Rozdział 11
Trudno pozbyć się starych przyzwyczajeń
Wiele lat przed moim przeniesieniem się do Wirginii, pastor mojego kościoła złapał mnie którejś niedzieli po mszy, kiedy odbierałem ze szkółki niedzielnej moją córkę. Już od jakiegoś czasu nie chodziłem do kościoła, gdyż moje przekonania za bardzo kłóciły się z treścią niektórych kazań pastora. Po prostu nie czułem już, że tam należę. Tak więc, tego dnia złapał mnie w kościele, kiedy przyszedłem odebrać córkę. Pastor zagaił rozmowę słowami, które już wcześniej słyszałem.
- O, dzień dobry, Bruce. Nie widywałem cię tu ostatnio.
- Cóż, ojcze, przychodziłbym częściej, ale nie byłoby to uczciwe.
- Jak to? - zapytał z uśmiechem.
- Przychodziłbym częściej, gdybyśmy mogli porozmawiać o moim przeszłym życiu - odparłem.
- No cóż, wszyscy mamy w swojej przeszłości coś, z czego nie jesteśmy dumni, to część bycia człowiekiem - powiedział wciąż z uśmiechem na twarzy.
- Nie, mam na myśli moje życie w połowie osiemnastego wieku, w południowo-zachodniej Francji. Byłem wtedy chłopem.
- Rozumiem - odrzekł, a uśmiech zmienił się w zamyślenie. - Może przyszedłbyś na nasze studium biblijne w sobotę rano?
Doceniłem fakt, że nie zdyskredytował mnie natychmiast i nie odszedł, żeby poświęcić swój czas lepszym luteranom.
- Kiedy zaczyna się to spotkanie?
- Około 8.30 rano. Przyjdź w którąkolwiek sobotę - znów się uśmiechnął.
Wtedy po raz pierwszy w życiu spotkałem kogoś, kto należał do religii, w której się wychowałem, a kto był dość otwarty, żeby od razu nie skakać z radości widząc, że może pomóc nawrócić się komuś, kto zbłądził. Następnego sobotniego ranka zaczął się okres trwający wiele lat, kiedy miałem szczęście spotykać się raz w tygodniu z grupą wspaniałych ludzi. Wszyscy pragnęli lepiej zrozumieć Biblię i co mówiła o tym, jak należy żyć. Dowiedziałem się więcej o tym, co oznaczają dla mnie słowa Biblii, i to w każdej chwili mego życia. Nikt tam nie miał zamiaru nikogo nawracać. Była to mała, zwarta grupa przyjaciół, którzy zrozumieli, że niekoniecznie dzielę wszystkie ich luterańskie poglądy. Kiedy czułem, że znajduję się na pozycji obronnej, co w zasadzie nie zdarzało się często, zawsze wykorzystywałem jedną linię obrony.
- Wiecie - mówiłem - człowiek, na którego poglądach bazuje ten kościół, Marcin Luter, był katolickim księdzem, który nie potrafił przełknąć wszystkich wierzeń, jakimi karmił go jego kościół. Więc wyruszył we własną podróż, żeby znaleźć własną prawdę. Z luteranizmem nie zgadzam się tylko w tym, że zachęca ludzi do wyznawania wierzeń Marcina Lutera, zamiast zachęcać ich do tego, co sam zrobił.
Na szczęście nasze małe nieporozumienia zawsze kończyły się śmiechem. Te dyskusje były żywe, zabawne i ciekawe. Wielu członków naszego kościoła identyfikowało się z innymi wyznaniami chrześcijańskimi. Nie wszyscy zgadzali się z przekonaniami, które w tym czasie wyznawałem, ale słuchali mnie, kiedy o nich opowiadałem. Cóż za dar otrzymałem od owego pastora i jego grupy! Spotykałem się z nimi póki nie przeniosłem się do Wirginii. W ciągu kilku miesięcy od powrotu do Kolorado znów byłem stałym bywalcem porannych, sobotnich spotkań. Niestety, obecnie mieszkam tak daleko, że trudno by mi było znaleźć czas, aby tam pojechać.
Podczas jednego z naszych spotkań, w marcu 1994 roku, mówiliśmy o tym, jakie są nasze wyobrażenia dotyczące tego, co nastąpi po tym życiu na Ziemi. Kiedy nadeszła moja kolej, opowiedziałem o doświadczeniach zdobytych w czasie moich wypraw do Życia po Śmierci i o niektórych rzeczach, jakie Tam odkryłem. Kiedy spotkanie dobiegło końca, podeszła do mnie Maria. Rok wcześniej zmarła jej babka, Maria chciała więc poprosić mnie o sprawdzenie co się z nią dzieje. Nieco zdziwiony tym, że w ogóle o coś takiego mnie poprosiła, odparłem, że zrobię to bardzo chętnie. Wyjaśniłem jej, że muszę tylko znać imię jej babki, które Maria zapisała na kawałku kartki: Gwendilyn Eudora Winterlax.
Ta strona odzyskiwań wciąż mnie fascynuje. Zawsze jest skuteczna, ale wciąż mnie zdumiewa fakt, że tylko imię służy jako nieomylny adres w Życiu po Śmierci. Imię babki Marli z pewnością nie było codzienne; niektórzy mogliby je nawet nazwać niezwykłym. Jednakże to, czy imię jest codzienne czy nie, nie ma żadnego znaczenia. Wiem, że gdybym szukał tego a nie innego Johna Jonesa, to z pewnością znalazłbym właściwą osobę. Zawsze tak jest.
W tamtym czasie dokonałem już wielu odzyskań, można by więc pomyśleć, że byłem całkiem pewien siebie. Cóż, nie byłem. Kiedy Maria napisała imię swojej babki, postąpiłem jak zwykle w takich przypadkach. Odkładałem to i odkładałem, czując się niepewnie, bo przecież może tym razem mi się nie uda. Takie to myśli krążyły mi po głowie. Czas, jaki upłynie do chwili, kiedy naprawdę zabiorę się za wyszukanie kogoś, jest miernikiem mojego braku zaufania do siebie. Nadszedł więc piątkowy wieczór; następnego dnia miałem się spotkać z Marią, a wciąż nawet nie zacząłem szukać jej babki. Chodziło o to, że ciągle miałem wątpliwości co do prawdziwości moich doświadczeń, co sprawiało, że bałem się, iż nie potrafię jej odnaleźć. Nie było żadnego racjonalnego powodu, dla którego miałbym się tego bać, jako że wtedy zakończone sukcesami odzyskania stały się dla mnie niemal rutyną. Tylko że wciąż tkwił we mnie cień zwątpienia, który sprawiał, że wydawało mi się, iż wszystko sobie tylko wyobrażam. Wciąż jeszcze musiałem dojść do ładu z moimi starymi przekonaniami aby móc do końca przyjąć rzeczywistość istnienia całego tego Życia po Śmierci. Odprężyłem się na moim łóżku wodnym, przeniosłem do Focusa 27 i zameldowałem u Trenera.
- Trenerze, chcę być pewien, że informacje, które zbiorę pozwolą Marli sądzić, że z jej babką wszystko w porządku.
- Dobrze, Bruce. Z chęcią ci w tym pomogę - nadeszła jego odpowiedź.
Potem pomyślałem o Gwendilyn i chwilę później płynąłem niespiesznie w znajomej już, trójwymiarowej, ziarnistej czerni ku starej kobiecie siedzącej na krześle.
Krzesło wyglądało jak jedno z tych starych, drewnianych stołków używanych w kuchni. Stało obok równie starego, kuchennego stołu. Kobieta była drobna i krucha, siedziała pochylona trochę ku przodowi. Zdawało mi się, że jest w swojej własnej kuchni i siedzi w jedynym znanym jej, a więc bezpiecznym miejscu. Wyglądało na to, że jest nieco skonsternowana, jakby nieświadoma swego otoczenia poza owym drewnianym krzesłem. Odniosłem wrażenie, że nie ma żadnego kontaktu z jakimkolwiek aspektem rzeczywistości, który komuś innemu wydałby się w nowych okolicznościach rozsądny. W jej umyśle pozostały niepowiązane ze sobą fragmenty rzeczywistości i zdawało się, że już dawno temu porzuciła myśl o jakimkolwiek ich uporządkowaniu i zrozumieniu tego, co się dzieje wokół niej - jakby była zamknięta w niekończącym się, rozczłonkowanym śnie, w którym żaden z elementów nie pasował do innego.
Zbliżyłem się do niej powoli i zatrzymałem jakieś dwa metry przed nią. Nie miałem żadnego szczególnego planu pomocy, więc tylko tam stałem obserwując i czekając aż Gwendilyn mnie zauważy. Chciałem, żeby przypomniała sobie o czymś, co mogłoby mi pomóc zabrać ją z tego miejsca w sposób, który by zaakceptowała. W tym czasie nauczyłem się już nie skakać głową w przód w proces odzyskiwania i nie starać się odgadnąć od razu jak to zrobić. Podczas mojego pierwszego odzyskania, jeszcze z Rebeką, prawie straciłem kontakt z małym chłopcem w szpitalu, ponieważ starałem się odgadnąć od razu jak go odzyskać. To była dla mnie dobra nauczka. Przynajmniej teraz wiem, że czasami trzeba poczekać aż coś się zdarzy, zamiast próbować na siłę przejąć kontrolę nad sytuacją.
Kiedy tak stałem Gwendilyn odwróciła się lekko w moim kierunku i zauważyła mnie. Jej twarz wyrażała zdumienie i ciekawość kim też to mogę być. W tej chwili poczułem, że z tyłu zbliża się do mnie Rebeka. Nie powiedziałem jej wcześniej o Gwendilyn ani o tym, że planuję ją odnaleźć i odzyskać. A jednak czułem, że podchodzi do mnie i to bardzo szybko.
Rebeka dosłownie przemknęła pomiędzy mną a siedzącą na krześle Gwendilyn. Zatrzymała się nieruchomo, nieco za jej krzesłem. Potem poczułem jak zbliżają się do nas jeszcze dwie inne kobiety. Poruszały się wolniej, patrzyłem jak idą obok siebie i podchodzą do staruszki. Miały na sobie zgrabne kostiumy, a obie zbliżały się chyba do osiemdziesiątki. Jedna była zmarłą babką Rebeki, którą poznałem, i z którą pracowałem wcześniej. Nie miałem natomiast najmniejszego pojęcia kim była druga kobieta, póki Gwendilyn nie rozpoznała jej.
- Maggie? Maggie?... Co tu robisz? - odezwała się Gwendilyn.
Dwie starsze panie stanęły po obu stronach krzesła. Gwendilyn, z otwartymi ustami, nie spuszczała wzroku z kobiety, którą nazwała Maggie. Miałem wrażenie, że oglądam scenę w domu starców, kiedy dwie starsze rezydentki pomagają kruchej staruszce wstać z krzesła. Powoli pochyliły się nad nią i chwyciły ją delikatnie za rękę i łokieć. Wolno podniosły Gwendilyn do pozycji stojącej. Przez cały czas oczy Gwendilyn były utkwione w Maggie. Zrobiła z pomocą kobiet kilka niepewnych kroków, po czym wszystkie trzy zaczęły powoli się oddalać. Najpierw wolno, a potem coraz szybciej odleciały w kierunku, z którego przybyły. Potem, gwałtownie przyspieszywszy, zniknęły w czerni.
Nie miałem tam już nic do roboty, otworzyłem więc oczy i wstałem z łóżka. Zajrzałem do lodówki w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, potem usiadłem przy stole i spisałem swoje wrażenia.
Następnego ranka, w sobotę, poszedłem jak zwykle na studium biblijne. Po jego zakończeniu poprosiłem Marię na stronę i powiedziałem jej, że najwyraźniej znalazłem jest babkę. Usiedliśmy w spokojnym miejscu i opowiedziałem jej wszystko, co pamiętam. Byłem trochę zdenerwowany, jako że mogła to być sposobność na zdobycie dowodu na istnienie Życia po Śmierci ze źródła należącego do świata rzeczywistego. Z jednej strony martwiłem się, że Maria nie potwierdzi niczego, a z drugiej martwiłem się, że właśnie potwierdzi. Lecz musiałem, po prostu musiałem wiedzieć.
Przez ostatnie sześć czy osiem miesięcy życia babka Marli nie całkiem już zdawała sobie sprawę co się wokół niej dzieje. Choć Maria nie użyła słowa "Alzheimer", z jej opisu wywnioskowałem, że właśnie o to chodziło. Ostatnie kilka miesięcy życia Gwendilyn spędziła w jednym, jedynym miejscu, w którym czuła się bezpiecznie, czyli siedząc na drewnianym krześle w swojej kuchni, dokładnie tak, jak ją ujrzałem. Choć Maria wiedziała, że matka Gwendilyn miała na imię Margaret, stwierdziła, że to dziwne, iż córka zwróciłaby się do własnej matki po imieniu. Słuchałem Marli w zdumieniu.
Najwyraźniej Maria zdziwiła się i zmartwiła czymś, co jej powiedziałem. Jej wiara mówiła jej, że kiedy umrzemy, zostaniemy uwolnieni ze wszystkich fizycznych dolegliwości, powitani w Niebie i na nowo złączeni z tymi naszymi ukochanymi, którzy odeszli wcześniej. Fakt, że jej własna babka cały czas siedziała na tym krześle, samotna i zagubiona, niemal przez rok naszego czasu, sprawił, że poczuła ogromne skonsternowanie. Pamiętam, że powiedziałem jej, iż jest to jeden z powodów, dla których dokonuję odzyskiwań. Mnie też to martwiło.
Odzyskanie Gwendilyn jest przykładem tego, jak okoliczności poprzedzające śmierć mogą wpłynąć na nasze Życie po Śmierci. Tuż przed końcem swego życia Tutaj, Gwendilyn była zagubiona, takie też stało się jej życie Tam. Nie żyła już w ciele fizycznym, którego stan wpływał na jej umysł, lecz psychologiczne zagubienie i dezorientacja tego ciała fizycznego pozostały. Przed śmiercią przestała już nawet próbować zrozumieć swe otoczenie, a w Życiu po Śmierci ta decyzja zachowała swą moc. Śmierć uwolniła ją od stanu fizycznego, który był źródłem tej decyzji. W Życiu po Śmierci będzie musiała zmienić zdanie, aby całkowicie wydobrzeć.
Kiedy później porównywaliśmy notatki, Rebeka potwierdziła wszystko, co ujrzałem, kiedy przybyła z dwoma kobietami. Drobne szczegóły również się zgadzały. Dzięki temu miałem mocny dowód, który wymagał przemyślenia.
Podczas następnego spotkania biblijnego, Maria powiedziała mi, że rozmawiała ze swoją matką, córką Gwendilyn, która potwierdziła wszystko, łącznie z faktem, że Gwendilyn zwracała się do Margaret "Maggie". Dowiedziawszy się o tym, poczułem, że coś we mnie drgnęło. Nie było żadnego racjonalnego wytłumaczenia tego, że znałem imię Maggie. Przez krótką chwilę czułem, że świat wokół mnie drga i rozpływa się niby fatamorgana. Poczułem, że pojawił się mój Interpretator, aby wyrazić moje Wątpliwości. Słuchałem przez chwilę jego wyjaśnień pojawiających się w postaci strumienia skojarzeń.
- Rebeka tam była. To musi być jej sprawka! - zaczaj mój Interpretator.
- Chyba tak, mogło tak być - racjonalizowałem.
- Rebeka, och tak, Rebeka. Ona potrafi czytać myśli; o to w tym wszystkim chodzi, Rebeka po prostu czytała myśli Marli!
- Myśli Marli? - pomyślałem.
- Maria, och tak, Maria. Maria wiedziała, że matka Gwendilyn miała na imię Margaret.
- Chyba...
- Chyba, och tak, chyba!
- Ale skąd ja to wiedziałem? - zastanawiałem się.
- Wiedziałem, och tak, wiedziałem! Wiesz jak czytać myśli, zwłaszcza myśli Rebeki. Najprawdopodobniej po prostu czytałeś jej myśli; tak naprawdę to sam nic nie wiedziałeś, to ona wszystkim kierowała.
- Do licha! Nie wierzę, że Rebece po prostu udało się odgadnąć! - sprzeciwiłem się. - To wszystko nie jest aż takie proste. Jeśli Życie po Śmierci nie istnieje, to Rebeka w żaden racjonalny sposób nie mogła wiedzieć, że chodzi tu o "Maggie". W żaden racjonalny sposób!
- Racjonalny, och tak, racjonalny. Cały Bruce! Sam to powiedziałeś... że... to imię było irracjonalne! Irracjonalne... och... tak... irracjonalne. Wiesz chyba, co się dzieje z ludźmi, którzy stają się zbyt irracjonalni, co?
- No tak, posunę się za daleko i ludzie stwierdzą, że oszalałem - pomyślałem.
- Właśnie! I mogą po ciebie przyjść faceci w białych kitlach!
- Mogą sobie pomyśleć, że jestem prawdziwym świrem!
- Świr, och tak, świr! Bruce, jesteś bananowym świrem? - zapytał mój Interpretator.
- Czy one w końcu rosną w Brazylii? - przyszło mi do głowy pytanie.
Interpretator, jako głos moich Wątpliwości, przemawia głębokim barytonem. Nie takim jednak jak James Earl Jones, lecz mniej więcej na tej samej częstotliwości. Głos ten brzmi imponująco. Nie opiera się na logice, aby zasiać we mnie zwątpienie w moje doświadczenia, jak widać na przykładzie powyższej konwersacji. Zamiast tego, po prostu przywołuje skojarzenia i obrazy pochodzące z pamięci tkwiącej we mnie od zawsze. Wątpliwości po prostu pojawiają się razem z tymi skojarzeniami. |