|
Vamdou, zaskoczyłeś mnie trochę tym opisem, bo też coś takiego miałem... niestety nie wytumaczę Ci, co to takiego, bo sam nie wiem, ale mogę opisać, co mnie się śniło. U mnie to było tak, że ten sen powtarzał mi się wielokrotnie (w sumie jako jedyny, który mi się powtarzał, w pozostałych snach ewentualnie powtarzały się czasem niektóre miejsca i tyle) gdy byłem jeszcze bardzo mały, jak byłem starszy, tj. jakieś tam gimnazjum/liceum powtórzył mi się z raz czy dwa i na tym jakby koniec. Sen przedstawiał świat niepodobny do naszego, który znamy. W świecie były tam tylko dwa kolory: czarny i żółty (ale niezbyt radosny). Tak jak wyobrażamy sobie zwykle przestrzeń, jako czarną nieskończoną pustkę, tak tutaj przestrzeń była właśnie taka żółta, a reszta zarysowywała się w czerni. Nie było podłoża, ziemi, tylko żółta przestrzeń, a w niej czarne jakby nici, chyba grubsze i cieńsze. Nici te przecinały się w punktach, które tworzyły jakby platformy łączące. Po tych platformach i niciach poruszały się świadome istoty w kształcie małych czarnych kul, sam byłem taką kulą w tym śnie, po prostu to wiedziałem. Kule te transportowały coś po tych liniach/linach, może jakieś informacje. No to tyle mniej więcej jeśli chodzi o świat przedstawiony, teraz fabuła. Sen zaczyna się w ten sposób, że jestem taką czarną świadomą kulką lewitującą w powietrzu (w świecie tym jest grawitacja skierowana w dół, ale nie ma podłoża, prócz tych platform wiszących w powietrzu), a obok mnie za każdym razem była większa czarna kula i za każdym razem czułem od niej strach. Istną esencję strachu, jaką chyba tylko w snach można poznać. Tak się bałem, że czułem jak mi mózg zamarza/paraliżuje się. Ta istota, jakby telepatycznie (telempatycznie ;p) kazała mi iść po jednej z tych lini do jej końca, jakby coś tam przetransportować (nie wiem/ nie pamiętam co to, po prostu coś mieliśmy transportować). Lina ta była bardzo długa i bardzo cienka i wiedziałem, że jak na nią wejdę, to na pewno stracę równowagę i spadnę w dół (co byłoby równoznaczne z unicestwieniem), jednak wiedziałem też, że jeśli się nie posłucham tej mocarnej, strasznej, złej i w ogóle, czarnej kuli to zrobi ze mną coś gorszego :| :/ ... dlatego za każdym razem w tym śnie się jej słuchałem i szedłem i za każdym razem zaraz spadałem, a jak właśnie traciłem równowagę i zaczynałem spadać, wtedy się budziłem... tyle jeśli chodzi o sam sen. Pamiętam ostatnimi laty, a nawet niedawno, podczas niektórych medytacji nagle łapał mnie ten stan paraliżu i strachu, jaki wywoływała we mnie tamta istota (dosłownie taki sam w uczuciu, ale mniejszy w intensywności, jakby mniej na mnie działał i nie odbierał mi wolnej woli, ani świadomości) szczególnie jak się temu nie opierałem i przypominałem sobie to dalej. Nie bałem się temu nie opierać, bo wtedy nie śniłem, miałem nad sobą kontrolę i czułem, że jakby co wystarczy otworzyć oczy, czy coś.. bo czułem to tylko, jak się mocno na tym koncentrowałem, jakbym to przywołał, więc byłem pewien, że jak przestanę się na tym koncentrować, to przestanie. I w ten sposób już jako dwudziestoparolatek, nie jako małe dziecko, celowo przywoływałem ten stan, to wspomnienie, ten strach/paraliż umysłu, i obserwowałem go, a że czułem że jest nieprzyjemny, zdecydowałem że się go pozbędę (stwierdziłem, że może to jest jakaś wizualizacja jakiejś bariery srachu siedzącej w mojej podświadomości i że do niczego nei jest mi potrzebna). Tak więc wykorzystując moją obecną wiedzę i moc, pochłonąłem to uczucie i istotę w miłości :) tak, że nie było miejsca na strach, wyleczyłem tą krainę w myślach, chociaż częściowo z tej negatywnej energii, nabrała trochę jaśniejszych barw jakby i tyle. Czy coś się od tej pory zmieniło? O tak. Z tym że nie wiem, czy to co się zmieniło, miało jakiś związek z tym właśnie :P Dziwny sen, dziwna sprawa. Chętnie usłyszę jakieś możliwe wytłumaczenie tego, jeśli ktoś takie ma. Pozdrawiam :)
|