|
Fajnie, fajnie, ale mnie też wydawało się, że kluczem jest "ucieczka" od umysłu, że jedyną drogą rozwoju jest osunąć się w ciszę i w niej pozostać... hm... ale coś ciągle mi mówi, że to nie jest wszystko i że tak jak każda skrajność - nie jest dobre, myślę, że może być dobre dla kogoś kto przerobił już swoją karmę i nie chce i nie potrzebuje być dalej człowiekiem... z drugiej strony może być całkiem inaczej, tego nie wiem, ale wiem, że kiedy korzystam jednocześnie z wyższego, średniego i niższego ja, to daje mi to więcej, niż przebywanie w ciszy, te momenty oczywiście są niezwykłe i tęskni się do nich(tzn. do wyłączenia umysłu czy uczucia nirwany), ale kiedy doświadczam ich, czuję bardziej, że odpoczywam, niż że się rozwijam. Myślę, że wpadamy w pułapki umysłu, bo zostaliśmy wychowani w świecie, który przede wszystkim stawia na materializm i raczkuje w kwestii wykorzystywania niefizycznych zdolności, także naszych wszystkich ja itd. Czy to nie jest dziwne, że większość ludzi czuje przyzwolenie by zająć się swoją psychiką dopiero kiedy są już w tak kiepskiej sytuacji, że muszą iść do psychiatry? Myślę, że zapanowanie nad umysłem jest istotne, nie wyłączenie go. Wciąż obstaję przy tym, że jest on narzędziem, jest integralną częścią nas, która jest nam potrzebna w funkcjonowaniu na świecie. I jednocześnie przyznaję, że ja i mój umysł - wciąż docieramy się ;) a jego sztuczki nastręczają mi wiele problemów, ale mam też z tego dużo niezłej zabawy, będąc w takiej sytuacji tez można mieć dystans, kiedy w ciagu dnia dajesz się ponieść temu, co przedkłada Ci umysł, a wieczorem śmiejesz się z tego całego teakrzyka. A niech sobie będzie. Czemu nie? Moim zdaniem dużo bardziej znaczące jest odczuwanie miłości i medytacje miłości, nie uciszanie umysłu, z resztą im bardziej człowiek kocha siebie(i innych, ale najpierw trzeba zacząć od siebie), tym mniej panuje nad nim jego umysł, tak sądzę ;)
|