oobe.pl
Start Porady Roberta
Monroe
Porady Brucea
Moena
Porady Darka
Sugiera
Park

 

<< Powrót do spisu porad Brucea
Moena

Rozdział 12
Pierwszy kontakt z Bobem Monroem w Życiu po Śmierci

Faktem niezaprzeczalnym jest to, że prawidłowo odebrałem imię matki Gwendilyn, Maggie, co samo w sobie j powinno rozwiać moje wątpliwości. Wystarczyło przecież, żeby mój świat zaczął drżeć w posadach, lecz kiedy to ustało, wciąż wątpiłem w rzeczywistość tego doświadczenia. Wciąż nie byłem absolutnie przekonany, że raz na l zawsze dowiodłem istnienia świata Życia po Śmierci. Dowiodłem tylko tego, że przekonania i wątpliwości mogą stwarzać nader silny opór.

Biper przymocowany do mojego paska zapiszczał pewnego piątku, kiedy byłem w pracy, nieco po godzinie dziesiątej rano. Rozpoznałem numer telefonu Rebeki i od razu do niej zadzwoniłem. Był 19 marca 1995 roku, właśnie umarł Bob Monroe, a Rebeka dzwoniła, żeby mi o tym powiedzieć. Zmarł na zapalenie płuc w szpitalu w Charlottesville w Wirginii, około godziny 9.20 tego ranka.

Odłożywszy słuchawkę, wróciłem do pracy, zastanawiając się cały czas nad tym, co Bob zrobił dla wielu ludzi i dla mnie. Technologia Hemi-Sync, którą wynalazł była dla mnie kluczem w odkrywaniu i badaniu świata niefizycznego. Dzięki Instytutowi, który założył, i wszystkim ludziom, którzy tam pracowali mogłem uczyć się tak szybko i tak skutecznie. Dobrą chwilę myślałem z wdzięcznością o wszystkich tych darach.

Potem postanowiłem zobaczyć czy mogę coś dla niego zrobić. Może mógłbym skontaktować się z nim i sprawdzić co się z nim dzieje, i to zaledwie po kilku godzinach od jego wejścia w Życie po Śmierci. Pewnie nie powinienem się przyznawać, że zrobiłem to w godzinach pracy, lecz jednak szybko zamknąłem oczy i odprężyłem się, aby odwiedzić przyjaciela, który właśnie zmarł. Otworzyłem na niego moją świadomość i natychmiast go ujrzałem. Ku mojemu zaskoczeniu, była też Nancy, jego żona, która zmarła ponad rok wcześniej. Razem pojawili się w mojej świadomości. Nancy wręcz promieniała unosząc się u lewego boku Boba.

- Witaj, Bruce. Uhm, to ja. I Nancy też tu jest! - w głosie Boba brzmiała prawdziwa radość.

- Tak, widzę ją po twojej lewej stronie, jest trochę za tobą - odparłem. - Wygląda na szczęśliwą!

- Chłopcze, nie masz pojęcia, jak cudownie być znowu razem! - stwierdził Bob, uśmiechając się od ucha do ucha.

- Więc z tobą wszystko w porządku? - zapytałem.

- W porządku?... W porządku?! Lepiej niż w porządku! Rewelacyjnie!

- Widzę, że jest z wami jeszcze ktoś, ale nie wiem kto.

- Tam? - zapytał odwracając głowę i wskazując podbródkiem w kierunku osoby, o której mówiłem.

- Tak, kto to? - zapytałem.

- Ed Wilson. Pamiętasz naszego doktorka, prawda?

- Jasne, pamiętam Eda, nie rozpoznałem go tylko. Zmienił się jakoś.

- Słuchaj - Bob był podekscytowany jak dziecko. - Nigdy nie zgadniesz co teraz robię! Patrzyłem tylko na niego, czekając na odpowiedź.

- W tej chwili rozmawiam z sześcioma innymi osobami oprócz ciebie! - pochwalił się niby dziecko swoją najnowszą zabawką.

- Jestem z każdym z nich jednocześnie. Widzę siebie samego z każdym z nich. Słyszę każde słowo, jakie do nich wypowiadam i to, co każdy z nich mówi do mnie. Jestem świadom wszystkich tych sześciu rozmów, a jednocześnie rozmawiam tu z tobą. Co o tym sądzisz?

- Mówisz, jak dziecko opowiadające o swojej najnowszej zabawce.

- No cóż, chyba nawet czuję się tu trochę jak dziecko - roześmiał się. - Tutaj dopiero co się urodziłem, jeśli można tak to ująć.

- Cieszę się, że dobrze się .czujesz w swoim nowym domu, Bob. Nancy, dobrze cię znów zobaczyć. Naprawdę promieniejesz! Słuchajcie, lepiej będzie jak wrócę do pracy zanim szef pomyśli, że sobie przysnąłem!

- Odwiedzaj nas, kiedy tylko chcesz, Bruce. Zawsze będzie nam miło cię zobaczyć - oświadczył Bob.

Po tych słowach on i Nancy odeszli. Otworzyłem oczy i wróciłem do pracy, szczęśliwy, że przejście Boba było tak gładkie. Cieszyłem się z radości ich obojga.

Niedługo potem znów usłyszałem Rebekę. Towarzyszyła niefizycznie Bobowi w przejściu do Życia po Śmierci. Mówiła o tym jak cudownie było zobaczyć znów Eda i Nancy. Było jej trudno, powiedziała, wracać tu, do tego świata. Rebeka zawiadomiła mnie też, że niedługo w Instytucie odbędzie się uroczystość ku pamięci Boba.

Wtedy podróż do Wirginii wykraczała poza moje finansowe możliwości. Dlatego postanowiłem udać się tam niefizycznie. Taki sposób okazania szacunku wydał mi się całkiem na miejscu. Kiedy w Wirginii zaczęła się uroczystość, w Kolorado ja położyłem się na moim wodnym łóżku. Zamknąłem oczy, odprężyłem się i wyraziłem zamiar odwiedzenia Boba podczas uroczystości. W ciągu niecałej minuty ujrzałem i jego, i Nancy. Może był to skutek emocji wywołanych tą uroczystością, lecz zbliżając się do nich wyczułem, że Bob był bardzo poważny. U prawego boku Boba stał ktoś jeszcze, czułem wyraźnie czyjąś obecność, ale nie mogłem go dojrzeć.

- Witaj, Bob, dobrze cię znów widzieć - odezwałem się. - Nie mogłem sobie pozwolić na lot do Wirginii, więc postanowiłem zobaczyć się z tobą w ten sposób.

- To miło z twojej strony - odparł poważnym i spokojnym tonem.

- Chciałbym ci podziękować i wyrazić wdzięczność za to, czym obdarowałeś ten świat. Dzięki tobie nauczyłem się odkrywać miejsca, których istnieniu większość ludzi zaprzeczyłaby.

- Dzięki, Bruce. Dziękuję, że przyszedłeś, naprawdę cieszę się, że tu jesteś.

Odsunąłem się nieco od nich i zauważyłem, że Nancy uśmiecha się ciepło do mnie. Potem zauważyłem nad nimi, trochę na lewo, niewielką kulę jaśniejącą wielobarwnym światłem. Miałem wrażenie, że już ją gdzieś widziałem, ale nie mogłem sobie uzmysłowić ani gdzie, ani co to było. Otworzyłem szerzej świadomość i skupiłem się na kuli światła, próbując ją poczuć. Chwilę później poczułem obecność Eda Wilsona.

- Niech go licho! Ależ ten Ed się zmienił odkąd ostatnio go widziałem! - pomyślałem na głos, lecz do nikogo w szczególności.

Ostatnim razem kiedy go widziałem, czyli kilka dobrych miesięcy wcześniej, jego obozowisko przy kamiennej bibliotece powoli stawało się małym śmietniskiem w okolicy. Były tam całe pudła papierów ustawionych jeden na drugim tuż obok obozowego ogniska. Kartki papieru walały się też wokół jego stolika przy ognisku, gdzie siedział i czytał. Wyglądał tak, jak go zapamiętałem za życia w świecie fizycznym, wysoka, chuda sylwetka i ciemne włosy. Potem kilkakrotnie go szukałem. Za pierwszym razem jego obozowisko wyglądało na opuszczone. Następnym razem wszystko było czysto uprzątnięte. Teraz Ed wyglądał zupełnie inaczej. Jak kula światła mieniąca się i pulsująca wszystkimi kolorami tęczy. Wyglądało na to, że Ed całkiem się zmienił, ale nie rozumiałem co to oznaczało. Pożegnawszy się z Bobem i Nancy, opuściłem ich. Kiedy odchodziłem, Bob wciąż był poważny i wyciszony. Pożegnalna uroczystość musiała wywrzeć na nim silne wrażenie.