|
Pozdrawiam was Panie i Panowie.
Nazywam się Józef ...., mam 59 lat. Jestem ciężko chory. Mam raka jelita grubego z przerzutami na małą miednicę i pęcherz. Przeszedłem dwie operacje i osiem chemioterapii. Lekarze nie dają mi dużych szans. Błagam Was szanowne państwo najpokorniej jak tylko może człowiek prosić. Pomóżcie mi ja chcę żyć. A teraz o mnie. Miałem kiedyś szczęśliwą rodzinę i 11 lat temu zawalił mi się świat. Żona zachorowała na białaczkę, a po 3 bardzo ciężkich latach walki odeszła od nas do wieczności. Do dziś jestem sam z dwójką dzieci . Przeszliśmy z dziećmi drogę krzyżową na Ziemi. Chciałem dzieciom zastąpić matkę, i być dobrym ojcem. Zająłem się ich depresją, a nie słuchałem mojego organizmu, który też przez tą sprawę cierpiał. Podobno to był początek mojej choroby. Widzę jak teraz ciężko jest moim dzieciom. W trójkę jesteśmy bardzo związani. Cierpienia zbliżają ludzi…Słyszałem od kolegi o Pozytywnej Energii i o Waszym Tak drogocennym poświeceniu. Pomóżcie mi szanowni państwo . Ja chcę żyć, a w mojej sytuacji tylko cud może mnie uratować. Z poważaniem: Józef. ** Zbyszek:
Moj dobry znajomy ma raka. Lekarz mu powiedział: ma pan jeszcze parę dni albo parę lat. Nie będą już go więcej operować, niczego to nie zmieni. O 21:00 zaczynam z nim medytacje. Jeśli ktoś czuje się na silach i może choć trochę poprawić paskudna sytuacje Józka to jest mile widziany.
Prosimy również o rady. Jak się zabrać za tego paskudnego raka i co zrobić, gdy lekarze opuszczają ręce? * Gdy miałem 3 miesiące i bylem całkiem malusieńki, to tez wykryto u mnie złośliwego raka. Usunięto mi wkrótce co nieco i wypuszczono w beznadziejnym stanie do domu. Zabierz go pani, powiedział dyskretnie lekarz.. Umrze w domu, będzie go pani miała pod ręka. Przyjechała do mnie babcia, z pod Częstochowy i zaczęły się obie żarliwie modlić. Cale upłakane , pielęgnowały mnie i czekały. Kupiły nawet piękne buciki do trumienki. Tydzień, miesiąc rok, dwa, czekały. Po roku nie moglem jeszcze siedzieć a co tu mówić o chodzeniu, Choć padł wyrok, to wdrapałem się wreszcie na własna pupę i usiadłem. Zacząłem chodzić jako dwulatek i żyłem wbrew prognozom, z bucików wyrosłem. Za którymś razem, w czasie kontroli, powiedzieli mamie w szpitalu, - jeśli dożyje do 18-stki to będzie dalej żył. Powiedziała mi to nieopacznie,- do osiemnastki …. Nie przejąłem się tym zbytnio i biegałem nadal beztrosko za osami po podwórko wyrastając na urwisa. Moja śmierć wydawała mi się tak samo niedorzeczna jak umierający wielokrotnie ci sami aktorzy, w rożnych serialach na monitorze telewizora.. Gdy moja mama wpadła w śpiączkę, bo koleżanka doradziła jej odrzucenie nikczemnych tabletek na cukrzyce, to usiadłem przy niej w szpitalu na krześle i starałem się zrozumieć co się stało. Leżała nieprzytomna , trochę podsiniaczona i nie reagowała. Gdy jeszcze szedłem do niej, to zakręciło mi się dziwnie w głowie i kołysało trochę na boki. W czasie drogi odczuwałem dziwne strzały swiadomosci, oczyma strzelając po oknach szarego szpitala. Przejaskrawione szczegóły ściągały moja uwagę na poszczególne osoby. To strach pomysłem. Lezące panie na sali udawały , ze mnie nie widza, wiadomo matka na odstrzał. Przypominając sobie wtedy rożne cuda, chwyciłem mamę za rękę i zacząłem szukać jakiejś możliwości ratunku. Po raz pierwszy skonfrontowany bylem z nieszczęściem. Zkrecilo mi łezkę w oku. Co robić? Nie rozpoznawałem wtedy wewnętrznych duchowych zjawisk, nie wiedziałem o niefizycznych ciałach a pomimo tego uniosłem się odrobinę w sobie ponad troski, zamierając w bezruchu. Przypomniałem sobie moje pierwsze spontaniczne oobe z dzieciństwa. Szarpało mnie wtedy coś w środku, wywołując wewnętrzne napięcie. Starając się odtworzyć ten wirujący stan, napinałem mięśnie na całym ciele. Cos się działo i pulsowało we mnie. Wpadłem na pomysł by te dygotania przenieść na mamę. W bezruchu własnego wnętrza niczego więcej nie potrafiłem dostrzec. Jak oni to robią, przecież jakoś robią te cuda!!! Wyobrażałem sobie jak ta dygocząca energia przechodzi ze mnie i przelewa się przez rękę do mamy. Nie wiedziałem wtedy, ze za tym wyobrażaniem kryją się realne zjawiska niefizyczne. I jeszcze raz i jeszcze raz te dziwne wstrząsy, powtarzałem z cierpliwością. Ocknąłem się zapytany serdecznym glosę chorej z pobliskiego łózka. Uśmiechała się o coś pytając. JUŻ TU WIĘCEJ NIE PRZYJDĘ, wypowiedziałem nieswoim, stalowym głosem i opuściłem pomieszczenie. W drodze powrotnej zastanawiałem się nad moja wypowiedzią. Czy to ja tak powiedziałem? Co mi strzeliło do głowy, by tak idiotycznie odpowiedzieć? Wspominając wizytę w szpitalu utraciłem chronologie zdarzenia, trafiając na niekonsekwencje logiczne. Przejęty obawa o mamę nie zwróciłem wtedy uwagi na zmiany mojej swiadomosci A może tej kobiety tam wcale nie było i wszystko sam zmyśliłem, bo dlaczego tak wesoło o coś pytała, gdy na całej sali panowała grobowa atmosfera? Nie sięgam teraz tak daleko pamięcią, by doszukać się w tym zajściu niefizycznego wsparcia. Pamiętam jedynie, ze gdy dotarła do nas wiadomość o przebudzeniu mamy, nie zdziwiłem się, bylem cały czas pewny, ze to się stanie. Przez ostatnich parę lat spotykałem osoby promieniujące na twarzy czernią. Bylo to dosyć nieprzyjemne wrażenie. Unikałem ich wzrokiem przypisując im jakieś paskudne cechy charakteru. Gdy zdarzyło mi się to zjawisko postrzec na osobach które znalem wcześniej, to dziwiłem się tej przemianie, nie rozumiejąc jej przyczyny. Trochę to trwało, aż zrozumiałem przyczynę tego doznania. Osoby te umarły później na raka. Taka samo czerń postrzegłem na Józko, nie uświadamiając sobie jej na czas. Dopiero gdy padł wyrok, ostateczna diagnoza lekarska, przypomniałem sobie to delikatne doznanie. Jeśli rozbudzony duch człowieka potrafi usunąć nieszczęście ze swojej drogi to postaramy się to zrobić. Nie wiemy jeszcze co nas może od tego powstrzymać, będziemy szukać. Wszelkie sugestie mile widziane.
Z P.s. Od początku naszych zabiegów Józek czuje się osłabiony, parę razy mi o tym wspominał, dziwiąc się temu stanowi. A wiec mamy go na łączach. Pojawia mu się czucie na środku stop, wbrew uszkodzeniom po chemioterapii i ciągnie ciepłem w stronę brzucha. Dobry znak. Śniła mu się nawet własna śmierć, wyglądająca trochę jak paraliż przysenny. Pod wrażeniem , poleciał zapalić dwa papierochy, no cóż umierał pierwszy raz. Myślę, ze zachodzą w nim zmiany, gdyż cześć z nas wnika w niego mentalnie motywując do zmian przekonań.i. Podsunąłem mu pomysł z rozgrzewaniem stop i brzucha. Przyglądał się po raz pierwszy własnemu ciało bez codziennego zgiełku, co powinno nam ułatwić z nim współprace. Leży -medytuje codziennie miedzy 21-23 godzina, zwarty i gotowy. Przygotowałem dla Józka przedziwna terapie. Mieszam ustawienia rodzinne i przywołuje go do mojego pokoju. Mając go w astralnym ciele przed sobą, samemu będąc w całym pakiecie ciał, staram się dokonać w nim zmian. Potem zmieniam role. Lece do niego astralnie-mentalnie i staram się coś wskórać, gdy on przebywa w tym czasie w całości we własnym ciele fiz.
|