Sławetne
Zmiany na Ziemi. Po raz pierwszy zetknąłem się z nimi bodajże u Monroe. Temat rozwinął Bruce Moen. W Internetach roi się od stron zapowiadających rychłą rewolucję duchową, przemiany w świadomości itp. itd. Swoisty raj na Ziemi. Tak szumnie zapowiadany 21.12.12 okazał się być (dlaczego mnie to nie dziwi?) kolejnym popkulturowym niewypałem. Czy Zmiany okażą się kolejną bujdą na resorach?
Do założenia tego wątku popchnęły mnie ostatnie audycje Zbyszka.
http://radio.paranormalium.pl/index.php?ak...Info&aud=12 Może zabrzmi o brutalnie, ale część tych twierdzeń odbieram jako romantyczne mrzonki.
Ludzie staną się dla siebie bardziej otwarci. Festiwal przemocy w Syrii, napięta sytuacja w Palestynie, rosnące zagrożenie atomowe, degradacja środowiska... Można długo wymieniać. To ma być ta harmonia, ten "Nowy, wspaniały świat"? Ktoś powie, że zmiany nie są jeszcze odczuwalne, ale ile razy można coś odkładać w czasie? Nietrudno zauważyć, że orędowników tej wiekopomnej idei cechuje brak spójnej wizji - każdy głosi, co innego.
Ponadto, nikt nie ma jaj, żeby określić chociaż w przybliżeniu, kiedy to się zacznie. Jak zdarta płyta, słyszymy ciągle tylko "
soon".
Ja naprawdę nie oczekiwałem po 2012 jakichś fajerwerków, ale ile można czekać? Zaraz ktoś wyskoczy z tekstem o wzmożonej aktywności Słońca. Co mnie to obchodzi? Żyjemy na Ziemi czy na Słońcu? Powyższe argumenty utwierdzają mnie w przekonaniu, że opętał nas czar utopii. Ta "różowa" przyszłość nas zaślepia. Nie obserwuję postępu indywidualnego ani o zasięgu globalnym.
Post trochę bardziej emocojonalny niż w zamierzeniu, ale niech tak zostanie. Musiałem to z siebie wyrzucić.
Wszyscy leżymy w rynsztoku, lecz niektórzy patrzą w gwiazdy.