|
|
![]() ![]() |
| starr |
24.08.2007 - 17:32
Post
#64
|
|
Guests |
Człowiek, który nie wierzył w miłość
Chciałbym opowiedzieć teraz bardzo starą przypowieść o człowieku, który nie wierzył w miłość. Był to zwyczajny człowiek, taki jak ty lub ja, wyróżniał się jednak sposobem myślenia. Sądził, że miłość nie istnieje. Nieraz próbował ją odnaleźć. Przyglądał się ludziom wokół siebie. Stracił mnóstwo czasu, sporą część życia poszukując miłości, po to tylko, by stwierdzić, że nie istnieje. Gdziekolwiek był, rozpowiadał na prawo i lewo, że miłość jest wyłącznie wymysłem poetów, wynalazkiem religii, która posługuje się nią do manipulowania słabymi umysłami, do zdobywania nad nimi kontroli i wymuszania wiary. Mawiał, że wiara nie jest niczym rzeczywistym i dlatego żaden człowiek jej nie odnajdzie, nawet jeśli usilnie jej poszukuje. Człowiek ten był bardzo inteligentny i przekonujący. Przeczytał mnóstwo książek, zgłębiał wiedzę w najlepszych uniwersytetach i stał się szanowanym naukowcem. Potrafił przemawiać w każdym miejscu przed dowolną publicznością, zawsze z miażdżącą logiką. Propagował pogląd, że miłość jest jak narkotyk, wprawia w krótkotrwały uzależniający błogostan. Można się bowiem chorobliwie uzależnić od miłości. A co się stanie, jeśli zakochany nie dostanie swojej codziennej dawki miłości, tak jak narkoman potrzebujący swojej codziennej działki? Udowadniał, że większość relacji między kochankami przypomina związek narkomana z dealerem. Ten, kto pożąda bardziej, przypomina nałogowca, a ten, komu mniej zależy, postępuje jak dealer. Kochanek, który ma mniejszą potrzebę miłości, kontroluje cały związek. Mechanizm zjawiska jest bardzo jasny i łatwy do prześledzenia, ponieważ w związku niemal zawsze jest ten, kto kocha bardziej, i ten, kto pozwala się kochać i tylko wykorzystuje tego drugiego, kto daje jej lub jemu całe serce. Pojąwszy, w jaki sposób ci dwoje sobą manipulują, na czym polegają wszystkie ich akcje i reakcje, zauważymy, że są niczym narkoman i dealer. Uzależniony, czyli ten, kto jest w potrzebie, żyje w ciągłym strachu, że mógłby nie dostać następnej dawki miłości czy narkotyku. Myśli: „Co zrobię, gdy mnie zostawi?" Z kolei lęk wywołuje zaborczość. „To moje!" Uzależniony staje się bardzo zazdrosny i wymagający ze strachu, że nie dostanie następnej dawki. Dealer kontroluje i manipuluje tym, kto potrzebuje narkotyku, podając mu większe czy mniejsze dawki lub w ogóle odcinając mu dostawę. Ten, kto jest w większej potrzebie, poddaje się całkowicie, podporządkowuje, gotów jest zrobić wszystko, byle uniknąć odrzucenia. Tymczasem nasz bohater nie ustawał w objaśnianiu wszystkim dookoła, dlaczego miłość nie istnieje: „To, co ludzie nazywają miłością, jest tylko związkiem opartym na strachu i kontroli, wykorzystywaniu przewagi. A gdzie szacunek? Gdzie wreszcie miłość, o której tyle mówią? Nie ma miłości. Młodzi ludzie przed obliczem Boga, rodziny i przyjaciół składają sobie nawzajem mnóstwo obietnic: pozostać ze sobą na zawsze, kochać się i szanować, być razem na dobre i na złe. Obiecują miłość i poważanie i jeszcze wiele innych rzeczy. Najbardziej zdumiewające jest to, że naprawdę wierzą w te obietnice. Ale zaraz po ślubie, tydzień później, miesiąc czy kilka miesięcy, okazuje się, że nie dotrzymują żadnej z nich. To, co widzimy w małżeństwie, to walka o władzę, o to, kto kim będzie rządził. Kto będzie dealerem, a kto uzależnionym. Kilka miesięcy później widać, że szacunek, jaki sobie przysięgali, ulotnił się. Widzimy urazy, emocjonalne toksyny, zauważymy, jak ranią się nawzajem, stopniowo, dzień po dniu, jak to narasta coraz bardziej, aż w końcu nawet nie wiedzą, kiedy miłość się kończy. Pozostają ze sobą, ponieważ boją się samotności, opinii innych ludzi, a także wyroków swoich własnych wewnętrznych sędziów. Ale czyż to jest miłość?" Mężczyzna zwykł dowodzić, że widywał wiele starych małżeństw o trzydziesto-, czterdzieste-, pięćdziesięcioletnim stażu, które szczyciły się tym, że przeżyły razem te wszystkie lata. Ale kiedy mówią o swoim związku, wcześniej czy później padają słowa: „Wytrwaliśmy w małżeństwie". To oznacza, że jedno z nich podporządkowało się drugiemu. W pewnym momencie na przykład ona się poddała i postanowiła przetrzymać cierpienie. Ten, kto miał silniejszą wolę i mniejszą potrzebę bycia z tym drugim, wygrał wojnę. Ale gdzież jest ten płomień, który nazywają miłością? Traktują się przecież nawzajem jak swoją własność: „Ona jest moja", „On jest mój". Człowiek ciągnął dalej. Rozprawiał o wszystkich powodach, dla których wierzył, że miłość nie istnieje, i gorąco przekonywał: „Ja już przeszedłem przez to wszystko. Nikomu więcej nie pozwolę manipulować moim umysłem i w imię miłości rządzić moim życiem". Jego argumenty były całkiem logiczne, toteż przekonał wielu ludzi, że miłość nie istnieje. Pewnego dnia spacerował po parku i tam, na ławeczce, zobaczył piękną kobietę, która płakała. Jej płacz wzbudził w nim ciekawość. Usiadł obok i spytał, czy mógłby jej w czymś pomóc. Zainteresował się, dlaczego płacze. Jakież było jego zdumienie, kiedy odpowiedziała, że płacze, bo miłość nie istnieje. „To zdumiewające! - zawołał. - Kobieta, która wierzy, że miłość nie istnieje?!" Oczywiście zapragnął dowiedzieć się czegoś więcej. „Dlaczego mówisz, że miłość nie istnieje?" - spytał. „To długa historia - odparła. - Wyszłam za mąż bardzo młodo i byłam pełna miłości, wszystkich tych złudzeń, nadziei, że będę dzielić życie z moim mężczyzną. Przysięgliśmy sobie lojalność, szacunek i poważanie i stworzyliśmy rodzinę. Ale wkrótce wszystko się zmieniło. Byłam oddaną żoną, troszczącą się o dom i dzieci. Mój mąż robił karierę, a sukces i opinia innych ludzi stały się dla niego ważniejsze od rodziny. Stracił szacunek do mnie, a ja do niego. Raniliśmy się nawzajem i pewnym momencie zrozumiałam, że go nie kocham, a on nie kocha mnie. Ale dzieci potrzebowały ojca i to było moje usprawiedliwienie i powód, żeby zostać i zrobić wszystko dla utrzymania rodziny. Teraz dzieci dorosły i odeszły. Nie mam już wymówki, żeby z nim zostać. Nie ma między nami szacunku, nie ma czułości, nawet uprzejmości. Na domiar złego wiem, że nawet jeśli znajdę kogoś innego, historia się powtórzy, ponieważ miłość nie istnieje. Nie ma więc sensu szukać czegoś, co nie istnieje. Dlatego płaczę". Świetnie rozumiejąc rozterki swej rozmówczyni, objął ją i powiedział: „Masz rację. Miłość nie istnieje. Szukamy miłości, otwieramy serca, pozwalamy dominować drugiej osobie tylko po to, by znaleźć egoizm. To boli, nawet jeśli sądzimy, że nie damy się zranić. Nieważne, jak wiele mamy za sobą związków. To samo powtarza się za każdym razem. Po cóż więc szukać miłości?" Byli do siebie tak podobni, że zaprzyjaźnili się. To był wspaniały związek. Szanowali się i nigdy nawet nie próbowali się poniżać. Uszczęśliwiało ich wszystko, co robili razem. Nie było w nich zawiści i zazdrości, nie było przymusu ani zaborczości. Ich związek stawał się coraz pełniejszy. Uwielbiali być ze sobą, ponieważ każde spotkanie oznaczało świetną zabawę, a kiedy się rozstawali - tęsknili do siebie. Pewnego dnia mężczyznę, gdy był poza domem, naszła przedziwna myśl. „A może - rozmyślał - to, co czuję do niej, to miłość? Jest to tak inne od tego, co czułem kiedykolwiek przedtem! To nie jest to, o czym mówią poeci, ani to, co głosi religia, ponieważ nie jestem za nią odpowiedzialny. Niczego od niej nie biorę, nie potrzebuję opieki z jej strony, nie muszę winić jej za moje niepowodzenia ani przerzucać na nią swoich nieszczęść. Po prostu dobrze nam razem, lubimy się nawzajem. Szanuję jej sposób myślenia i odczuwania. Ani trochę mi nie ciąży, nie muszę się o nią martwić. Nie czuję zazdrości, kiedy jest z innymi ludźmi, nie czuję zawiści, kiedy odnosi jakiś sukces. Może miłość jednak istnieje, tylko nie jest taka, jak nam się wydawało?" Ledwie się doczekał powrotu do domu, by z nią porozmawiać i zwierzyć się ze swych szalonych myśli. Gdy tylko zaczął mówić, rzekła: „Wiem, co chcesz powiedzieć. Już dawno temu też naszły mnie takie myśli, ale nie chciałam się nimi z tobą dzielić, bo wiem, że nie wierzysz w miłość. Miłość chyba istnieje, tylko jest czym innym, niż sądziliśmy". Postanowili zostać kochankami i zamieszkać razem, i ku ich zdumieniu nic się nie zmieniło. Nadal się szanowali, pomagali sobie nawzajem i byli coraz bardziej zakochani. Każde głupstwo sprawiało, że czuli się szczęśliwi. Serce mężczyzny wypełniło tyle miłości, że pewnej nocy zdarzył się wielki cud. Patrzył na gwiazdy i odnalazł najpiękniejszą. Jego miłość była tak wielka, że gwiazda spłynęła z nieba wprost w jego otwarte dłonie. Potem stał się drugi cud: jego dusza połączyła się z gwiazdą. Był niewymownie szczęśliwy i ledwie mógł się doczekać, kiedy pobiegnie do kobiety i złoży gwiazdę w jej dłoniach, aby dowieść swojej miłości. Wręczył jej gwiazdę, lecz kobieta zawahała się. Choć był to ledwie moment zwątpienia, gwiazda ześliznęła się między palcami, upadła i potłukła się na milion drobnych kawałeczków. Teraz stary człowiek znów przemierza świat, przysięgając, że miłość nie istnieje. I jest stara piękna kobieta, która czeka w domu na mężczyznę, roniąc łzy za rajem, który miała w dłoniach i który straciła przez jeden krótki moment zwątpienia. Tak się kończy historia o człowieku, który nie wierzył w miłość. Lecz kto popełnił błąd? Co poszło nie tak? Błąd leżał po stronie mężczyzny, ponieważ myślał, że może dać kobiecie swoje szczęście. I mylił się, składając je w jej rękach. Szczęście bowiem nigdy nie przychodzi z zewnątrz. Był szczęśliwy miłością, która pochodziła od niego. I ona była szczęśliwa z powodu miłości, która z niej emanowała. Jednak kiedy powierzył jej swoje szczęście, potłukła gwiazdę, bo nie mogła za nią odpowiadać. To nieważne, jak bardzo go kochała, nie mogła go uszczęśliwić, ponieważ nie wiedziała, co jest w jego głowie. Nie mogła poznać jego oczekiwań, ponieważ nie mogła poznać jego snów. Jeśli swoje szczęście złożysz w dłoniach drugiej osoby, ona wcześniej czy później je potłucze. Jeśli dasz jej swoje szczęście, może je odrzucić. Natomiast kiedy szczęście pochodzi z twego wnętrza i jest rezultatem twojej miłości, ty sam jesteś za nie odpowiedzialny. Nigdy nie zdołamy przerzucić na kogoś odpowiedzialności za własne szczęście, tymczasem pierwsze, co robimy podczas ślubu w kościele, to wymiana obrączek. Kładziemy gwiazdę na cudzej dłoni, spodziewając się, że partner nas uszczęśliwi. Nie ma znaczenia, jak bardzo kogoś kochasz i tak nigdy nie będziesz taki, jakim chciałby cię widzieć twój partner. To błąd, który większość z nas popełnia na początku każdego związku. Budujemy poczucie szczęścia w oparciu o partnera, a szczęście nie na tym polega. Składamy obietnice, których nie możemy dotrzymać i z góry skazujemy się na niepowodzenie. "Scieżka Miłości" Don Miguel Ruiz |
|
|
|
24.08.2007 - 18:30
Post
#65
|
|
|
Dusza Towarzystwa ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Grupa: Podróżnicy |
A teraz coś ode mnie. Pisane jakiś czas temu (niedawno). Pozdrawiam, mam nadzieję, że się spodoba.
PRAWO SYSTEMU Gmach wysokiego, surowego budynku o szarych, zimnych cegłach zdawał się sięgać deszczowych chmur wiszących nad miastem. Stary, brunatny zegar, umieszczony wysoko na szczycie wskazywał za piętnaście dwunastą w południe. Mimo sporego tłumu ustawionego w kolejce, na zewnątrz panowała cisza i spokój. Niekiedy tylko zagłuszany wypełniałniającym miasto jednostajnym i krótki płaczem. Ulice wydawały się równie szare i smutne jak niebo. Były twarde, solidne, a jednocześnie puste gdzieś w środku, chociaż nie dosłownie. Czegoś było w nich brak. Pozostałe zabudowania, domy, schody, na pierwszy rzut idealne, także skrywały swoje tajemnice. Na żadnym z nich nie było ani jednego załamania cegły, ani nierówności. W dali na terenach należących do bogatych domostw - idealnie wypielęgnowane ogrody, starannie ułożone dachówki. Mieściły się one w pewnej odległości od rynku otoczonego starymi, prostymi budynkami urzędowymi w jednakowym kolorze. Dwanaście dzwonów...rozległo się naraz. Zegar wybił południe. Oczy tłumu zwróciły się w jego kierunku, tu i ówdzie można było usłyszeć krótkie westchnienie. Ludzie stojący w kolejce stali pojedynczo lub w grupach tworzących rodziny, a przy każdej dorosłej osobie stali żołnierze. Byli uzbrojeni. Ich spojrzenia i zacięte twarze spoglądały z dumą i pełną surowością przed siebie. Krwistoczerwone mundury połyskiwały na tle szarego krajobrazu. Każdy, kto miał na tyle dużo lat, by wiedzieć co oznaczają, wcale nie cieszył się z tej zmiany i ożywienia w pejzażu. Czasami zdarzało się, że ktoś w tłumie zemdlał. Wtedy z pełną rezerwą, bez żadnych skrupułów zabierano dokądś tę osobę. Jeśli wychodziła stamtąd, to zazwyczaj bała się opowiadać o tym, co widziała. Jeżeli nie wychodziła, to znaczyło tylko jedno. Na samym przedzie kolejki mieścił się wielki stół. Zasiadała przed nim specjalna komisja. Najwyższy ze zgromadzonych nazywał się System, to on wybierał, kto ma dostać jeszcze szansę, a na kogo strata czasu. Drugim był pan Śmierć, który bardzo lubił swoją pracę. Trzeci to liczygrosz, przeliczający jaki status ma wybrana osoba. Nikt nie znał imienia Czwartej postaci, Piątą był Stereotyp. Pierwsi z kolejki chwiejnie zbliżyli się do stołu. Starszy mężczyzna, chowając za sobą najwyżej sześcioletniego wnuka postąpił naprzód. Wyciągnął przed siebie kartkę z adresem, dokumenty świadczące o tym gdzie pracuje i ile zarabia oraz dotyczące jego rodziny. Liczygrosz w milczeniu kręcąc wąsami przeglądnął kartkę. Staruszek zadrżał ze strachu...tuląc do siebie malca. - Mało - powiedział trzeci z komisji - Bardzo mało, według mnie nie ma po co żyć i tak nie ma na leki, nie ma na jedzenie, jest rencistą, emerytem do tego wiekowy.... więc - Nie utrzyma się w systemie i tak umrze - dokończył System... a Śmierć uśmiechnął się szyderczo. Starszy mężczyzna ze strachem spojrzał na wszystkich z komisji: - Co z moim wnukiem, dla niego jest przyszłość, błagam was.... - wydukał przez łzy... Sprawujący Władzę spojrzeli na małego chłopca o kasztanowych włosach i wielkich, niebieskich oczach. - Bez ciebie nie przeżyje, ale może dom dziecka wystarczy, a potem może się jakoś utrzyma w Systemie - odparła czwarta postać. Starszy człowiek odetchnął z ulgą i ukląkł przy malcu: - Nie bój się, Jere. Pójdziesz z tym panem w czerwonym stroju - głos mu się załamał - Dziadek nie dał rady....Pamiętaj, musisz uczyć się dużo. Musisz być odważny, słuchać się, pamiętaj....błagam cię.... Jere przytaknął, nie całkiem rozumiejąc o co chodzi, a potem wysoki mężczyzna w czerwonym stroju zabrał chłopca ze sobą, a kilku innych zabrało starszego mężczyznę w kierunku wielkiego budynku z zegarem, skąd nikt nie wraca. Następnie podeszły kolejne osoby. Przerażone tym co zaszło. Średni i krępy mężczyzna postąpił naprzód z błagalnym płaczem padając na kolana: - Ja, ja nie chciałem stracić tej pracy, lepiej się postaram, już wiem gdzie ją znajdę! To pewnik, naprawdę, błagam Was, błagam Systemie, Wasza Wysokość, ja naprawdę dam radę. Oszczędź mnie i moją rodzinę. System obojętnym wzrokiem oplótł rodzinę mężczyzny. Jego jasnowłosą żonę i dwunastoletnią córkę. - W porządku, stwierdził, PLAKIETKA Kilku żołnierzy szybko podeszło w ich kierunku i przyczepiło do ubrań rodzinie czerwone plakietki. Oznaczało to, że dostają jeszcze szansę, ale za miesiąc gdy nic się nie zmieni, może czekać ich to samo, co starszego mężczyznę. Do tego czasu osoby takie były wytykane palcami i skazane na pokazywanie, że są gorsze od pozostałych. Mężczyzna mimo wszystko cieszył się z werdyktu i tego, że ocalił rodzinę. Z radością ucałował córkę i żonę, a te miały łzy w oczach. W końcu udało mu się opanować drżenie nóg. Oddalili się szybko, by komisja nie zmieniła zdania. - Stań prosto - powiedziała nerwowo bardzo chuda kobieta, do posiniaczonego 8 letniego chłopca, który nie umiał stać bez ruchu i zaczepiał swoją 3 letnią siostrę. Podchodząc bliżej unikała ona spojrzenia Systemu, patrząc na boki, i miętosząc kieszeń od kurtki. Jej twarz była czerwona, a z ubrania wydobywał się duszący zapach. - Ja.... - zaczęła, grubszym głosem.... - Dokumenty, bez gadania - powiedział oschle System. Liczygrosz zabrał się za liczenie.... - Jesteś pijana.... - odezwała się czwarta z postaci. - Ja.... W tym miejscu do akcji wkroczył stereotyp: - No to nie ma sensu, jej dzieci pewnie jak dorosną, też będą pijakami, a ona się nie wyleczy, nie ma szans. Liczygrosz dodał swoje: - Budżet jest dość słaby, ale na jedzenie ją stać, nie wiem sam. - Plakietka wytykania - rzucił System - i Potępienia. Zobaczymy, czy po pewnym czasie coś się zmieni - Nie sądzę - dodał stereotyp. Kobietę zamurowało. Plakietka potępienia i wytykania oznaczała, że na zawsze będzie pokazywana jako ta, która pije, co utrudni jej wyrwanie się z nałogu.... Odeszła w milczeniu łkając.... Następna w kolejce była starsza pani, która bardzo chorowała. Nie miała jednak na lekarstwa, więc Sąd skazał ją na wysłanie do budynku. - Nie utrzyma się w systemie -powiedziała Śmierć.... - Ale może ktoś jej pomoże? - spytała czwarta postać - Nie, rzadko kto komu pomaga - dodał Stereotyp.... - Takie jest Życie - powiedział System..... Kolejka powoli zmniejszała się, różni ludzie dostawali plakietki, nie dostawali nic albo trafiali do budynku. A wszystko to było tylko snem. Kiedy zbudziłam się rano, było zupełnie inaczej. Nikt nikogo nie zabijał, nikt nie oceniał, nie było kolejek, ani ludzi w mundurach. Mimo to...jakoś podobnie, mimo to podobnie. Wielkie krzyki z telewizji, tłuste druki tytułów gazet. Smutne miny ludzi i dzieci żebrzące na ulicach. Piękne lśniące domy, zasłużonych dobrych ludzi, piękne lśniące domy, niezasłużonych. Małe, drewniane lepianki, płacz, strach, hierarchia. Ale nie było kolejek! Nikt nikogo nie skazywał na Śmierć! Nikt nikogo nie rozliczał! Jest przecież inaczej, inaczej....inaczej. A jednak jest tak samo, gdzie tkwi różnica? Tam, gdzie zło nie jest osobowe....Inaczej a jednak do dziś, śnię ten sam sen w rzeczywistości...czasami na chwilę się przyzwyczajam by potem...... Budzę się z tym samym krzykiem, pod spojrzeniem obojętnych zimnych oczu....Wtedy uciekam i szukam po omacku, szóstej postaci, która się nie śniła, której tam nie było, której tam zabrakło, szukam po prostu Miłości. |
|
|
|
29.08.2007 - 13:01
Post
#66
|
|
|
Członek Rodziny ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Grupa: Podróżnicy |
No przyznać trzeba, że robi wrażenie. Mam na myśli te ostatnie....Czas na bajkę ;)
Pewien człowiek obudził się bardzo wcześnie nad ranem...Stwierdził, że wyjdzie na zewnątrz i obejrzy wschód słońca. Wyszedł więc, a widok pozbawił go oddechu. Krople rosy, refleksy pierwszych promieni...nagle zamarł. W jego ogrodzie, gdzieś pomiędzy różami...tam coś było. Podszedł bliżej i nie wierzył w to co widzi. Między jego różami, które tak pielęgnował stał jednorożec. Nieskazitelnie biały, ze złotym rogiem między oczami odrywał kolejne płatki kwiatu. Człowiek poczuł ciepło na sercu. Pobiegł, więc do żony żeby przekazać jej swoje szczęście .... nie układało się im. -Skarbie, wstań. Jednorożec jest w naszym ogrodzie. Żona się przekręciła z boku na bok, chciała jeszcze spać. -Rybko....obudż się... Żona zaczęła się przbudzać. Spojrzała na niego jak na ostatniego idiotę i wrzasneła -Jednorożce nie istnieją ty tłuku. To jedna wielka bujda. Jest 5 nad ranem i jest niedziela. daj mi spać. Mąż zostawił żonę. Postanowił, że wróci do jednorożca. Wrócił i zawołał go. Zwierzę podeszło, a mężczyzna dał mu lilię. Stwierdził, że nie odpuści, że wróci do żony. -Myszko, jednorożec jest w ogrodzie. Właśnie nakarmiłem go płatkami lilii. Żona obudziła się na dobre. -Ty jesteś wariatem, a ja wyślę Cię tam gdzie trzeba. Mimo, że mężczuyzna dał za wygraną i wyszedł. W oczach kobiety płonęła żądza. Długo czekała.... Wzięła telefon, wykręciła numer. -Halo, szpital? Moj mąż zwariował. Prosze przyjechać. Mężczyzna zawuiedziony wyszedłi szukał jednorożca. Nie znalazł. Położył się wiec wśród połamanych róż i zasnął.Obudziły go krzyki... -To nie ja to on. To on zwariował. Nie ja. To on mowił że widział jednorożca. Mówił, że ma złoty róg. On nie ja.-krzyczała żona. Sytuacja wymknęła się jej spod kontroli... Mąż wrócił do domu. Zastał żonę trzymaną przez trzech lekarzy. -Dzień dobry. Jestem lekarzem. czy mówił pan żonie, że widział pan jednorożca? -Pan żartuje? Jednorożce nie istnieją, to jedna wielka bujda. Od tej pory mąż żył szczęsliwie, a jednorożec niejednokrotnie wpadał na różyczki ;) |
|
|
|
20.09.2008 - 15:39
Post
#67
|
|
|
Dusza Towarzystwa ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Grupa: Podróżnicy |
Cztery świece spokojnie płonęły...
Było tak cicho, że było słychać jak rozmawiają między sobą. Pierwsza powiedziała: "Ja jestem POKÓJ Niestety ludzie nie potrafią mnie chronić. Myślę, że nie pozostaje mi nic innego jak tylko zgasnąć" I płomień tej świecy zgasł... Druga powiedziała: "Ja jestem WIARA Niestety nie jestem nikomu potrzebna Ludzie nie chcą o mnie nic wiedzieć Nie ma sensu żebym dalej płonęła" Ledwie to powiedziała lekki powiew wiatru zgasił ją... Bardzo smutna trzecia świeca powiedziała: "Ja jestem MIŁOŚĆ Nie mam sił już dalej płonąć Ludziom nie zależy na mnie I nie chcą mnie rozumieć Nienawidzą tych, którzy ich Najbardziej kochają. I nie czekając długo i ta świeca zgasła... Nagle... Do pokoju weszło dziecko I zobaczyło trzy zgasłe świece. Przestraszone zawołało: "Co robicie?? Musicie płonąć!!! Boję się ciemności!!!" I zapłakało... Wzruszona czwarta świeca powiedziała: "Nie bój się i nie płacz! Dopóki ja płonę, zawsze Możemy zapalić tamte Trzy świece Ja jestem NADZIEJA!!!" Z błyszczącymi i pełnymi łez oczyma, Dziecko wzięło świecę i zapaliło Trzy pozostałe płomienie. p.s NIECH NIGDY W TWOIM SERCU NIE GAŚNIE NADZIEJA... |
|
|
|
20.09.2008 - 22:42
Post
#68
|
|
|
Dusza Towarzystwa ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Grupa: Podróżnicy Notatnik |
Jak słynny naukowiec nawrócił ateistę.
Historia dotyczy zaprzyjaźnionego z Newtonem uczonego, o którym wiadomo było, że jest ateistą. Człowiek ten przyszedł do domu sławnego naukowca w momencie, gdy ten kończył budowę skomplikowanego modelu Układu Słonecznego. Mężczyzna zobaczył maszynę i z zachwytem stwierdził: "Jakie to piękne...". Po chwili zaczął kręcić korbką, uruchamiając urządzenie i powodując, że "planety" zaczęły się poruszać. "Kto to stworzył?" - pyta znajomy - ateista. "Nikt" - odpowiada Newton i wraca do wcześniej wykonywanych czynności. "Chyba źle mnie usłyszałeś, kto zrobił tę maszynę?" - ponawia pytanie mężczyzna. Newton: "Już ci powiedziałem, nikt". Przyjaciel Newtona przestał kręcić korbką i lekko zdenerwowany zwrócił się do niego: "Słuchaj Issac, ta wspaniała maszyna musiała być przez kogoś zrobiona. Nie mów mi, że przez nikogo, bo nie uwierzę". Newton przestał pisać, wstał, spojrzał na przyjaciela i stwierdził: "Czyż to nie dziwne? Mówię ci, że nikt nie zrobił tej prostej zabawki, a ty mi nie wierzysz. A przecież przyglądając się właśnie Układowi Słonecznemu - tej skomplikowanej cudownej maszynie - równocześnie śmiesz mówić, że nikt jej nie stworzył. Ja w to nie uwierzę". Jak podają źródła, ateista nawrócił się. Człowiek ten wyszedł od Newtona przekonany, że to Bóg jest odpowiedzialny za stworzenie świata oraz praw nim rządzących. |
|
|
|
| SORROW |
13.04.2010 - 01:44
Post
#69
|
|
Guests |
Natura przypowiesci jest to aby szokowac, smucic, ale w ten sposob uczyc czlowieka wlasciwych zachowan i pokazywanie mu jak nie nalezy postepowac... Mozesz podac te przypowiesci, ja i tak popelnie kiedys samobojstwo pewnie wiec nie ma co czekac prawda? (troche nie dobry temat na joke'a) Dawno Cie nie było na forum , mam nadzieję , ze nie podążyles jeszcze za swoimi słowami bracie ... Przy okazji odświeżam temat , bo nie jest wart zapomnienia . Macie coś w zanadrzu ? |
|
|
|
13.04.2010 - 15:23
Post
#70
|
|
|
Przechodzień Grupa: Podróżnicy Notatnik |
Jak Bóg stworzył kobietę
Kiedy Bóg tworzył kobietę, pracował do późna szóstego dnia. Przechodził obok anioł i zapytał: "Dlaczego poświęcasz tyle czasu właśnie temu dziełu?" A Pan odpowiedział: "Czy zauważyłeś wszystkie szczegóły, jakie muszę uwzględnić, żeby ją ukształtować?" "Musi być zmywalna, choć nie zrobiona z plastyku, mieć więcej niż 200 ruchomych części, które mają być wymienialne i musi ona funkcjonować na wszelkiego rodzaju pożywieniu; musi być zdolna objąć kilkoro dzieci na raz przytulić tak, aby uzdrowić co jest do uzdrowienia- od stłuczonego kolana do złamanego serca, a to wszystko musi zrobić tylko dwiema rękami" ANIOŁ BYŁ POD WRAŻENIEM "Tylko dwiema rękami...niemożliwe! I to jest model standardowy?! To zbyt wiele pracy jak na jeden dzień... Jutro dokończysz." "Nie będę czekać do jutra" Powiedział Pan. "Jestem już tak bliski dokończenia tego dzieła. Stanie się najmilsze mojemu sercu." "Ona sama siebie leczy, kiedy zachoruje i potrafi pracować 18 godzin dziennie." Anioł podszedł bliżej i dotknął kobiety. "Ale uczyniłeś ją taką miękką, Panie" "Jest miękka" powiedział Pan "Lecz uczyniłem ją także silną. Nie wyobrażasz sobie nawet, co potrafi znieść i ile pokonać." "Czy ona potrafi myśleć?" zapytał anioł. Pan odpowiedział: Nie tylko potrafi myśleć, ale potrafi przekonywać i pertraktować." Anioł dotknął policzek kobiety... "Panie zdaje się, że to dzieło przecieka! Zbyt dużo nałożyłeś ciężarów." "Ona nie przecieka...To łza: poprawił Pan Anioła. "Łza? A co to takiego?" zapytał anioł. Pan odpowiedział: "Łzy są jej sposobem wyrażania smutku, wątpliwości, miłości, samotności, cierpienia i dumy." To zrobiło duże wrażenie na aniele. "Panie, jesteś geniuszem. Pomyślałeś o wszystkim. Kobieta jest naprawdę cudowna!" Rzeczywiście jest! Kobieta posiada siłę, która zadziwia mężczyznę. Potrafi ona radzić sobie z kłopotami i dźwigać ciężkie brzemię. Ma w sobie szczęście, miłość i przekonania. Uśmiecha się, gdy chce jej się krzyczeć. Śpiewa, gdy chce jej się płakać, płacze, gdy jest szczęśliwa i śmieje się, gdy się boi. Walczy o to, w co wierzy. Sprzeciwia się niesprawiedliwości. Nie akceptuje "nie" jako odpowiedzi, kiedy widzi lepsze rozwiązanie. Daje z siebie wszystko, żeby jej rodzinie dobrze się wiodło. Zabiera swoją przyjaciółkę do lekarza, kiedy się o nią martwi. Jej miłość jest bezwarunkowa. Płacze, kiedy jej dzieci odnoszą sukces. Jest szczęśliwa, kiedy wiedzie się jej przyjaciołom. Cieszy się, kiedy słyszy o narodzinach czy weselu. Boli ją serce,kiedy umiera ktoś z rodziny lub bliski przyjaciel. Ale znajduje siłę, by żyć dalej. Wie, że pocałunek i przytulanie mogą uzdrowić złamane serce. Ma tylko jedną wadę Zapomina ile jest warta!! Dla wszystkich kobiet.. Pozdrowienia |
|
|
|
![]() ![]() |
| Wersja Lo-Fi OOBE Porady Roberta Monroe Porady Brucea Moena Porady Darka Sugiera Kontakt Park |