oobe.pl
Start Porady Roberta
Monroe
Porady Brucea
Moena
Porady Darka
Sugiera
Park

 

<< Powrót do spisu porad Brucea
Moena

Rozdział 5
Trzęsienie ziemi w Indiach

Kiedy wielu ludzi nagle i jednocześnie umiera w wyniku jakiejś katastrofy na ogromną skalę, to czy jest coś, co my, żyjący, możemy zrobić, aby im pomóc? Kiedy tak wielu ludzi przechodzi do krainy Życia po Śmierci w tak krótkim czasie, co się z nimi dzieje?

Czytelnicy Podróży w Nieznane mogą pamiętać że pierwszy rozdział poświęcony był mojemu niefizycznemu doświadczeniu związanemu z zamachem bombowym w Oklahoma City w kwietniu 1995 roku. Wspomniałem wtedy o grupie Pomocników, których spotkałem wcześniej podczas trzęsienia ziemi w Indiach. Poniżej opisuję moje pierwsze spotkanie z owymi Pomocnikami.

Krótko po mojej przeprowadzce do Wirginii, zostałem członkiem grupy badającej Życie po Śmierci pod kierunkiem dr Rity Warren. Badania te należą do programu Instytutu Monroe'a mającego na celu opisanie obszarów krainy Życia po Śmierci, którą zamieszkują ludzie. Grupa spotykała się raz w miesiącu, w spotkaniach tych mógł uczestniczyć każdy, kto ukończył program Linia Życia, a mieszkał w pobliżu. Uczestniczyłem wcześniej w dwóch takich programach, tak więc kwalifikowałem się i od razu dołączyłem do grupy. Każdy członek grupy opanował już wcześniej umiejętności niezbędne do badania, nawiązania kontaktu w świecie niefizycznym, a wszyscy marzyli jedynie o możliwości pracy w takiej grupie.

Każdego miesiąca dr Warren przygotowywała na nasze spotkanie inny temat i szczegółowy kwestionariusz. Kwestionariusze te dostarczały materiału badawczego i były dokumentacją wyników badań oraz stanowiły bazę informacyjną. Najczęściej spotykaliśmy się w piątki, wczesnym popołudniem, a kończyliśmy spotkania dwie do czterech godzin później. Instytut umożliwiał nam korzystanie ze swoich pomieszczeń i taśm Hemi-Sync. Członek każdej grupy miał do dyspozycji jedno z takich samych pomieszczeń CHEC (Controlled Holistic Environmental Center - pomieszczenie kontrolowanego środowiska holistycznego), z których korzystaliśmy również podczas naszych sesji badawczych.

Typowa sesja badawcza polegała na tym, że najpierw grupa spotykała się na rozmowie prowadzonej przez dr Warren, a potem realizowaliśmy program znany wcześniej tym uczestnikom, którzy uczestniczyli w sześciodniowym kursie organizowanym przez Instytut: przechodziliśmy do pomieszczeń CHEC, a instruktor czuwający przy konsolecie włączał odpowiednią taśmę Hemi-Sync, której wysłuchiwaliśmy przez słuchawki założone na uszy. Wzorce dźwięków nagrane na tych taśmach ułatwiały nam stonowanie się z poziomami Focusów, które zamierzaliśmy badać. Po niewielkim treningu stosunkowo łatwo jest skupić uwagę na właściwym "miejscu" w Życiu po Śmierci.

Po każdej sesji badawczej grupa wypełniała kwestionariusze mające zebrać uzyskane informacje póki jeszcze tkwiły one świeżo w pamięci. W ten sposób doświadczenia wszystkich członków grupy były zapisywane w sposób systematyczny, a w przyszłości mogły stanowić punkt odniesienia do dalszych badań. Dzięki tej metodzie żadna informacja nie była "ściągnięta" przez innych członków grupy. Po wypełnieniu kwestionariuszy, uczestnicy doświadczenia znów spotykali się, aby porównać notatki. Czasami rozmowy takie prowadziły do lepszego dostosowania poleceń, które miały być wykorzystane podczas kolejnej sesji, jako że braliśmy pod uwagę to, co właśnie zostało odkryte. Ten porządek naszych rozmów, sesji z taśmami Hemi-Sync i dokumentacji stosowały wszystkie grupy badawcze, których byłem członkiem. Były to ekscytujące czasy; zawsze z niecierpliwością czekałem na nasze comiesięczne spotkania, aby móc dalej odkrywać świat niefizyczny, jako członek grupy o takich samych zainteresowaniach.

Jesienią 1993 roku, tydzień lub dwa przed spotkaniem grupy, w trzęsieniu ziemi w Indiach zginęło około 68 tysięcy ludzi. Jako temat naszego spotkania dr Warren wybrała pytanie "Czy grupa taka jak nasza może w jakikolwiek sposób być pomocna podczas kataklizmu na tak wielką skalę?".

Moje doświadczenia, zdobyte dzięki odzyskiwaniem, nauczyły mnie, że czasami zdarza się, iż ludzie jakby "utkną" gdzieś po śmierci. Często okoliczności ich śmierci lub ich przekonania, dotyczące życia po śmierci, ponoszą odpowiedzialność za owo "utknięcie". W czasie odzyskiwań, za każdym razem była to tylko jedna osoba, nauczyłem się, że najczęstszą przyczyną tego, że ktoś pozostanie w jednym miejscu, jest nieumiejętność dostrzeżenia tych, którzy już zamieszkują Życie po Śmierci i starają się danej osobie pomóc. Zmarli przyjaciele, krewni lub Pomocnicy-ochotnicy mają czasami trudności w nawiązaniu pierwszego kontaktu. Dzięki programowi Linia Życia nauczyłem się w jaki sposób zwrócić na siebie uwagę osoby, która "utknęła" i przekazać ją temu, kto miał ją zabrać dalej. O to właśnie chodzi w procesie odzyskiwania. Tak więc, znałem całą procedurę jeszcze zanim dołączyłem do grupy badawczej programu Linia Życia. Wysłuchawszy co dr Warren ma do powiedzenia o naszym najnowszym zadaniu, zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle możliwe jest odzyskanie setek tysięcy ludzi za jednym razem. Po sesji chwyciłem kwestionariusz i przeszedłem do mojego pomieszczenia CHEC. Tego piątkowego popołudnia było nas osiem czy dziesięć osób gotowych badać to, co zdawało się być interesującym i niezwykłym tematem.

Wszedłem do mojego pomieszczenia CHEC, poprawiłem poduszkę i nakryłem się lekkim kocem, który miał mnie ogrzewać przez następne czterdzieści pięć minut trwania sesji. Potem włączyłem światełko oznaczające, że jestem gotowy zacząć pierwszą sesję. Nałożyłem na uszy słuchawki, ułożyłem się wygodnie, rozluźniłem i czekałem na rozwój wydarzeń.

Podczas tej sesji korzystaliśmy z taśmy programu Linia Życia o nazwie "Swobodny Lot 27". Znajdowało się na niej zaledwie kilka słownych instrukcji, dlatego była to doskonała taśma do długiego, niespiesznego badania Życia po Śmierci. Jesienią 1993 roku wciąż jeszcze czułem potrzebę wspierania się nagranymi dźwiękami Hemi-Sync podczas odkrywania stanów świadomości, które osiągnąłem w czasie poprzednich programów Instytutu Monroe'a. Potem uświadomiłem sobie, że nasi nauczyciele mieli rację twierdząc, że kiedy już nauczymy się skupiać uwagę na Tam, nie będziemy więcej potrzebowali taśm. Potrzeba korzystania z taśmy była po prostu kolejnym aspektem moich wciąż istniejących wątpliwości, co do prawdziwości moich doświadczeń. Nieustanne badania sprawiły, że stopniowo potrzebę korzystania z taśm zastąpiło przekonanie, że potrafię to robić samodzielnie.

Słuchając dźwięków płynących z taśmy, wyraziłem zamiar dowiedzenia się, w jaki sposób mógłbym pomóc, jako członek grupy, usuwać następstwa trzęsienia ziemi w Indiach. Potem, zanim zamknąłem oczy, spoglądając w trójwymiarową czerń, czekałem. Wkrótce żeglowałem wraz z Rebeką w Focusie 25, czyli po Terytoriach Systemów Przekonań. Widziałem ogromną liczbę ludzi; wydawało się, jakby wiele ofiar trzęsienia ziemi znalazło się właśnie w tych specyficznych obszarach Focusa 25, które były odpowiednikiem ich przekonań dotyczących życia po śmierci. "Widziałem", w obrazach, które kolejno pojawiały się przed moimi oczami, w jaki sposób, dzięki wykorzystaniu pewnych postaci i symboli z ich systemów wiary, można zwrócić na siebie ich uwagę i pomóc przenieść ich do Focusa 27.

Zauważyłem również, że nagłe, nieoczekiwane i niewyjaśnione pojawienie się w Focusie 25 tak wielu ludzi wywarło pewien wpływ na tych, którzy już żyli na tym obszarze. Podczas poprzednich sesji nauczyłem się, że ludzi "zamkniętych" w Focusie 25 można uwolnić wtedy, kiedy poczują oni, że coś się nie zgadza w ich systemie przekonań. Choć nie rozumiałem szczegółów, domyśliłem się, że tak wielka liczba ludzi nagle i niespodziewanie zmaterializowana w ich umysłach, wywołała u nich pewne wątpliwości co do prawdziwości ich przekonań. W takich chwilach zwątpienia niektórzy automatycznie przechodzili do Focusa 27. Patrząc wstecz, podejrzewam, że byli tam Pomocnicy, których nie potrafiłem dostrzec, a którzy pomagali im przenieść się dalej.

Dotarłszy do Focusa 27, znów wyraziłem chęć pomocy. Przeniosłem się do Focusa 23 i zajrzałem ciekawie w trójwymiarową czerń rozciągającą się przed moimi niefizycznymi oczami. W czerni pojawiła się maleńka kropka jasnej, świetlistej zieleni, która natychmiast zwróciła moją uwagę. Poczułem, że szybko zbliżam się do owej zielonej kropki. Przeniknąłem przez nią i wynurzyłem się po drugiej stronie, płynąc jakieś osiemdziesiąt metrów nad ziemią. W pełnym, kolorowym, trójwymiarowym, żywym, holograficznym filmie, płynąłem z całkiem niezłą prędkością nad niewysokimi, pokrytymi bujną, soczystą zielenią wzgórzami. Był jasny, słoneczny i bezchmurny dzień. Na horyzoncie, nieco z prawej strony, ujrzałem w niewielkiej odległości od siebie dwie wąskie kolumny białego dymu wznoszącego się wysoko w niebo. Nie wiedząc czego się mogę spodziewać, skręciłem lekko i skierowałem się wprost ku owym prostym kolumnom białego dymu, ciekaw, skąd też mogą się one wydobywać.

Następną rzeczą, jaką pamiętam jest to, że stoję na brzegu czegoś, co wygląda jak obóz przejściowy. Było tam wiele dużych, szarych namiotów wzniesionych za pomocą zwykłych lin i śledzi, a ustawionych w rzędach na obszarze mniej więcej połowy miejskiej przecznicy. W czasach, kiedy byłem harcerzem, w takich namiotach mieściło się osiem osób. Zauważyłem, że wejścia do wszystkich namiotów były zamknięte, co sprawiało wrażenie, że są zamieszkane. Uliczki pomiędzy rzędami namiotów były podejrzanie puste, poza jedną wąską dróżką, prowadzącą przez środek obozu.

Byli tam ludzie idący w niewielkich grupach lub oddzielnie ku owemu środkowi obozowiska. Po mojej lewej stronie uformowało się nawet coś w rodzaju długiej kolejki idących gdzieś spoza horyzontu. Najwidoczniej były to ofiary wstrząsów, wyglądali na wyczerpanych i oszołomionych. Byli też inni, pracownicy obozu, którzy witali przybywających. Po obu stronach ścieżki ustawiono stoły, zza których pracownicy wręczali nowoprzybyłym koce, kubki, wodę i jedzenie. Odległość między stołami była tak mała, że ludzie musieli przeciskać się między nimi gęsiego. Każdy pracownik wręczający zapasy informował kolejną ofiarę wstrząsów, żeby podążała tuż za osobą, która znajdowała się z przodu.

Niedaleko pracowników rozdzielających jedzenie zauważyłem źródło białego dymu. Były to ogniska rozpalone w kilku miejscach obozu, na których przygotowywano pożywienie. Smugi dymu wznosiły się z nich wprost ku wysokiemu, bezchmurnemu niebu.

Spojrzałem w prawo i obserwowałem długą kolejkę ludzi podążających do obozu. Na jego skraju, daleko po mojej prawej stronie, ujrzałem ludzi wchodzących do czegoś, co wyglądało jak okrągła brama. Było ciemne, jak wejście do jaskini, która w jakiś sposób powstała tam, na płaskiej, otwartej przestrzeni. Wejście owo wiodło do tunelu, równie ciemnego, którego ściany były na pół przezroczyste. Spojrzawszy uważniej na owe ściany ujrzałem, że dalej również było widać ludzi, którzy trzymali się wskazówek pracowników obozu i rzeczywiście podążali za tym, kto znajdował się z przodu. Otumanieni i nie bardzo zdający sobie sprawę z tego, co się wokół nich dzieje, nieśli w rękach miski z jedzeniem, koce i kubki z wodą. Niektórzy, rozglądali się wokół i próbowali przeniknąć wzrokiem ściany tunelu, najwyraźniej ciekawi świateł i barw, które ujrzeli, lecz wciąż szli, posłusznie podążając śladem osoby z przodu. Nikt nie wydawał się świadom tego, że w niewielkiej odległości od wejścia tunel wznosił się do góry i dalej prowadził ku niebu. Wyglądało to jak wznosząca się długa, cienka, kręta tuba. Z mojego miejsca nie widziałem dokąd prowadził tunel, gdyż jego drugi koniec znajdował się zbyt daleko.

Wciąż się zastanawiałem dokąd prowadził ów tunel, gdy wyczułem, że obok mnie, z prawej strony, ktoś stoi. Uświadomiłem sobie, że od chwili, gdy znalazłem się w obozie on mówił do mnie, pokazywał mi różne rzeczy i wyjaśniał jak działały. Nie mogę powiedzieć, że słyszałem jego głos, raczej go czułem i choć podczas tych wypraw spotkałem go dwa razy (a potem wiele lat później w Oklahoma City), nigdy więcej go nie widziałem.

- Tą metodą transportujemy wielu ludzi stąd do miejsca, które nazywasz Focusem 27, Parkiem lub Centrum Przyjęć - poczułem jak mówi. Z drugiej strony tunelu jest więcej "Pomocników", jak ich nazywasz, którzy witają każdego, kto tam przybywa. Ci Pomocnicy nawiązują kontakt z każdym z tych ludzi i towarzyszą im w przejściu do życia w ich nowym otoczeniu. Niektórym trzeba wyjaśnić, że umarli podczas trzęsienia ziemi i że teraz znajdują się w bezpiecznym miejscu. Innym pozwala się, aby uświadomili to sobie sami, kiedy przyjdzie na to właściwa chwila. Niektórzy z tych Pomocników są przyjaciółmi, krewnymi lub ukochanymi nowoprzybyłych, inni to ochotnicy, którzy przybyli tu na pomoc z własnej woli.

Wciąż się rozglądałem, a on wyjaśnił mi, że dym unoszący się z ognisk był jednym ze sposobów, w jaki przyciąga się uwagę ludzi. Powiedział mi, że niektórzy z nich bez wątpienia już wcześniej widzieli takie obozowiska lub ich wizerunki, jeszcze za życia w świecie fizycznym, ten obóz został tak skonstruowany przez mieszkańców Życia po Śmierci, aby jak najbardziej przypominał swoje pierwowzory. Dzięki temu ludzie wiedzieli, czego mogą się tu spodziewać. A w ten sposób, wyjaśniał dalej, ludzie przeważnie zachowywali spokój i łatwiej było im pomóc. Wyjaśnił mi też dlaczego zastosowano właśnie takie ustawienie namiotów, bez ścieżek między nimi, z wyjątkiem oczywiście tej jednej, centralnej.

- Jest to nienatrętny, subtelny sposób kierowania ludzi do kolejki, w której muszą się ustawić, aby przejść do twojego Focusa 27. Kiedy zbliżają się oni do obozu, niewielka odległość pomiędzy namiotami stwarza im możliwość wygodnego dojścia jedynie do tego miejsca, gdzie chcemy, aby doszli. Tak więc, automatycznie idą tam, gdzie widzą innych i ustawiają się w kolejce. To skuteczny sposób organizowania i kierowania dużą liczbą ludzi, jakbyś ty to pewnie ujął.

Sądząc po czasowym układzie zdarzeń na taśmie Hemi-Sync, musiało minąć jakieś dwadzieścia minut od kiedy mój Przewodnik zaczaj mi objaśniać i pokazywać wszystko. Pod koniec naszej rozmowy usłyszałem polecenie nagrane na taśmę, nakazujące mi wrócić do pomieszczenia CHEC w Wirginii. Powiedziałem mojemu gospodarzowi, że muszę wracać i dołączyć do pozostałych członków grupy badawczej. Zapewniłem go, że za jakiś czas wrócę, aby dowiedzieć się jak mógłbym pomóc. Chyba zrozumiał to, co chciałem mu przekazać. Potem skupiłem się na dźwiękach płynących z taśmy i poszedłem za nimi do mojego własnego miejsca w świecie fizycznym.

Kiedy taśma się skończyła, pozostałem jeszcze przez chwilę w moim pomieszczeniu, aby przypomnieć sobie i zapamiętać wszystko, co się zdarzyło. Potem wyłączyłem światełko "gotów", aby zawiadomić osobę czuwającą przy pulpicie, że wróciłem i wyszedłem z pomieszczenia. W pokoju ogólnym wypełniłem kwestionariusz, a potem poszedłem do kuchni, zrobiłem sobie kawę i usiadłem, aby zaczekać na pozostałych członków grupy. Kiedy wreszcie wszyscy zjawili się w sali, zaczęliśmy sesję i wysłuchaliśmy swoich opowieści o tym, co się przydarzyło każdemu z nas.

Z początku wydawało się, że niemal wszyscy byli nie tam gdzie ja. Jakby każdy z nas wybrał się gdzieś indziej, nie jako członek grupy, lecz jako osoba indywidualna. Wychwyciłem pewne podobieństwa, kiedy niektórzy opowiadali o swoich doświadczeniach, o okolicy, jaką widzieli, czy ludziach, których zobaczyli. Kilku nawiązało nawet kontakt, i zdawało się, że część z nich była najwyraźniej ofiarami trzęsienia ziemi, a część Pomocnikami. Zacząłem sobie uświadamiać, że każdy z nas dotarł do innego punktu w obozie przejściowym. Nikt z nas jednakże nie wiedział, w jaki sposób połączyć nasze doświadczenia tak, aby tworzyły jeden obraz. Zdawało się, że każdy z nas widział jedynie jego fragment.

Poniższe opisy tego, co zdarzyło się podczas naszej pierwszej sesji pochodzą bezpośrednio z kopii kwestionariuszy. W lipcu 1995 dr Warren w swej uprzejmości udostępniła mi je jako informacje dodatkowe do pisanego przeze mnie artykułu.

Jeden z członków naszej grupy, BW, napotkał w Focusie 27 kilku Przewodników. Powiedzieli mu, żebyśmy "przesyłając Światło, działali jako grupa". Wyjaśnili, że ogromnie wielu ludzi "utknęło w ciemności strachu, frustracji i beznadziei". Wysłanie "energii Światła, może im pomóc iść dalej".

Inna uczestniczka naszej wyprawy, ND, opisała jak, wyraziwszy zamiar pomocy, "natychmiast zaczęłam widzieć wielu ludzi. Z początku trochę się bałam (że mogę ich zawieść), ale niemal zaraz po mojej lewej stronie otworzył się tunel. Położono coś w rodzaju tratwy". Ludzie, ofiary trzęsienia ziemi, "zaczęli wchodzić na ową tratwę. Potem ND opisywała jak ludzie, będący już po drugiej stronie tunelu "wyciągali ręce, aby pomóc im przejść przez wejście tunelu. Masy ludzi poruszały się płynnie i spokojnie".

Rebeka opisała jak stała za mną w Focusie 23 obserwując jak "znany hinduski przywódca mówił Bruce'owi o tym, czego potrzebuje jego lud. Zdawało się, że ludzie znajdują się w jakichś szopach, starając się pomóc sobie wzajemnie. Bruce i ja skontaktowaliśmy się z tymi w Focusie 27, aby otrzymać instrukcje. Dla tych, którzy znajdowali się w 'obozie' wszystko było przygotowane, mogli w każdej chwili otrzymać jedzenie, a my mogliśmy bez przeszkód szybować ponad tłumem i wołać ludzi, żeby podążali za nami. Wielu z nich przeszło do Focusa 25, co wywołało tam pewne zamieszanie, tak że wielu z Focusa 25 nagle i niespodziewanie dla siebie samych również znalazło się w Focusie 27".

Dwoje innych członków grupy opisało jak ujrzeli w powietrzu coś w rodzaju tuby. Inny otrzymał wiadomość, że nasza grupa powinna próbować uświadamiać ludziom na Ziemi co to znaczy umierać i co to jest śmierć. Byłoby to wielką pomocą, gdyż wtedy mniej ludzi utknęłoby w Focusie 23.

Z ciekawością ponownie przeczytałem kwestionariusz, który wypełniłem wtedy. Coś poruszyło się w mej pamięci i po dwóch latach od całego wydarzenia dodałem jeszcze jeden szczegół, o którym zapomniałem wtedy. W odpowiedzi na pytanie "Jakie informacje otrzymałeś?", napisałem: "Utworzone z namiotów 'miasto przejściowe' jako sposób gromadzenia wielu ludzi w jednym miejscu, wykorzystanie wierzeń religijnych, działanie jako 'postać unosząca się' ponad tłumami".

Możliwe były więc odzyskania do Focusa 25.

W takich przypadkach tworzono "namiotowe miasta", których zadaniem było zapewnienie schronienia i żywności nowoprzybyłym. Były również metodą gromadzenia ich w jednym miejscu. Oszołomieni i zagubieni w nowym otoczeniu, to właśnie spodziewali się zobaczyć. Punktem wyjścia do dalszych działań było sprowadzenie ich do niefizycznych wersji tych namiotowych miast.

Focus 25 pełnił funkcję bufora. Można sprawić, aby wielu ludzi NIE utknęło w Focusie 25 przybierając wygląd postaci, które oni uznają za Duchy. Unoszenie się lub latanie ponad tłumami, nawoływanie ich do podążania za nami może wielu skłonić do tego, czego sobie życzymy".

W odpowiedzi na pytanie dotyczące "innych elementów doświadczenia" napisałem: "Znalazłem Rebekę i pozostawałem w kontakcie z nią przez większą część trwania taśmy".

BW opowiedziała, że przewodnik, którego poznała w Focusie 27 "zabrał ją na wycieczkę po wielkich obszarach pokrytych kamieniami". Wielu ludzi zostało pogrzebanych żywcem i "utknęli w strachu, dezorientacji i braku energii". Opowiadała dalej, że wraz z Przewodnikiem "wysłała energię światła" w kierunku stert kamieni, gdyż Przewodnik wyjaśnił jej, że dzięki temu "utworzy się 'duchowa ścieżka' dla tych, którzy zostali pogrzebani żywcem".

Inny członek grupy, RW, "ujrzała poruszające się rzeki ludzi, i w Focusie 23, i w Focusie 25. Ujrzała to kierując złote światło na rzeki ludzi".

Kiedy opowiadaliśmy sobie o naszych doświadczeniach, pojawił się przed nami obraz naszej grupy pracującej po trzęsieniu ziemi w Indiach. Ujrzeliśmy, w jaki sposób doświadczenia każdego z nas zaczęły układać się w całość. Każdy z nas przebywał w innym miejscu tego samego zdarzenia. Niektórzy znajdowali się w różnych miejscach na terenie obozu, w którym byłem i ja. Inni trafili na otwarty obszar, gdzie przebywały ofiary wstrząsów. Jeszcze inni byli w powietrzu pomagając Pomocnikom w tunelu prowadzącym do Centrum Przyjęć w Focusie 27. Niektórzy członkowie naszej grupy byli świadomi obecności innych obok siebie, którzy również zajmowali się pomocą. Uświadomiwszy sobie, że możemy zebrać się razem, postanowiliśmy, że podczas naszej następnej wyprawy spróbujemy spotkać się i założyć nasz własny punkt odzyskiwań.

Po zakończeniu spotkania, zaczęliśmy przygotowywać się do następnego etapu naszych badań. Podczas drugiej sesji mieliśmy spróbować ponownie nawiązać kontakt z kimś, kogo spotkaliśmy w czasie naszej pierwszej wizyty i zapytać jak moglibyśmy pomóc. Dr Warren jeszcze raz upewniła się, że wszyscy zrozumieliśmy co mamy robić, po czym każdy z nas wziął kolejny kwestionariusz i rozeszliśmy się do swoich pomieszczeń CHEC.

Założyłem na uszy słuchawki, włączyłem światełko "gotów", odprężyłem się i czekałem na rozwój wydarzeń. Bardzo chciałem ponownie znaleźć się na miejscu trzęsienia ziemi i spotkać tego samego człowieka, którego- spotkałem tam wcześniej. Kiedy na taśmie pojawiły się dźwięki, skupiłem się na obrazie obozu i czekałem. Minęło kilka sekund i znów byłem między namiotami. Czułem, że obok mnie stoi ten sam człowiek, lecz nie widziałem go. Zacząłem konwersację od pytania czy rzeczywiście tam jest.

- Tak, jestem tu - poczułem, jak powiedział.

- Wróciłem, żeby spotkać się z tobą.

- Tak, wiedziałem, że wrócisz, więc czekałem na ciebie.

- Tym razem chciałem cię zapytać czy mógłbym towarzyszyć tobie i twojemu zespołowi Pomocników? Chciałbym pomóc, jeśli tylko istnieje taka możliwość - pomyślałem w jego kierunku.

- Owszem, tak - odparł. - Możemy wykorzystać cię jako przynętę.

- Przynętę? - zapytałem trochę zdziwiony takim doborem terminów.

- Tak. Widzisz, częścią naszego problemu jest przyciąganie do obozu tych, którzy błąkają się z dala od niego. Musimy polegać na dymie z naszych ognisk, a niektórzy z nas latają po całym obszarze i starają się zwrócić na siebie uwagę tych ludzi. Ty wciąż żyjesz i masz fizyczne ciało, więc będzie im znacznie łatwiej zobaczyć i usłyszeć cię. Chcielibyśmy, abyś poleciał tam, gdzie nie widać naszego dymu, nisko nad ziemią. Jeśli tylko zdołasz zwrócić na siebie czyjąś uwagę i skierować go do obozu, to będzie to dla nas wielką pomocą.

- W porządku, jeśli bycie "przynętą", jak to nazywasz, będzie wam pomocne, to z chęcią spróbuję.

- Tych dwoje będzie ci towarzyszyło i pomoże ci zwrócić na siebie ich uwagę.

W tym momencie pojawiły się przy nas dwa najjaśniejsze, skrzące się i promienne światła, jakie tylko można sobie wyobrazić. Emanowało z nich poczucie spokoju, miłości i akceptacji. Minęło dobrych kilka sekund zanim uświadomiłem sobie, że są to ludzie w postaci, której jeszcze nie znałem. Każdy z nich przewyższał mnie wzrostem co najmniej dwa razy, a ich talie musiały być czterokrotnie szersze od mojej. Byli wysocy, smukli, a ich kształt łagodnie zwężał się od metra dwudziestu w talii do około czterdziestu centymetrów u głowy i stóp. A ich Światło! Oślepiające! Jaśnieli tak bardzo, że nie mogłem na ich światło patrzeć wprost. Miałem wrażenie, że jest to cecha, którą posiada wielu ludzi; obawa o to, że uszkodzi się oczy, jeśli będzie się wpatrywało bezpośrednio w bardzo jasne światło. W tym przypadku była to całkowicie nieuzasadniona obawa, muszę tu stwierdzić, jako że przecież nie patrzyłem na nich moimi fizycznymi oczyma!

To przywodzi mi na myśl coś, co chciałbym omówić bardziej szczegółowo. Unikanie wpatrywania się w bardzo jasne światła jest czymś, co nazywam ludzką siłą przyzwyczajenia. My, fizycznie żywi ludzie, mamy wiele tego typu nawyków, które sprawiały, że częściowo z tego powodu mogłem służyć jako przynęta. Bez głębszych refleksji przyjmujemy, że wpływa na nas grawitacja, twardość materii i prywatność naszych myśli. W wyniku tego, zazwyczaj, działamy na spokój fizycznie ludzki, nawet wtedy, gdy znajdujemy się w otoczeniu niefizycznym. Mamy tendencje do projektowania tych ludzkich nawyków na środowisko niefizyczne, a to w jakiś sposób ułatwia niedawno zmarłym usłyszeć nas i zobaczyć. Najwyraźniej wychwytują oni nasze podświadome projekcje, które sprawiają, że jesteśmy dla nich czymś lepiej znanym niż Pomocnicy, którzy istnieją tylko w świecie niefizycznym. Tak więc, fakt, że wciąż przebywałem w ciele fizycznym oznaczał, że najlepiej mogę pomóc jako przynęta właśnie.

Dwaj jaśniejący ludzie ustawili się po obu moich bokach w ten sposób, że nasze "talie" znajdowały się na jednym poziomie, natomiast ich głowy wystawały ponad moją głowę na jakiś metr. Podobnie było ze stopami. Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że sprawialiśmy wrażenie olbrzymiego motyla. Stojąc pośrodku, wyglądałem jak kadłub motyla, a dwaj jaśniejący ludzie po obu moich bokach niczym skrzydła. Mogliśmy też pewnie przypominać anioła, czyli postać mającą ludzkie ciało i jasną aureolę dwóch skrzydeł. Bez wątpienia nasz widok musiał przypominać pewne Istoty należące do religijnych przekonań wielu ofiar kataklizmu.

Wkrótce potem cała nasza trójka wzniosła się ponad ziemię, szybko oddaliliśmy się od obozu i poszybowaliśmy ku horyzontowi.

Z początku pilnie przeszukiwałem całą przestrzeń pod nami. Kiedy obóz zniknął nam z oczu, zauważyłem przed nami pierwszych ludzi. Szli. Gdy zbliżyliśmy się do nich, podnieśli głowy, a ja stwierdziłem, że to dwie jasne Istoty zwróciły ich uwagę, nie ja. A więc i oni byli przynętą. Jaki niesamowity widok musieliśmy stanowić dla owych ludzi pod nami! Dwa jaśniejące na niebie światła, zaćmiewające swym blaskiem samo Słońce, umieszczone po obu stronach człowieka machającego rękami i nogami, wrzeszczącego do nich i wskazującego na horyzont.

- Tam jest obóz przesiedleńczy, dostaniecie jedzenie, wodę i koce! Szukajcie na niebie dymu z ognisk i idźcie w jego stronę!

Jestem pewien, że dwaj świetlni ludzie musieli mieć niezły ubaw na widok mojej amatorskiej pantomimy. Nie wydaje mi się, aby w jakimkolwiek momencie naszej podróży choć raz odezwali się do mnie. Znacznie później przypomniało mi się, że jednak tak się stało, lecz wtedy nie byłem tego świadom. Spotkawszy kilku pierwszych ludzi podążających w stronę obozu, wyczułem niewypowiedziany jednak na głos wpływ dwóch jasnych ludzi i stonowałem nieco swoje zachowanie. Żadnego więcej darcia się, machania rękami i pokazywania palcem. Uzgodniliśmy coś w rodzaju wzoru zachowania się, to znaczy, zniżaliśmy lot na jakieś siedemdziesiąt metrów nad ziemią i utrzymywaliśmy tę wysokość póki ludzie na dole nie spostrzegli jasnych świateł. Wtedy zbliżaliśmy się do nich wolno, niemal majestatycznie i zniżaliśmy lot jeszcze bardziej. Unosząc się tuż nad powierzchnią Ziemi, uśmiechając się, rozmawiałem z nimi w nieco bardziej konwersacyjnym tonie. Mówiłem o obozie przejściowym, słupach dymu, wodzie, jedzeniu i kocach. Potem, wyciągając powoli rękę, wskazywałem im kierunek, w którym znajdował się obóz. Starałem się wyglądać jak anioł. Wyciągnąłem z zakamarków pamięci każdy skrawek wiedzy dotyczącej aniołów, jaki zdobyłem w czasach, kiedy chodziłem do szkółki niedzielnej, aby dzięki temu moje przedstawienie było bardziej przekonujące.

Po jakimś czasie zorientowałem się, że wcale nie muszę sam wyszukiwać ludzi na dole. Dwie jasne Istoty robiły to za mnie. Ci faceci naprawdę wiedzieli, jak działać. A ja miałem tylko odgrywać swoją rolę, uśmiechać się, witać nowych ludzi i wskazywać im drogę do obozu. Jaśni ludzie zajmowali się wszystkim innym. Znaleźliśmy razem około 15-20 osób, kiedy nagle moja rola jako przynęty została niespodziewanie przerwana. Zachód słońca, wiejska okolica z dwoma unoszącymi się w powietrzu jaśniejącymi światłami po moich obu bokach powoli znikła w czerni. Wtedy podziękowałem dwóm jasnym Istotom za pomoc, jakiej udzielili mi w nauce bycia przynętą.

Potem stwierdziłem, że stoję na ziemi i widzę uśmiechniętą twarz Rebeki. Nie patrzyła bezpośrednio na mnie, lecz uśmiech krył się raczej w jej spojrzeniu skierowanym ku mnie. Kiedy przyjrzałem jej się dokładniej, poczułem jak emanuje swą Miłością, napełniając nią całą przestrzeń wokół siebie. Miłość, jaką Rebeka emanowała, przyjęła kształt jasnego promienia światła, rozchodzącego się na rozległą okolicę, oświetlającego ją całą. Centralna wiązka owego promienia była nieco bardziej skoncentrowana, jaśniejsza i bardziej intensywna niż reszta. Przypominała nieco światło latarni morskiej wysyłającej swój jasny blask w głęboką czerń mgły, otulającej całą okolicę. Owa czarna mgła była dla mnie sporym zaskoczeniem, jako że nigdy wcześniej jej nie widziałem. Zdawało się, że tworzy coś w rodzaju krawędzi pomiędzy obszarem, który mogliśmy objąć wzrokiem, a ciemnością leżącą dalej. Miłość/Światło Rebeki stworzyło pole mające swą własną siłę przyciągania każdego, kto znalazł się w jego granicach. Rebeka stała prosto, z rękami opuszczonymi w dół i rozchylonymi nieco na boki, a jej pełen miłości uśmiech niósł w sobie zaproszenie dla wszystkich.

Za nią zauważyłem coś, co opisałbym jako bramę wyglądającą jak ta, którą widziałem w obozie przejściowym. Zbliżyłem się nieco do Rebeki, przystanąłem po jej lewej stronie mając zamiar dołączyć swoją energią do tej, którą wysyłała ona sama. Zwróciłem wtedy uwagę na to, że intensywność promienia zwiększyła się nawet już nie dwukrotnie, lecz raczej sześciokrotnie w stosunku do jego poprzedniej jasności. Obszar otoczony ciemną, czarną mgłą odsunął się od nas, teraz rozświetlonych połączoną energią. Szerokość promienia zwiększyła się, penetrując większy obszar ciemnej mgły.

Kiedy tam staliśmy zauważyłem, że pozostali członkowie grupy, jeden za drugim, dołączają do nas, użyczając nam swej energii, dodając jej promieniowi mocy i zasięgu. W momencie gdy przyłączała się nowa osoba, promień zdawał się być mocniejszy, wspanialszy, rozjaśniał coraz większy obszar, a kiedy dołączył do nas ostatni członek naszej grupy, promień sięgnął samego horyzontu. Każdy dołączał do nas na różnych poziomach, jedni ustawili się za mną, inni unosili się nade mną, a jeszcze inni pode mną. Wszyscy byliśmy jednak połączeni, jakby niewidzialną nicią. Zdawało się, że nasze indywidualne granice rozpłynęły się, a my stanowimy całość, wysyłając Światło Miłości w ciemność Focusa 23. Rozglądając się po okolicy zauważyłem, że ofiary trzęsienia ziemi odwracają się ku promieniowi, który wysyłaliśmy. Wiedziałem, że przyciąga je nasz promień i widziałem, jak idą ku nam. Zbliżali się coraz bardziej, żeby w końcu dotrzeć do wejścia, które dla nich przygotowaliśmy.

Spoglądając w jego czeluść, chciałem dojrzeć dokąd też prowadzi. Zmieniało się w coś w rodzaju rury, która wznosiła się ponad grunt i kierowała wprost ku niebu. Wyglądało dokładnie jak to, które dostrzegłem w obozie. Wyraźnie widziałem dwóch członków naszej grupy, którzy wcześniej badali ten tunel. Byli za mną, wysoko nad ziemią, i zdawało mi się, że zajmowali się tworzeniem i podtrzymywaniem naszego tunelu do Focusa 27. Przez ściany tunelu wyraźnie widziałem ludzi, którzy do niego wchodzili. Szli z łatwością, bez obawy, niektórzy z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami, podziwiając widok, który się przed nimi roztaczał. Nasza grupa wciąż utrzymywała moc promienia, otwierającego tunel do centrum Przyjęć, póki dźwięk na taśmie nie dał nam znać, że czas wracać. Wtedy rozdzieliliśmy się, przywróciliśmy nasze jednostkowe granice i oddzielnie wróciliśmy do Wirginii. Nie wiem co się stało z wejściem, które stworzyliśmy. Odszedłem stamtąd z poczuciem, że dokonaliśmy czegoś ważnego i z wdzięcznością za to, że zdobyłem nową umiejętność.

Podczas sesji wszyscy oprócz jednej osoby mieli jakieś wspomnienia dotyczące wspólnej działalności grupy. Kiedy tak rozmawialiśmy, stwierdziłem, że przyglądam się uważnie wszystkim po kolei. Niektórych widziałem po raz pierwszy tego dnia i wcześniej nie wiedziałem jak wyglądają. Porównywałem jak wyglądają teraz z tym, jak wyglądali wtedy, kiedy tworzyliśmy tunel prowadzący do stacji odzyskań w Indiach. Doszedłem do wniosku, że podobieństwa nie polegały w zasadzie na tym jak wyglądali, lecz na tym jak się z nimi czułem. Tego dnia czułem się znacznie bliższy tym ludziom i byłem wdzięczny im za ich udział w naszych badaniach.

Patrząc wstecz na pierwotny cel badań, muszę stwierdzić, że ich wyniki są fascynujące. Przed sesją spotkałem Pomocników, którzy towarzyszyli mi w odzyskiwaniu pojedynczych ludzi. W tym doświadczeniu nauczyliśmy się jednak, że istnieją zespoły Pomocników, którzy pracują razem podczas wielkich katastrof. Pomocnicy ci pracowali według pewnego scenariusza, bazującego na informacjach o ludziach, których spodziewali się odzyskać. W tym przypadku wykorzystano namiotowy obóz przejściowy, ponieważ najlepiej pasował on do tego, co ofiary trzęsienia ziemi spodziewały się ujrzeć. Była to dobrze zaplanowana i dobrze przeprowadzona operacja. Ich metoda miała zminimalizować szok, jakiego mogli doświadczyć ludzie, dowiedziawszy się, że nie żyją. To im nie przyszło do głowy aż do chwili, kiedy zostali przetransportowani do Centrum Przyjęć w Focusie 27. Większości ludzi przybywających Tam pozwalano uświadomić sobie, że umarli, w najwłaściwszej dla nich chwili i tempie. Wszystkim pozwalano stopniowo przechodzić z miejsca trzęsienia ziemi do punktu, w którym powitali ich przyjaciele, krewni lub Pomocnicy. Wciąż zdumiewa mnie łagodny, acz skuteczny sposób, w jaki ten zespół radzi sobie w podobnych sytuacjach. Wykorzystanie dymu z ognisk przyciągającego ludzi do obozu było przecież tak proste i naturalne. Wykorzystano tu fakt, że ofiary trzęsienia ziemi potrzebowały jedzenia, wody i schronienia, co ułatwiało im nawiązanie kontaktu z tymi, którzy już na nich czekali. Z tego, czego nauczyłem się podczas moich poprzednich wypraw, związanych z odzyskiwaniami jednostek, mogę stwierdzić, że jest to nader ważna kwestia. Bez tego typu kontaktu nawiązanego krótko po śmierci niektórzy zostają w Focusie 23, w swoim własnym, wymyślonym świecie. A jeśli już "utkną", trudno jest ich stamtąd wyprowadzić, przebudzić ich z tego snu, w którym sami są aktorami. Metoda użyta przez zespół Pomocników polegała na odegraniu ról we śnie, w którym ofiary trzęsienia ziemi już się znajdowały. Pracowali oni razem, aby jak najlepiej dopasować się do owego snu o następstwach pustoszącego wszystko trzęsienia ziemi w taki sposób, aby mogli go przyjąć nowo zmarli. Ofiary kataklizmu nie miały przecież powodu wątpić w rzeczywistość obozu przejściowego ani w ludzi rozdzielających zapasy i pocieszających ich. Wciąż mnie to zdumiewa.

Te miłe akcenty, na przykład olbrzym, jasne anioły unoszące się w powietrzu i witające ich, były wspaniałe. Owe anioły pasowały do przekonań religijnych ludzi, których spotkałem, kiedy służyłem za przynętę. Widziałem, jak niektórzy z nich odchodzili od miejsca, w którym się znajdowaliśmy, owi dwaj jaśni ludzie i ja. Unosząc się tuż nad ziemią, słyszałem jak rozmawiali o nas. Oglądali się za nami, nie dowierzając własnym oczom, rozmawiając między sobą w podnieceniu i pytali: "Ty też to widziałeś?". Byli zupełnie nieświadomi faktu, że nie żyją. Chcieli bardzo opowiedzieć innym w obozie o tym, że drogę wskazały im Istoty Duchowe. Zespół, który spotkaliśmy, naprawdę pomyślał o wszystkim! Wiem, że tego typu grupy pokazują się wszędzie tam, gdzie trzeba pomóc wielkiej liczbie ludzi w przejściu na "drugą stronę".

Biorąc udział w badaniach dr Warren nauczyłem się, że ludzie wciąż żyjący w ciałach fizycznych, mogą pomagać ogromnej liczbie ofiar kataklizmów w krótkim czasie. Nauczyliśmy się jak być przynętą, jak wysyłać Miłość i Światło i jak tworzyć drogi do Centrum Przyjęć. Nauczyliśmy się co to znaczy pracować niefizycznie jako zespół, łącząc się w jedną Istotę. Ilekroć czytam w gazecie lub widzę w telewizji reportaż o jakiejś wielkiej katastrofie, przypominam sobie doświadczenie z grupą badawczą dr Rity Warren z października 1993.

Podczas tych wydarzeń ani mi przez myśl nie przeszło, że jeszcze raz spotkam Pomocników z indyjskiego obozu przejściowego. Jestem ogromnie wdzięczny za to, że dane mi było ich wtedy poznać i nauczyć się trochę o tym jak można pomagać podczas wielkich katastrof. Zwłaszcza że potem, 19 kwietnia 1995, miał miejsce zamach bombowy w Oklahoma City. Wydarzenia indyjskie były stosunkowo spokojne w porównaniu z Oklahoma City, gdzie bomba terrorystów zabiła 168 osób, z czego wielu w jednej sekundzie. Energia emocjonalna na miejscu wybuchu bomby była tak potężna, że potrzebowałem wtedy każdej możliwej pomocy.

Chciałbym tu wyrazić moją miłość i wdzięczność dr Ricie Warren za tę możliwość uczenia się.