Członek Rodziny
Grupa: Podróżnicy
     
Postów: 67
Dołączył: 27.12.2011
Skąd: Łódż
Nr użytkownika: 8677

|
Ja miałem sytuację dość zbliżoną, chociaż niestety bez szczęśliwego zakończenia.
Najpierw opiszę pierwszy sen związany z sytuacją. Wprawdzie nie miałem świadomości, ale byłem bacznym obserwatorem całej akcji z boku i dużo szczegółów z tego snu zapamiętałem. Otóż byłem lekarzem, w jakiejś starszej epoce, na pewno kilkaset lat wstecz od teraz. Facet gdzieś ok. 40 lat, broda, dość poważany w wiosce/miejscowości. Miałem nieślubne dzieci z jedną z mieszkanek wsi, 2 dziewczynki. Nikt nie mógł się we wsi/miejscowości dowiedzieć, że to ja jestem ojcem dzieci. Co by powiedzieli, różnica klas, ja lekarz i jakaś chłopka (straszne podejście swoją drogą). Obie dziewczynki zachorowały. Wówczas panowała jakaś epidemia i myślałem, że są one chore właśnie na tą chorobę. Uznałem, że nie ma szans im pomóc i lepiej będzie pozwolić im szybko umrzeć, niż starać się pomóc. Jeszcze okaże się, że utrzymywanie ich przy życiu zarazi kogoś z mi bliskich, a dziewczynkom i tak przecież nie można pomóć. Oczywiście umarły, a okazało się później, że wcale nie były one jednak chore na tą chorobę, która była przyczyną epidemii, ale na inną, uleczalną, a więc można było je wyleczyć, lecz tego nie zrobiłem ... Wiadomo obudziłem się zapisałem sen. Odebrałem go jako wydarzenie z poprzedniego wcielenia, może się myliłem, może zwykły sen. Miałem jednak wyraźnie przeświadczenie graniczące z pewnością, ze to poprzednie wcielenie. Ogólnie duże wyrzuty, że przeze mnie 2 dziewczynki zmarły, że byłem gburem i teraz jestem dużo lepszy, na pewno nie zachowałbym się tak samo, jak "ja z brodą" w śnie.
Wówczas, kiedy śnił mi się ten sen, nie byłem w żadnym związku. Później poznałem moją aktualną dziewczynę, z którą po jakimś czasie spodziewaliśmy się dziecka. Zupełnie o wyżej opisanym śnie, przyśnionym wiele miesięcy wcześniej, nie pamietałem. W początkowym okresie ciąży przyśnił mi się natomiast taki sen. Wychodzę z domu swoich rodziców, jestem na klatce. Od kilku miesięcy mieszkałem gdzie indziej, więc uświadomiłem sobie, że śnię. Nagle leżę na plecach tak jak w łóżku, z tym że na schodach klatki w bloku rodziców. Nade mną stoi dziewczynka taka ok. 10 lat w takiej starej białej piżamce do stóp. Stoi jak manekin, ale wygląda jak człowiek. Stoi tak, że ma stopy tóż za moją głową. W dłoniach trzyma taką tradycyjną żółtą świeczkę na małym białym podstawku. Ogólnie image taki sprzed kilkuset lat. Wstaję, przyglądam się jej dokładnie, ale ona ani rusz. Nagle mnie olśniewa, że to ta sama dziewczynka, której pozwoliłem umrzeć w śnie sprzed kilku miesięcy. W tle wyraźnie odczuwam, bo nie widzę, drugą postać. Nie mam pojęcia, kto to jest, ale czuję 100% drugą istotę, która jakby czeka na coś. Obudziłem się z przeświadczeniem, że dusza tej dziewczynki czeka, aby zostać moim dzieckiem w tym życiu, dlatego ją widziałem, dlatego mi się ukazała. To jej dusza miałą być w ciele mojego dziecka. Byłem o tym silnie przekonany, co oczywiście nie znaczy, że faktycznie tak miało być. Zasmuciło mnie tylko, ze była jakby zamrożona. W ogóle się nie ruszała, nie reagowała na żadne gesty i słowa.
Kilka tygodni później razem z dziewczyną 1 nocy mamy sen, że coś jest nie tak z ciążą. Oboje rano budzimy się smutni i mówię, słuchaj miałem śniło mi się, ze coś nie tak. Kurcze mi też. Wiadomo sen snem, trzeba myśleć pozytywnie w takich sytuacjach. Uznaliśmy, chcieliśmy wierzyć, że to pewnie nasze lęki, chociaż obawialiśmy się, że skoro śniło się i jej i mi to może jednak coś w tym niestety jest. Jej śniło się, że zwyczajnie poroni. Mi natomiast, że były problemy z ciążą. Byliśmy w jakimś dziwnie mrocznym, takim troszkę szpitalu z przyszłości, ale takiej brudnej i trochę zniszczonej jakimiś konfliktami czy katastrofami. Ale miałem przeczucie, że mimo braku jakiejś sterylności, lekarze są na pewno najwyższej klasy (takie miałem odczucie w śnie, po obudzeniu miałem wyrzuty, że dałem komuś w śnie badać ciążę w takim nieprzyjemnym miejscu, nie mam świadomości w snach, więc łatwo pewnie podszyć się i mnie zwieść). Okazało się, że faktycznie coś nie gra i nie jest dobrze. Probowałem przenosić się w czasie, aby coś zdziałać. Za każdym razem jednak, kiedy próbowałem coś zmienić, to było coraz gorzej. Ogólnie schemat był taki. Skapnąłem się, że coś jest nie tak i próbuję się przenieść, cos zrobić. Wracam, ale brzuszek jest mniejszy niż poprzednio, więc orientuję się, ze sytuacja jest jeszcze gorsza. I tak kilka razy przenoszę się w różne lokacje i próbuję coś zrobić, aż w końcu ciąży nie ma w ogóle.
Niedługo później doszło do poronienia. Wiadomo, nie zapamiętałbym żadnego z tych snów, pewnie doszłoby do poronienia również. Ale zapamiętałem. Dużo myślałem, fizyczne problemy z ciążą? - na pewno. Karma za dopuszczenie do śmierci tej dziewczynki, teraz mi odebrano dziecko szybciej niż to powinno mieć miejsce? - może też. Ktoś kto nie powinien przyjrzał się ciąży? - najmniej prawdopodobne. Większość osób zwraca uwagę, tylko na fizyczność. I na pewno fizyczne aspekty mają tutaj rolę niezwykle istotną, bo jednak żyjemy w fizycznym świecie i tylko te fizyczne kwestie da się wytłumaczyć dowodowo i namacalnie. Jednak uważam, że fizyczność nakłada się z duchowością. Są jak taki kilkuwarstwowy tort :) i 1 ma wpływ na 2. Jestem niemal pewien, że nie były to zwykłe sny z serii "ale fajnie mi się śniło", tylko jednak istotne przekazy, przesyłające istotne dla mnie informacje, które miały do mnie dotrzeć i informować mnie wcześniej co się dzieje, że poza fizycznością odbywają się duchowe procesy, których efekty będą widoczne dopiero w naszym fizycznym świecie.
Smutna historia, zwłaszcza dla nas, zostawia pewien ślad na całe nasze życie. Wierzymy jednak oboje, że następnym razem zostaniemy szczęśliwymi rodzicami :D
Pozdrawiam, a autorowi wątku gratuluję synka :)
|