Oobe A Medytacja |
|
|
Warrior-Traveler
|
17.11.2012 - 17:55
|
Dusza Towarzystwa
Grupa: Podróżnicy
      
Postów: 188
Dołączył: 08.10.2012
Skąd: Gdzieś Tam
Nr użytkownika: 9191

|
Często w literaturze, a także na stronach forum przewija się temat medytacji i jej związku z OBE. Że sama medytacja stanowi jakoby "naturalne wrota" wejścia w stan poza ciałem, pozwoliłem więc sobie otworzyć nowy temat z tym związany i przytoczyć pewną przypowieść. ;)
A gdy Mistrz spotkał się ponownie ze swymi uczniami, ci zapytali go:
- Panie, tyle nam mówisz o medytacji, że to wrota do wejścia poza to, co fizyczne, że to przepływ czystego źródła, w którym przegląda się nawet sam Stwórca, prosimy Cię - naucz nas medytować!
A Mistrz ów rzekł: - Dobrze, niech się więc tak stanie. Jest was tutaj trzech. Macie odtąd przedmiot do medytacji: Lutnię. Wyobraźcie ją sobie i medytujcie.
- To wszystko? - zapytali nieco strapionym głosem uczniowie.
- To wszystko - odrzekł Mistrz - albowiem zaprawdę, do medytacji nie trzeba niczego więcej, a już na pewno do jej nauki. Idźcie zatem, przedstawcie ją sobie w duchu i medytujcie. Jak skończycie, za cztery wschody, spotkajmy się w tym miejscu jak zwykle, ponownie.
I rozeszli się.
Po czterech wschodach owi uczniowie spotkali się znowu ze swoim Mistrzem.
Gdy już wszyscy usiedli w półkolu wokół niego, Mistrz rzekł do nich:
- A więc bracia, powiedzcie, czegóż to doświadczyliście, niech każdy z was opowie o tym, czego doświadczył, a wówczas powiem wam czy któryś z was nauczył się medytacji.
Na to odrzekł pierwszy z uczniów:
- Panie, wyobrażałem sobie lutnię, jak nam przykazałeś, uważam, że mi się udało - medytowałem i medytowałem aż zacząłem widzieć lutnika, który wykonał tę lutnię. Panie, widziałem go jak na dłoni, siwowłosy starzec, który nad nią pracował. Później cały czas o nim myślałem i myślałem. Wiedziałem, że medytuję tego zacnego człowieka, który był budowniczym tego boskiego instrumentu!
Mistrz nic nie odrzekł, zwrócił się za to do drugiego z uczniów, ten zaś odpowiedział:
- Mistrzu, doświadczyłem czegoś niewysłowionego! Gdy zacząłem medytować nad tym instrumentem, który nam poleciłeś, usłyszałem niebiańskie dźwięki lutni, ktoś grał na niej, wydaje mi się, że chyba sam Stwórca. Tak zasłuchany zostałem porwany w niebiosa, ujrzałem światło, byłem na wprost chyba samego Stwórcy. Gdy się ocknąłem, zdałem sobie sprawę, że trwałem w tym stanie przez prawie trzy dni. Panie, czy to była właśnie medytacja?
Mistrz uśmiechnął się i skinął głową na trzeciego z uczniów, aby i ten opowiedział mu swą relację. A trzeci, najbardziej chyba nawet nieśmiały z nich wszystkich, odrzekł:
- A ja nie myślałem o niczym Panie. Po prostu usiadłem i zacząłem medytować nad lutnią tak jak przykazałeś. Nic się nie działo. Trwałem więc i tak trwałem, zrozumiałem gdzieś w głębi jedynie, że trwam, medytując nad lutnią i to było wszystko. Nic się dalej nie działo. Aż wreszcie minął jakiś czas, nad którym też się nie zastanawiałem i postrzegłem także lutnika, który tę lutnię wykonał. Zacząłem rozumieć wówczas i wiedzieć z tej ciszy, że to Lutnik o imieniu Gerwazy.
Panie, czas zaczął przyspieszać albo spowalniać, nie zastanawiałem się nad tym, zacząłem jedynie towarzyszyć Gerwazemu od początku, kiedy zrodziła się w nim idea wykonania takiej najdoskonalszej lutni, o jakiej nie słyszał świat! Trwałem Panie wręcz przy nim, towarzysząc mu jak on z Miłością szukał drzew palisandrowych, aby jego instrument był jak najdoskonalszy, widziałem jak modlił się w prosty sposób do Boga, z czystego serca, aby pobłogosławił jego całe dzieło. Towarzyszyłem mu w jego radościach i smutkach - struganiu drzewa, kłopotach przy sklejaniu onówczas pudła rezonansowego, ale też radości z nowopowstającego kształtu, kiedy owa lutnia zaczęła formować się w rzeczywisty, iście boski w swym brzmieniu instrument... Widziałem też jego sny zacne, w których ciągle formował, marzył i upiększał swoje dzieło. Byłem też wtedy, gdy je ukończył, kiedy ukazał swą nową lutnię swej ukochanej żonie, córce, zięciowi i dwóm wnukom. I kiedy po dobraniu strun, przybył do niego bardzo bogaty Książe, który już nie tylko wiele słyszał o tym niezwykłym lutniku, ale i poznać go zdołał onegdaj, a który to umiał grać na tym instrumencie jak nikt inny dotąd. Zachwycił się też ten Książe tym instrumentem, mówiąc, że teraz Gerwazy przeszedł samego siebie, ale próba nadeszła w chwili, kiedy Książe w obecności całej zebranej rodziny lutnika usiadł i zagrał na lutni tak cudownie, że wówczas ja, niemy świadek, pojąłem nagle, że w tej boskiej ciszy mojej, jest tutaj ze mną Ktoś jeszcze.
Czyjaś milcząca obecność, promieniująca Radością i Dumą, w której były zawarte radości i smutki Gerwazego, zachwyt szlachetnego Księcia, a także ja medytujący. To była Miłość. Miłość samego Boga, która uniosła mnie w Jego świetle hen wysoko, po czym rozszerzyłem się na cały wszechświat i stanąłem oko w oko z ową obecnością Panie, która z Miłością, której rozum ludzki pojąć nie zdoła wpatrywała się w moje oblicze, a wokół nas rozbrzmiewał niebiański dźwięk lutni Gerwazego...
Mistrz zasłuchany, po skończeniu historii przez trzeciego ucznia uśmiechnął się do nich wszystkich, po czym rzekł:
- Bracia, wszyscy doświadczyliście medytacji. Ale część z was magicznej, inni mistycznej, a jeden jeszcze magiczno-mistycznej.
Zdziwili się uczniowie tymi słowami, więc zaczęli pytać: - Panie, a cóż że magia może mieć tutaj z tym wspólnego?
- Ma, moi mili - odrzekł Mistrz. - Ten świat cały - tutaj zatoczył ręką - to Magia, a Magia ta została stworzona z Miłości i dlatego mieści się w sercu samego Stwórcy. Dwaj pierwsi z was, doświadczyli tylko połowy chwały, jak w dzień pochmurny, kiedy nie ma słońca, choć widno, to chwały jego blasku nie sposób dostrzec.
- Ten zaś trzeci z was braci, doświadczył pełni chwały, bo zaprawdę pojął dwie strony życia od właściwej strony, którą ukazuje człowiekowi medytacja: że zaprawdę życie i świat to Magia, a one tak jak i Wszystko Co Jest, należy do Boga.
Po tych słowach uradowali się uczniowie, albowiem pojęli, że dzięki temu, co każdy z nich przeżył, odtąd nie będą błądzić w ciemnościach.
;)
|
|
|
|
|
|
|
 |
Odpowiedzi
Hashal
|
19.11.2012 - 02:32
|
Członek Rodziny
Grupa: Podróżnicy
     
Postów: 90
Dołączył: 25.10.2012
Nr użytkownika: 9203

|
Bo Zielarz, to taka Dusza Towarzystwa :) Dzięki niemu jest tu barwniej i ciekawiej :) Wniósł i włożył w to forum wiele i należy mu się szacunek :) Osobiście również cenię sobie jego wypowiedzi :)
Wracajac do tematu... Mi się podoba w medytacji to, że jest na tyle uniwersalną praktyką, że można z niej korzystać praktycznie zawsze i wszędzie :) nawet chodzenie, oddychanie, jedzenie, każda funkcja i działanie może być medytacją :) dla mnie czasem zwyczajne wykonywanie prostych czynności może obrócić się w medytację :)
Czysta świadomość, bez zadawania pytań, bez komentowania i oceniania, bez tej gonitwy myśli... takie czyste bycie w tu i teraz, bez potrzeb roztrząsania przeszłości i przyszłości, jakichkolwiek wydarzeń :) Nawet jeśli nadejdzie jakas myśl, to świadomym jej pozwalam przepływać spokojnie i czuje spokój :) wewnętrzna harmonia, radość i wdzięczność bycia w czystym tu i teraz.
W medytacji, w postaci pozycji nieruchomej stan umysłu się pogłębia, stopniowo utraca się kontakt z ciałem i zmysłami. W zamian zaczyna się stan panujący poza obszarami funkcji zwykłych zmysłów, tak jakby włączał się dodatkowy ukryty zmysł, dzięki któremu schodzimy głębiej, a im głębiej to pojawiają się coraz bardziej subtelne stany. W moim przypadku mniej więcej to tak przebiega. Dzięki temu dokonuję poznania samego siebie, własnych odruchów i własnego wnętrza.
Pewnego razu udało mi się osiągnąc głęboki stan, w którym całkowicie znikło poczucie czasu, przestrzeni i orientacji położenia. Moja świadomość przeniosła się w stan, który mógłbym określić jako bezkres, nieskończoność lub totalny niebyt... taki byt w niebycie. Nie było nic, totalna bezkresna pustka...była tylko moja świadomość i błogi stan. Nie mam pojęcia ile trwałem w tym stanie.. niby minutę, kilka sekund, a jednocześnie jakby 100 lat albo wieczność... poczułem światło tak jakby za mną, ciepłe, przyjemne, ukajające światło. Potem coś w rodzaju poczucia boskości, tak jakby boskość była mną a ja boskością. Czymś nieuchwytnym, nie do ujęcia przez ludzki język. Wszystko było we mnie, a ja we wszystkim. Cudowne połączenie i zjednanie się ze wszystkim co stworzone i niestworzone. Raz wielki jak wszechświat, a raz mały jak atom jednocześnie. Zniknęły porównania, zniknał dualizm. Zacząłem manifestować się na różne sposoby. Jakbym zaczynał tworzyć i widzieć się w postaci planet, gwiazd jak nieskończony wszechświat... wszystko widziałem w specyficzny nie do opisania sposób. Ujrzałem zwierzęta podchodzące do moich rąk, a liczba moich rąk ciągle się powiększała.. każda ręka karmiła inne zwierze.. raz konia, innym razem jelonki, owce, sarny, zające, i masę innych zwierząt. Potem przyszli biedni i ludzie, którzy potrzebowali otuchy i pomocy... czułem niezwykłą troskę, miłość, współczucie i potrzebę dzielenia sie ze wszystkimi. Potem ta miłość, troska, współczucie samoistnie zaczęły wypływać ze mnie i poszerzać się we wszystkie strony przemierzając cały bezkres. Wtedy przyszła ulga i spełnienie, a z tym jeszcze większa radosc i szczęście. Gdy otworzyłem oczy, to poczułem jakbym powrócił do ciała po długiej podróży, która wydawała trwać chwilę, a jednocześnie wieki. Niesamowite doznanie i chyba najgłębsze jakie udało mi się osiągnąć podczas medytacji. Byłem tak naładowany pozytywną energią, że żadna negatywna rzecz nie była w stanie na mnie wpłynąć.
Nie jestem w stanie mówić, czy lepsze jest OOBE, czy medytacja.. oba te stany są cudowne i piękne same w sobie, oraz kryją niesamowite tajemnice :) Wspólne rzeczy jakie w nich widzę, to takie, że ważne jest być świadomym siebie i tego, co się doswiadcza.
Pozdrawiam całym sercem i wysyłam pozdrowienia pełne miłości :)))
|
|
|
|
|
|
Warrior-Traveler
|
19.11.2012 - 11:50
|
Dusza Towarzystwa
Grupa: Podróżnicy
      
Postów: 188
Dołączył: 08.10.2012
Skąd: Gdzieś Tam
Nr użytkownika: 9191

|
CYTAT(Hashal @ 19.11.2012 - 02:32)  Bo Zielarz, to taka Dusza Towarzystwa :) Dzięki niemu jest tu barwniej i ciekawiej :) Wniósł i włożył w to forum wiele i należy mu się szacunek :) Osobiście również cenię sobie jego wypowiedzi :)
Wracajac do tematu... Mi się podoba w medytacji to, że jest na tyle uniwersalną praktyką, że można z niej korzystać praktycznie zawsze i wszędzie :) nawet chodzenie, oddychanie, jedzenie, każda funkcja i działanie może być medytacją :) dla mnie czasem zwyczajne wykonywanie prostych czynności może obrócić się w medytację :)
Czysta świadomość, bez zadawania pytań, bez komentowania i oceniania, bez tej gonitwy myśli... takie czyste bycie w tu i teraz, bez potrzeb roztrząsania przeszłości i przyszłości, jakichkolwiek wydarzeń :) Nawet jeśli nadejdzie jakas myśl, to świadomym jej pozwalam przepływać spokojnie i czuje spokój :) wewnętrzna harmonia, radość i wdzięczność bycia w czystym tu i teraz.
W medytacji, w postaci pozycji nieruchomej stan umysłu się pogłębia, stopniowo utraca się kontakt z ciałem i zmysłami. W zamian zaczyna się stan panujący poza obszarami funkcji zwykłych zmysłów, tak jakby włączał się dodatkowy ukryty zmysł, dzięki któremu schodzimy głębiej, a im głębiej to pojawiają się coraz bardziej subtelne stany. W moim przypadku mniej więcej to tak przebiega. Dzięki temu dokonuję poznania samego siebie, własnych odruchów i własnego wnętrza.
Pewnego razu udało mi się osiągnąc głęboki stan, w którym całkowicie znikło poczucie czasu, przestrzeni i orientacji położenia. Moja świadomość przeniosła się w stan, który mógłbym określić jako bezkres, nieskończoność lub totalny niebyt... taki byt w niebycie. Nie było nic, totalna bezkresna pustka...była tylko moja świadomość i błogi stan. Nie mam pojęcia ile trwałem w tym stanie.. niby minutę, kilka sekund, a jednocześnie jakby 100 lat albo wieczność... poczułem światło tak jakby za mną, ciepłe, przyjemne, ukajające światło. Potem coś w rodzaju poczucia boskości, tak jakby boskość była mną a ja boskością. Czymś nieuchwytnym, nie do ujęcia przez ludzki język. Wszystko było we mnie, a ja we wszystkim. Cudowne połączenie i zjednanie się ze wszystkim co stworzone i niestworzone. Raz wielki jak wszechświat, a raz mały jak atom jednocześnie. Zniknęły porównania, zniknał dualizm. Zacząłem manifestować się na różne sposoby. Jakbym zaczynał tworzyć i widzieć się w postaci planet, gwiazd jak nieskończony wszechświat... wszystko widziałem w specyficzny nie do opisania sposób. Ujrzałem zwierzęta podchodzące do moich rąk, a liczba moich rąk ciągle się powiększała.. każda ręka karmiła inne zwierze.. raz konia, innym razem jelonki, owce, sarny, zające, i masę innych zwierząt. Potem przyszli biedni i ludzie, którzy potrzebowali otuchy i pomocy... czułem niezwykłą troskę, miłość, współczucie i potrzebę dzielenia sie ze wszystkimi. Potem ta miłość, troska, współczucie samoistnie zaczęły wypływać ze mnie i poszerzać się we wszystkie strony przemierzając cały bezkres. Wtedy przyszła ulga i spełnienie, a z tym jeszcze większa radosc i szczęście. Gdy otworzyłem oczy, to poczułem jakbym powrócił do ciała po długiej podróży, która wydawała trwać chwilę, a jednocześnie wieki. Niesamowite doznanie i chyba najgłębsze jakie udało mi się osiągnąć podczas medytacji. Byłem tak naładowany pozytywną energią, że żadna negatywna rzecz nie była w stanie na mnie wpłynąć.
Nie jestem w stanie mówić, czy lepsze jest OOBE, czy medytacja.. oba te stany są cudowne i piękne same w sobie, oraz kryją niesamowite tajemnice :) Wspólne rzeczy jakie w nich widzę, to takie, że ważne jest być świadomym siebie i tego, co się doswiadcza.
Pozdrawiam całym sercem i wysyłam pozdrowienia pełne miłości :))) Bracie Kochany :)... O tak, Ty Wiesz... :)))) Dziękuję Ci za ten wpis :) Pozdrawiam
|
|
|
|
|
|
|