupa: Podróżnicy
Postów: 164
Dołączył: 19.12.2008
Skąd: Krakow
Nr użytkownika: 6535
Rob jak chcesz, pisz co chesz, w sumie z najwiekszej głupoty czasem można wyciągnąć jakieś mądre wnioski lub w trakcie dyskusji moze sie okazać ze doprowadziła do czegoś pożytecznego. Piszez jakbyś miał absolutną racje jakyś niemogł sie mylić, może tylko takie sprawiasz wrazenie przez styl wypowiedzi. Nie jest to zaleta tylko ograniczenie, bo tak bedziesz tkwił w swoich prezkonaniach i nie dopuścisz innej racji niż Twoja własna. Niechce mi sie juz tu o tym gadać wkońcu temat dotyczy czegoś innego.