|
Ja odpowiem tylko na b. Poczucie obecności osoby trzeciej bardzo wrogo nastawionej, bo z tym mam największe w moim przypadku doświadczenie... Przyjmijmy, że to rzeczywiście są hipnagogi, nawet gdyby to było coś innego... Jeśli traktować to jako wytwór własnej podświadomości, to solucja być może wyglądałaby np. tak, żeby to sobie uświadomić. Jeśli zaczynamy czuć obecność wrogo nastawionej istoty pamiętajmy, że tu siła fizyczna na nic się zda, to się dzieje na planie niefizycznym, lub w umyśle. Tak więc trzeba się skupić całkowicie na myślach i ich zależnościach, jeśli chcemy to mieć pod kontrolą. Jeśli reagujemy strachem na strach, agresją na agresję, wzmacniamy jedynie to. Jeżeli ktoś przybiera postać, która ma na celu przestraszenie kogoś, robi to dlatego, że boi się, że ten ktoś zrobi coś, czego tamta osoba się obawia właśnie. Trzeba uświadomić więc tamtą osobę, że się tego nie zrobi i nie ma czego się bać, wówczas i ona stanie się przyjaźnie nastawiona. Także gdy poczujemy strach/wrogość i od razu interpretujemy to jako wina tej odwiedzającej nas istoty (niezależnie czy ona jest rzeczywiście autonomiczną jednostką czy wytworem naszej jakiejś części świadomości), wówczas odbijamy piłeczkę, która do nas wraca, żywimy gniew, który zostaje w nas plus wzmacnia przyczynę, z której jak wówczas sądzimy powstał. Moja propozycja w tym przypadku to jak poczujemy pierwsze symptomy wrogości/strachu, to nie osądzać na zewnątrz, ale poszukać w sobie. Może tak być np. że właśnie dlatego, że osądziło się bezpodstawnie tą istotę o niecne intencje i czyny, ona taka się dla nas stała. Jeśli więc chcemy, by była przyjaźnie nastawiona, my też bądźmy przyjaźnie nastawieni. To nie suche teorie, tylko wnioski wyciągnięte na własnym doświadczeniu. Kiedyś próbowałem walczyć z takimi wizytorami, próbowałem nawet się modlić i wszystko to z mniejszym lub większym skutkiem, ale nadal dalece słabym w stosunku do oczekiwanych rezultatów. Gdy z biegiem lat i wiedzy i doświadczeń zmieniłem taktykę na podejście z miłością, szacunkiem, troską, empatią... wówczas wszystko się zmieniło na lepsze :) Raz atak ledwo co się zaczął, gdy poczułem tą obecność i tą wrogość i negatyw, nie potraktowałem tego jako coś strasznego, czego powinienem się bać, ani z czym walczyć, ale przywitałem owe istoty, życzyłem im wszystkiego dobrego i myśląc tak szczerze (szczerość intencji to tu podstawa, bo na niej opiera się cała moc/skuteczność myśli). Pomyślałem też, że dziękuję ,ale nie chcę takiej "zabawy" i grzecznie odmówiłem, dając wyraźną wolę, że sobie nie życzę i że ta moja wola jest prawomocna, gdyż ja jestem gospodarzem siebie i w moim domu, do którego wtargnęli. Włączyłem też sobie chilloutową nutkę na mp3 :P Wówczas w moment sytuacja odwróciła się na wręcz przeciwną, poczułem niewysłowioną błogość i radość i pokój ^^. Innym razem, gdy przy paraliżu odwiedziła mnie istota, którą potraktowałem jak intruza i zacząłem ją atakować (myślałem, że się broniłem), to w odwecie ona zaatakowała mnie (zaczęła się bronić). Spieraliśmy się tak z niecałą minutę może, jak zacząłem odzyskiwać władzę w ciele i chciałem się obrócić w jego stronę, wówczas choć czułem, że jakby chciał to by bez problemu zwyciężył tą mentalną walkę, to po prostu odpuścił i zniknął. Gdy już za dnia skojarzyłem go z pewnym "złym czarnym czarownikiem", o którym czytałem niedawno przed tym doświadczeniem i stwierdziłem, że myślami o nim go przywołałem (rzekomo zły czarownik z Amazonii z opowieści z książek W. Cejrowskiego), wówczas ilekroć o nim nie pomyślałem, czułem wyraźny nacisk na klatce piersiowej i na szyi, jakby mi się ręce na niej zaplatały, choć nie dusiły. Trochę mnie to przeraziło, jak można się zapewne domyśleć, ale nie miałem jak od tego uciec. Dopiero jak przeanalizowałem sytuację i przeprosiłem ową istotę, że ją osądziłem z góry i de facto to ja zaatakowałem, że nie znam jej, a uważam za złą i osądzam i że wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami, wówczas uciski minęły :) I jeszcze takie obrazujące to, o czym tu piszę, doświadczenie. Miałem pewnego razu sen, w którym spotkałem jakby jakiegoś lisza - kościotrupa w porwanych łachmanach. Jednak zamiast się go przestraszyć i uciekać, to postarałem się szczerze dopatrzeć się w nim piękna. I z tego co pamiętam, zacząłem koncentrować się wyłącznie na jego dobrych stronach, tj. zacząłem podziwiać to, że się rusza, jakoś myśli, a więc żyje, więc zacząłem podziwiać w nim życie. Zacząłem chyba też współczuć ile blizn musi mieć na duszy, że jest jaki jest, podziwiałem kształty jego trupiej czaszki, skoro to też kształty czyli jakaś struktura rzeczywistości, w którą trzeba było włożyć pasję/miłość, żeby ją stworzyć, itp. itd. Moment po tym ta istota przeobraziła się w zupełnie inną. Teraz stał już przede mną wysoki mocno zbudowany (jak kulturysta) mężczyzna z rękoma sięgającymi kolan, zakończonymi długimi pazurami. Twarz miał jak jaszczuroczłek, lecz nie była pokryta żadnymi łuskami. Skóra była gładka, jak u człowieka, była koloru czarnego i miała coś jakby tatuaże, które świeciły mocnym błękitnym światłem - to było piękne. Tatuaże przypominały wzór na strojach tych ludzi z filmu Tron. Ubranie także nie było już podarte, ale była to ładna zwiewna tunika. Od istoty biły pozytywne wibracje. Jednak ów osobnik speszył się zaraz po przemianie i czmychnął ^^. Mam nadzieję, że to, co napisałem pomoże Twojej siostrze. Powodzenia!
|