|
Ja też mam dużo czasu w pracy, więc mogę się poudzielać...
Moim zdaniem nauki kościoła są płytkie, bo nie naucza realnego bezpośredniego kontaktu z Bogiem tylko wypełniania tradycji, spełniania obowiązków a także bezmyślnego przejmowania przekonań... A zaangażowanie kościoła w politykę jest już w ogóle nie na miejscu. W sumie zamiast otwierać - kościół zamyka ludziom kontakt z duszą, bo daje namiastkę duchowości, na której ludzie poprzestają. I ten system zastraszenia: nie rób tego, nie szukaj sam bo będziesz wyklęty - manipulacja na całego. A jest coś takiego jak medytacja chrześcijańska, ale o tym się nie mówi, po co dawać masom narzędzie do wolności, skoro lepiej zastrzaszyć i rządzić masami. Tylko pojedynczy mistycy wyrywają się z systemu i znajdują swoje ścieżki (np. Ojciec Pio).
Myśmy się z kościołem rozstali po spotkaniu grupy odnowy w Duchu Św., na które się wybrałam z ciekawości, bo chciałam zobaczyć tych "mówiących językami". \Okazało się, że nowi na wejściu do takiej grupy dostają Animatora (czy jakoś tak - opiekuna, który wtajemnicza) i jak się zgadałam z babką na temat bioenergoterapii (nie mogła mnie przekonać, że to dzieło szatana:)) to okazało się, że moje poglądy uniemożliwiają mi branie udziału w spotkaniach. W czasie rozmowy z księdzem wyszło, że moja bezpośrednia droga ma się nijak do nauk wyuczonych i wpajanych od dawna przez kościół... No to się pożegnaliśmy z kościołem.
Swoją drogą uważam, że nauki Jezusa zostały przywłaszczone przez kościół i obudowane tradycją, interpretacją, której oryginalnie w nich nie było. Dlatego pierwsi chrześcijanie byli Przebudzeni, uzdrawiali, mieli dary, byli pełni miłości a obecni chrześcijanie nie mają prawie nic z tego.
Ale wiecie co, coś w tym jest. Kiedyś przed rozstaniem z kościołem byłam u spowiedzi (poszłam tylko dla towarzystwa, bez zapału) i po spowiedzi coś zaczęło się SAMO ze mną dziać - przychodziły mi na myśl moje problemy, trudności, następowało natężenie ich i nagle puszczało i tak dalej. Trwało to kilka godzin a ja zastanawiałam się czy nie wpaść w depresję. Nagle skończyło się i dostałam kopa miłości, nieustanny napływ wysokowibracyjnej miłości, który trwał przez dwa dni. Porobiło mi się wtedy tak, że gdy na kogoś spojrzałam, to "wpadałam" do niego - wyrywało mi któreś ciało i leciałam prosto do człowieka, w środek jego percepcji, świadomości - ale poprosiłam o zablokowanie tego, bo żyć się z tym nie dało. Może źle zrobiłam, może trzeba się było nauczyć tym posługiwać zamiast odrzucać... Ale miłość była wspaniała - mistycy muszą mieć fajne życie.
Obecnie uważam, że Bóg działa przez moje WJ, pasuje mi tu teoria kolejnych, coraz większych Dysków, z których zostały wypuszczone niższe, jak jak my z WJ-Dysku. W tym sensie, to czego"chce" ode mnie Bóg przychodzi z WJ i tak naprawdę ja tego chcę, i ja to czuję, że ja tego chcę - ja niefizyczna, po to zostałam stworzona. Gdy jestem w zgodzie ze sobą, sercem, WJ, światem, to jest miłość, harmonia i to jest to - kościół mi do tego niepotrzebny. Czasami WJ mnie gdzieś posyła, ale zawsze mam z tego tylko korzyści, bo zbieram doświadczenie, które się przydaje, jest konstruktywne. Nigdy nie posyła mnie w doświadczenia destrukcyjne dla mnie. Sama je czasami ściągam, gdy uprę się przy czymś, co mnie pociąga z niższych pobudek. Ale też jest to dobre, bo potem się uodparniam na takie rzeczy, gdy spróbuję i czuję tego kaca; obniżenie świadomości, ogłupienie:).
Tak to jest u mnie obecnie. Nie wiem jak będzie w przyszłości, bo jeszcze nie dotarłam w OBE do Dysku. Może mi się odmieni, gdy mi się w końcu uda:)
|