|
Właściwie to nie wiedziałem, gdzie to umieścić, więc piszę tu.
Jakiś czas temu zdałem sobie sprawę z dziwnego zjawiska towarzyszącego mi w nocy. Często zdarza się, że budzę się w środku nocy i doświadczam bardzo intensywnych uczuć. Mają one bardzo skrajny charakter. Jednym razem budzę się i czuję miłość do całego świata, taką łagodność. W takich chwilach nie wiem jak mogłem się na kogoś złościć i jestem pewien, że w ciągu dnia nie zniknie to pacyfistyczne nastawienie. Uczucie to przypomina trochę stan małego dziecka patrzącego na świat przez różowe okulary. Nie skażonego pesymizmem. Podejrzewam, że ten stan ma jakiś związek z głęboką relaksacją.
Innym razem budzę się i odczuwam trwogę. Nagle zdaję sobie sprawę z kruchości ludzkiego życia i że w każdej chwili mogę zginąć na skutek głupiego wypadku. Na śmierć miałem zawsze pitagorejski pogląd. Po moim pierwszym i jedynym jak dotąd OOBE, myślałem, że pozbyłem się wszelkich wątpiliwości co do dalszego istnienia. Jak widać - nie do końca.
Bywa i tak, że nie obawiam się o swoje życie, ale że w przypływie złości czy przez przypadek kogoś zabiję. Najbardziej przeraża mnie nieodwracalność tego faktu i ciężar grzechu. Wierzę w Boga, ale nie jestem specjalnie religijny. Nie wiem skąd biorą się takie obawy.
Najczęściej zapominam wszystko nad ranem, a jeśli już pamiętam, to wszystko wraca do normy. Są to tylko stany chwilowe, pomiędzy jednym snem a drugim. Mam nadzieję, że nie weźmiecie mnie za wariata i jestem ciekaw, czy ktoś doświacza podobnych wrażeń.
|