Rozdział 2
Podróże na latającym dywanie
W życiu bywają takie chwile, kiedy stajemy przed trudnym wyborem. Takim czasem była dla mnie wiosna 1993 roku. Moja żona i ja zdecydowaliśmy się na separację, pozostając w przyjacielskich stosunkach. Odtąd niemal całe moje dochody przeznaczyłem na pomoc żonie i dzieciom. Niezadowolony z dotychczasowego przebiegu mojej kariery zawodowej, rzuciłem pracę i założyłem własną, jednoosobową firmę konsultingową. Wczesnym latem znów posłuchałem głosu mojej obsesji i pojechałem do Wirginii, aby tam badać świat Życia po Śmierci. Przez całe miesiące byłem emocjonalnym wrakiem, rozdartym między dziećmi, które mieszkały 2,5 tysiąca kilometrów od Wirginii, a moją pogonią za wiedzą. W takich chwilach, bez względu na to, jaki niosą ze sobą ból, człowiek wie, że to jest coś, co po prostu musi robić.
Przygotowując się do rozłąki z dziećmi i chcąc utrzymać więcej niż tylko kontakt telefoniczny, listowny czy wideo, postanowiłem wykorzystać moje wciąż rozwijające się umiejętności działania w świecie niefizycznym, aby w ten sposób wypróbować inny rodzaj kontaktu. Postanowiłem wyruszyć w swoistą podróż. Tym razem nie miała to być podróż poza granice świata fizycznego; zamiast tego zacząłem podróżować z dzieciakami wtedy, kiedy spały, a dzięki temu rozwijać nowe sposoby kontaktowania się. Udawałem się niefizycznie do ich pokoi i spotykałem się z nimi w ich snach. Zapraszałem je do wspólnej podróży czarodziejskim latającym dywanem. Może to zabrzmieć raczej dziwnie, ale wtedy było to po prostu jedno z kilku źródeł rozrywki i radości w moim życiu.
Kiedy spróbowałem zrobić to po raz pierwszy, nie byłem całkiem pewny od czego właściwie powinienem zacząć. Zamknąłem oczy i odprężyłem się. Wyobrażałem sobie przepiękny, wzorzysty dywan. Chwilę później przed oczami mego umysłu zmaterializował się i zawisł w powietrzu kolorowy dywan o wielkości 180x120cm. Z jego brzegów zwisały długie frędzle. Kiedy wyobraziłem go sobie całkowicie, wskoczyłem na niego. Siedząc pośrodku czarodziejskiego latającego dywanu, pomyślałem o mojej córce Shaeli i wyobraziłem ją sobie w jej pokoju. Dywan zaczął płynąć. Chwilę później przeniknąłem ścianę domu jej mamy, potem ścianę jej pokoju. Unosząc się kilkadziesiąt centymetrów od jej łóżka, wyraźnie widziałem moją śpiącą, dziewięcioletnią córkę. Kiedy zawołałem ją po imieniu, obudziła się niefizycznie, usiadła prosto na łóżku i spojrzała na mnie. Podekscytowana, wdrapała się na dywan i usiadła obok mnie, po czym polecieliśmy przez ściany do pokoju jej brata. Mój syn Daniel, wtedy czteroletni, również obudzi się niefizycznie, kiedy zawołałem go po imieniu. Z oczami szeroko otwartymi ze zdumienia, wspiął się na dywan i usiadł po mojej drugiej stronie. Potem wylecieliśmy przez zamknięte okno i skierowaliśmy się ku nocnemu niebu.
Podczas tej pierwszej podróży Shaela chciała polecieć do babci i dziadka. Była jednak trochę rozczarowana tym, że żadne z nich nas nie widziało. Daniel chciał polecieć do zoo, gdzie stwierdził, że prawie wszystkie zwierzęta śpią. Te, które nie spały, przyglądały nam się uważnie, gdy przelatywaliśmy obok nich.
Każdej nocy odbywaliśmy wspólne przejażdżki na latającym dywanie, a dzieciaki decydowały dokąd chcą lecieć. Zawsze przybywałem do ich pokojów, wylatywaliśmy przez okno, wznosiliśmy się nad pobliskie drzewa, a dzieci decydowały dokąd tym razem polecimy. Podczas jednej z tych podróży, Shaela chciała polecieć dookoła świata i do Chin, żeby zobaczyć czy w tej chwili naprawdę jest tam dzień. Był. Innej nocy Dan zaproponował, abyśmy dolecieli do Księżyca.
Podczas tych pierwszych podróży napotkałem pewien problem, i to niejednokrotnie. Właśnie gdzieś lecieliśmy, gdy usłyszałem "wezwanie" do odzyskania. Mówiłem wtedy Shaeli i Danowi, że zostawię ich na chwilę, ale zaraz wracam. Muszę przyznać, że czasami odzyskiwanie trwało tak długo, że dzieci wracały do domu samodzielnie. Nie lubiły, żeby zostawiać je same. Mimo wszystko, wciąż nie do końca wierzyłem w nasze wspólne podróże, aż któregoś dnia zapytała mnie o to moja żona. Nikomu nie mówiłem o tych nocnych lotach, nawet samym dzieciakom, zaskoczyło mnie więc to, co powiedziała żona.
- Słuchaj, co ty robisz z dzieciakami po nocach? - zapytała.
- Latamy razem na latającym dywanie od jakichś dwóch tygodni.
- Właśnie to powiedziała mi Shaela, i jeszcze, że od czasu do czasu zostawiasz je na jakiś czas.
- Tak, czasami muszę je zostawić, żeby odpowiedzieć na wezwanie, a dopiero potem lecimy dalej.
- Chyba byłoby lepiej, gdybyś przyprowadzał je do domu zanim je zostawisz. Shaela boi się, kiedy cię z nimi nie ma.
- Masz rację. W przyszłości przyprowadzę je do domu, jeśli będę musiał odpowiedzieć na wezwanie.
- A tak w ogóle, to w przyszłości - powiedziała twardo - zanim zaczniesz coś takiego wyczyniać, najpierw porozmawiaj ze mną, dobrze?
- Jasne - odparłem.
Wiem, że większość ludzi pomyśli sobie, że taka rozmowa może się zdarzyć jedynie pomiędzy dwojgiem zupełnych wariatów. Wiem też, że dla mojej żony musiało to być bardzo trudne. I ona, i cała jej rodzina, bardzo martwiła się moim zainteresowaniem "Światem Duchów", jak go nazywała. A to był kolejny punkt zapalny w naszych systemach przekonań. Po owej rozmowie zmieniłem zasady naszych podróży na latającym dywanie, aby Shaela i Daniel nie musieli już się więcej bać. Następnym razem nie zjawiłem się w pokoju mojej córki na dywanie. Kiedy mnie zauważyła, powiedziałem jej, że tym razem nauczę ją jak sama może sobie sprawić latający dywan. Obserwowała mnie uważnie, kiedy, stojąc przy jej łóżku, złączyłem dłonie zetknąwszy opuszki palców obu rąk. Potem powoli rozłączyłem je, z zamiarem stworzenia dywanu. Kiedy moje palce rozłączyły się, pojawił się przed nami zwinięty magiczny dywan. Rozwinąłem go, a on zawisł w powietrzu przed nami. Potem poprosiłem Shaelę, aby pomyślała o tym jak ma wyglądać jej własny dywan. Po kilku sekundach złączyła palce i po chwili znów je rozłączyła. Ku jej wielkiemu zdumieniu zmaterializował się jej własny dywan. Chwyciła jego koniec i jednym ruchem rozwinęła go. Kiedy już skończyła wymyślać jego wzory i dodawać frędzle wzdłuż brzegów, okazało się, że dywan jest prawdziwym arcydziełem. Potem usadowiliśmy się każde na swoim dywanie i polecieliśmy do pokoju jej brata.
Pokazałem Danowi jak ma zrobić swój własny dywan. Dan, wierny swej chłopięcej naturze, dodał mu dwa pedały, z których jeden służył do przyspieszania, a drugi do hamowania. Dodał mu też kierownicę twierdząc, że potrzebuje jej, aby móc nim kierować w powietrzu. Kiedy był już w pełni zadowolony, wskoczy na swój nowy pojazd i wszyscy wylecieliśmy przez okno.
Wiem, że to wszystko musi brzmieć co najmniej dziwnie, ale cóż mogę powiedzieć, tak po prostu było. Lataliśmy nad całym światem, ponownie odwiedziliśmy Chiny i zoo. Lecieliśmy obok siebie ponad czubkami drzew, oglądając sobie wszystko, co warte było obejrzenia. Ćwiczyliśmy rozdzielanie się, lataliśmy do różnych miejsc, a potem spotykaliśmy się w domu. Dzięki tym ćwiczeniom dzieciaki nabrały pewności i zaufania do siebie; wiedziały, że jeśli zajdzie taka konieczność, będą potrafiły samodzielnie wrócić do domu. Kiedyś wyraziły życzenie, aby towarzyszyła nam mama. Polecieliśmy do jej sypialni i zaprosiliśmy ją. Usiadła na dywanie za mną i przez ścianę wylecieliśmy z domu.
Kiedy Shaela i Dan nauczyli się jak radzić sobie z ich własnymi dywanami, skończyły się też ich skargi, kiedy opuszczałem ich, aby kogoś odzyskać. Trochę się nudzili, ale zazwyczaj oboje latali sobie tu i ówdzie w oczekiwaniu na mój powrót. Czasami lecieli za mną, żeby zobaczyć czym to też się zajmuję. Kiedyś nawet towarzyszyli mi w odzyskaniu, co opisałem w Podróżach w Nieznane. Unosząc się w powietrzu niedaleko mnie, obserwowali, jak usiłuję odzyskać małego chłopca, który zginął pod gąsienicami czołgu. Ułatwili mi przeniesienie go do Focusa 27, gdyż dopiero na ich zaproszenie wskoczył na dywan któregoś z nich. Dla wielu dzieciaków latanie na czarodziejskim dywanie musi być czystą fantazją. Do dziś dnia te nasze wspólne chwile pojawiają mi się przed oczyma, kiedy zasypiam. I lecimy po nocnym niebie, śmiejąc się głośno z radości.
Wczesną jesienią 1993 roku, w pogoni za moją obsesją badania ludzkiej egzystencji poza światem fizycznym, postanowiłem przenieść się do Wirginii. To była najtrudniejsza, najcięższa decyzja w moim życiu. Przez całą podróż płakałem gorzko przywołując w pamięci obraz moich dzieci machających mi na pożegnanie. |