Rozdział 32
Ostatnia podróż z wątpliwościami
Pewnego grudniowego wieczoru 1995 roku nie było nic ciekawego do oglądania w telewizji. Czy w ogóle kiedykolwiek jest? Był to wieczór, który kusił, aby wcześniej położyć się do łóżka z jakąś ciekawą książką. W drodze do sypialni, niemal odruchowo, podszedłem do komputera i sprawdziłem e-mail. Otrzymałem kilka wiadomości, jedna z nich, od Rosalie, nosiła tytuł: "Przysługa?". Przeczytałem ją jako pierwszą. Poznałeś, czytelniku, Rosalie we wcześniejszych rozdziałach, kiedy opowiadałem o odzyskaniu jej matki, Sylwii. Sylwia była nieświadoma tego, że umarła i zakłócała sen swemu mężowi, Joemu. Teraz, osiem miesięcy później, Joe umarł. Rosalie pisała w swoim e-mailu: "To był weekend, którego nigdy nie zapomnę. Mój tata przechodził przez parking, kiedy uderzyła go przejeżdżająca ciężarówka. Stało się to w piątek po południu. Umarł dziś rano o 12.45. Bardzo bym chciała, żebyś sprawdził co się z nim dzieje i pomógł mu, jeśli będzie to konieczne. Na imię ma 'Joseph', ale ci, którzy go kochali, nazywali go 'Pappy'.
Uderzyła mnie fala smutku płynąca z tych wieści, całym sercem współczułem mojej przyjaciółce. Natychmiast wysłałem do niej e-mail, w którym zapewniłem ją, że przy najbliższej sposobności odwiedzę jej ojca. Odebrałem resztę poczty i poszedłem do łóżka.
Razem z Pharon czytaliśmy, rozmawialiśmy i śmialiśmy się póki nie zmorzył nas sen. Chwilę przed zaśnięciem przypomniałem sobie prośbę Rosalie. Odprężyłem się, wyraziłem zamiar odnalezienia jej ojca i czekałem na rozwój wydarzeń. Przejście było bardzo szybkie; poszybowałem do miejsca, gdzie ujrzałem stojącą na wprost mnie Sylwię. Uśmiechała się tym radosnym uśmiechem, który poznałbym wszędzie. Otaczały ją przepiękne, jaśniejące biele i żółcie, które sprawiały wrażenie, że jej twarz namalowano muśnięciami pędzla tak lekkimi, że niemal niewidocznymi. Granica między jej ciałem a światłem zacierała się tak subtelnie, jakby w ogóle jej nie było.
Trudno jest stwierdzić, gdzie kończy się Sylwia, a zaczyna światło, pomyślałem sobie.
Skupiłem na niej całą uwagę i wtedy domyśliłem się powodu owych trudności optycznych. Sylwia i światło byli jednym. Od czasu, kiedy widziałem ją po raz ostatni, Sylwia stała się Istotą ze Światła.
Musiała się wiele nauczyć żyjąc w swoim nowym środowisku. Naprawdę, wie o co tu chodzi!, przeleciało mi przez myśl.
Zwróciłem uwagę również na kobietę stojącą po prawej stronie Sylwii. Ona również jaśniała niesamowicie bielą i delikatną, pastelową żółcią. Na jej widok poczułem prawdziwą konsternację. Była to bez wątpienia matka Joego; problem w tym jednak, że wydawała się znacznie młodsza i od niego, i od Sylwii. Mimo wszelkich wysiłków nie potrafiłem zmienić jej obrazu tak, aby pasował do moich oczekiwań. To było niemożliwe, ale wydawała się młodsza od Joego a wciąż przecież była jego matką.
W jaki sposób ta kobieta może hyc jego matką, a jednocześnie osobą młodszą od nich obojga? - zastanawiałem się.
Niw będąc w stanie rozwiązać tego problemu i dopasować go do tego co spodziewałem się zobaczyć, odsunąłem go na bok i wróciłem do Sylwii. Uświadomiłem sobie wtedy, że stała u wezgłowia szpitalnego łóżka. Ja sam stałem w nogach tego łóżka. Leżał na nim Joe, całkiem rozbudzony i wsparty na poduszkach. Nieco pochylony patrzył prosto na mnie. Był trochę otępiały, lecz świadomy mojej obecności.
- Cześć, Joe. Mam na imię Bruce. Przyszedłem, żeby się dowiedzieć jak się miewasz.
- Świetnie!
Powiedział to tak, jakby naprawdę w to wierzył. Jakby chciał mnie przekonać, iż nigdy w życiu nie czuł się lepiej. Wyczuwałem w jego słowach radość i dumę z tego, że znów jest z Sylwią, a jej promienny uśmiech mówił to samo. Szczęśliwy, że Joe nie potrzebuje mojej pomocy, postanowiłem pójść do Rosalie.
Kiedy się na niej skupiłem, ujrzałem okoliczności śmierci Joego. Właśnie wychodził po raz ostatni ze swego fizycznego ciała; Rosalie była z nim. Idąc u jego boku, mówiła mu, aby kierował się w stronę światła. Szli razem jeszcze przez chwilę, dopóki nie otoczyło ich jaśniejące światło, które było Sylwią. Towarzysząc ojcu i rozmawiając z nim, skupiała na sobie jego uwagę do momentu pojawienia się Sylwii. Przez kilka chwil stali razem, póki Joe nie zorientował się, że jest z nimi Sylwia. Wtedy Rosalie odeszła.
Ciekawe, czy ona wciąż to pamięta?
Postanowiłem, że muszę zapytać ją o to później. Wróciłem na chwilę do Joego; nie miałem żadnych problemów z odnalezieniem go. Wciąż był tam z Sylwią i młodszą od niego kobietą, która jednak była jego matką. Sylwia zapewniła mnie, że Joe czuje się świetnie i szybko powróci do siebie po wypadku. Wyjaśniła mi, że Joe potrzebuje jeszcze trochę czasu, ale potem będzie w świetnej kondycji. Patrząc na tych dwoje znów poczułem ich szczęście wynikające z faktu, iż ponownie są razem. Czułem radość Sylwii, która chciała pokazać mu jego nowy dom i całą okolicę. Wciąż zastanawiała mnie tożsamość owej drugiej kobiety, kiedy w końcu zasnąłem.
Następnego ranka wsiadłem do mego jeepa i pojechałem do pracy. Kiedy znalazłem się na autostradzie, mając w perspektywie długą jazdę, znów pomyślałem o Joem. Postanowiłem znów go odwiedzić, jak tylko wejdę w rytm jednostajnej jazdy. Dwadzieścia minut później poranne korki zaczęły powoli znikać, a ja otworzyłem świadomość na Joego. Z jednej strony uważałem na ruch, a z drugiej skupiłem się na nim. Równie dobrze można by w czasie jazdy do pracy myśleć o czymkolwiek innym, i moim zdaniem, nie bardziej niebezpiecznym. Znalazłem go natychmiast, powracał do zdrowia, wciąż leżał na tym samym łóżku wsparty o poduszki. U jego wezgłowia stała Sylwia. Uśmiechała się do mnie promiennie. Był to uśmiech przepełniony miłością do męża. Joe pomachał do mnie ręką, a jego wargi poruszyły się, jakby próbował mi coś powiedzieć.
Podczas wszystkich moich podróży nigdy nie byłem w stanie usłyszeć tego, co ma mi do powiedzenia osoba zmarła. Teraz nawet nie chciałem słuchać z obawy przed tym, co mógłbym usłyszeć. Po prostu nie mogłem pozbyć się przekonania, które wciąż mi towarzyszyło, że wszystko to sobie tylko wymyślam i że to się nie dzieje naprawdę. Gdybym spróbował go wysłuchać i gdyby mi się nie udało, to byłoby to dowodem, że całe to Życie po Śmierci jest li tylko moim wymysłem i farsą. To, co mogłoby się zdarzyć, gdyby mi się powiodło jakoś nigdy nie przyszło mi na myśl. To właśnie nazywamy wątpliwościami: sposób ukrywania nieznanych zagrożeń tak dobrze, że nawet nie zdajemy sobie sprawy z ich istnienia.
Wyraz twarzy Joego mówił, że desperacko pragnął, abym usłyszał to, co ma mi do powiedzenia. Przekazałem mu, że go nie rozumiem i zacząłem słuchać uważniej. I tym razem zdołałem wychwycić jedynie niezrozumiałe mamrotanie. Było to coś pomiędzy kochanie i żółw, jakby dirtele, i wiedziałem, że Joe chce, aby przekazał coś Rosalie.
- Joe, nie rozumiem co mówisz. Wiem, że to coś dla Rosalie, ale nic nie rozumiem - powiedziałem do niego w myślach.
- Imię - powiedział Joe. - Imię! Imię nie pasowało do ruchu jego warg, kiedy wypowiadał te słowa.
- Dobrze - pomyślałem sobie. - Chce mi przekazać imię, jakim nazywał Rosalie!
Wyraz jego twarzy powiedział mi, że Joe ma wrażenie, że gada do głuchego. Próbował wymawiać słowa jak najwyraźniej i prawie mi się udało zrozumieć. Prawie. Czegoś jednak nie chwytałem. Próbując z całych sił zrozumieć niewyraźne dźwięki płynące z jego ust, skupiłem się jeszcze bardziej na tym, aby go usłyszeć. Gdyby mi się udało, Rosalie wiedziałaby, że naprawdę odwiedziłem jej ojca w Życiu po Śmierci i że wszystko z nim w porządku.
- Punkin - usłyszałem Joego, a w mojej głowie natychmiast pojawił się obraz ogromnej, pomarańczowej dyni ["pumpkin" - ang. "dynia"].
- Punkin. Joe, słyszę jak mówisz 'Punkin'. Tak właśnie nazywałeś Rosalie?
Kiedy usłyszałem słowo "Punkin", mój Interpretator wypchnął z mej pamięci fakt, że w ten sposób mój ojciec nazywał moją młodszą siostrę.
- Już wiem! Nazywałeś Rosalie "Punkin"!
Wyrzucił w górę ręce, zrozpaczony nieudanymi próbami porozumienia się. Przypominało to grę w szarady, kiedy to osoba pokazująca hasło denerwuje się z powodu niedomyślności swoich partnerów. Byłem tak blisko, ale wciąż nie wymówiłem właściwego słowa. W tym momencie ruch na autostradzie stał się nieco większy, musiałem więc poświęcić całą uwagę pedałom gazu i hamowania. Dalsza rozmowa z Joem musiała poczekać.
Resztę dnia wypełniła mi praca i nie pomyślałem o Joem ani o Rosalie aż do chwili, kiedy wieczorem znalazłem się z powrotem w domu. Zadzwoniłem do Rosalie i zostawiłem wiadomość, że jej ojciec ma się dobrze i że chcę z nią porozmawiać. Razem z Pharon wybraliśmy się na kolację do Taco Bell i wróciliśmy dwadzieścia minut później. Właśnie kończyłem mojego Big Beef Burito Supreme, kiedy zadzwonił telefon. To była Rosalie.
- Dziękuję ci za to, że znalazłeś ojca. Cieszę się, że wszystko z nim dobrze. To były dla mnie straszne dni, ale teraz czuję się lepiej.
Przekazała mi wszystkie szczegóły śmierci ojca. Ciężarówka złamała Joemu nogę i stłukła, czy też zmiażdżyła żebra. Przez większość czasu musiał znosić ogromny ból. W niedzielę na przemian tracił i odzyskiwał przytomność i miał trudności z oddychaniem.
Joe był człowiekiem lubianym i w szpitalu odwiedzali go sąsiedzi z całego niemal Evergreen w Kolorado, gdzie mieszkał. W niedzielę, późnym popołudniem Joe czuł się trochę lepiej. Pielęgniarka z oddziału intensywnej terapii powiedziała, że dobrze by było, gdyby przyjaciele pożegnali się teraz z nim i zostawili go w spokoju. Wchodzili do jego pokoju jeden po drugim, żegnali się krótko i wychodzili. Kiedy zniknął ostatni, zrobiło się spokojnie, a przez następnych kilka godzin Joe znów budził się i spał na przemian. Rosalie od dawna nie jadła, a zdawało się, że nadszedł dobry moment na to, aby zejść do kafeterii na szybką przekąskę i papierosa. Zdążyła usiąść, kiedy przybiegł po nią syn.
- Biegłam do jego pokoju tak szybko, jak jeszcze nigdy w życiu! - wykrzyknęła. - Byliśmy tam, moja córka, syn i ja, kiedy jego serce zaczęło go zawodzić. Byliśmy tam, kiedy odszedł.
- To mi przypomina o czymś, co chciałem ci powiedzieć. Kiedy wczoraj wieczorem po raz pierwszy odwiedziłem twego ojca, zobaczyłem, że poszłaś za nim, kiedy opuścił ciało. Ty i twój ojciec byliście razem, kiedy pojawiła się twoja mama.
- Wiedziałam! Wiedziałam, że są razem! - wykrzyknęła Rosalie. - Pamiętam, że mówiłam mu, aby szedł w stronę światła, a teraz, kiedy o tym wspomniałeś, przypomniałam sobie, że czułam się, jakbym szła z nim.
- Bo szłaś, a przynajmniej to zobaczyłem.
Opisałem jej obraz, jaki ujrzałem, kiedy szli, a Joe uświadomił sobie obecność Sylwii. Wyjaśniłem, że dzięki temu, iż przez cały czas mówiła do ojca, utrzymywała na sobie jego uwagę, co ułatwiło mu ujrzenie Sylwii. Opisałem scenę, kiedy Joe leżał na łóżku wsparty o poduszki, a Sylwia uśmiechała się do mnie radośnie.
- W chwili śmierci mój ojciec leżał na łóżku w takiej właśnie pozycji, wsparty o poduszki. Widziałeś z nim kogoś jeszcze?
Opowiedziałem jej o kobiecie, która była młodsza od niego, a która była jego matką.
- Zgadza się! - wykrzyknęła Rosalie. - Matka mojego ojca umarła, kiedy miał dwanaście lat i była wtedy młodsza niż on teraz.
- Teraz to rozumiem - stwierdziłem. - Pewnie pojawiła się w takiej postaci, aby Joe mógł ją łatwo poznać.
- Widzisz, Bruce, jest tak, jak ci mówiłam. Zawsze próbujesz domyślić się wszystkiego zamiast po prostu pozwolić rzeczom być takimi, jakie są! - roześmiała się Rosalie.
Musiałem przyznać, że ma rację. Często za dużo czasu poświęcałem na dopasowywanie informacji do moich oczekiwań. Przez co czułem się zagubiony i zdezorientowany.
Opowiedziałem jej o tym, jak spotkałem się z jej rodzicami podczas jazdy autostradą, o słowie, które Joe próbował mi przekazać, a które na początku brzmiało jak "dirtele".
- Chciał chyba powiedzieć mi coś, co powiedziałby tobie, gdyby mógł. Miałem wrażenie, jakby chciał mi przekazać jakieś imię, może ciebie nazywał jakoś zdrobniale? - zapytałem.
- Nie, nic mi nie przychodzi na myśl - odparła.
- Kiedy powiedział to słowo ostatni raz, brzmiało jak 'Punkin'. Usłyszałem w słuchawce dźwięczny śmiech Rosalie.
- 'Punkty', on mówił 'Punky'! To jego pies. Jedyną rzeczą, o której wciąż mówił i martwił się, był Punky. Przez cały czas pobytu w szpitalu wciąż kazał mi obiecywać, że zajmę się Punkym.
- Rozumiem. Więc to było imię psa, a nie twoje, a obraz dyni wystarczył, aby je przekazać. - Znów dałem się złapać w szpony niewłaściwemu interpretowaniu i moim oczekiwaniom, ale jednak przecież 'Punkin' i 'Punky' brzmiały ostatecznie bardzo podobnie.
- Tak, Bruce - śmiech w słuchawce. - W chwili, kiedy odchodził najbardziej martwił się o swojego psa. Tego ranka chciał chyba, żebyś mi przypomniał o tym, że obiecałam zaopiekować się Punkym.
- Zdaje się, że to była wiadomość, która ma dwa cele - pomyślałem na głos. - Z jednej strony mogę ci ją przekazać nie wiedząc dokładnie o co chodzi, a z drugiej ty wiesz, że wszystko z nim w porządku. Zdumiewające!
Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. Rosalie znów powtórzyła, że cieszy się, iż z jej ojcem wszystko w porządku i że połączył się z jej mamą, a jego żoną. Dało to Rosalie trochę radości. Powiedziała mi, że msza święta za Joego odbędzie się za tydzień licząc od czwartku.
- Ciało taty zostanie poddane kremacji, a wszyscy jego przyjaciele spotkają się przy tartaku, gdzie pracował, żeby go pożegnać. Jeśli chciałbyś przyjść, to powitam cię tam z radością.
- Jasne, chętnie przyjdę. Zadzwonię do ciebie jeszcze raz i ustalimy szczegóły, dobrze?
- Świetnie!
- Nie zdziwiłbym się, gdyby pojawiła się tam również twoja mama, a pewnie i twój ojciec - dodałem.
- Dobrze by było znów ich zobaczyć - odparła.
- Wiesz, nie próbowałam go odnaleźć, ani nic takiego, ale wczoraj wieczorem, kiedy zasypiałam, ujrzałam obraz mamy i ojca. Całowali się jak para zakochanych młodych ludzi. Zostawiłam ich od razu, nie chciałam zakłócać ich prywatności. Mój Boże, przez całe moje życie nie widziałam, żeby to robili!
Rozmawialiśmy i śmialiśmy się.
- Wiesz, ktoś włożył rzeczy ojca do torby, którą miał podczas upadku. Wyszedł, żeby kupić coś do jedzenia i butelkę swojego ulubionego alkoholu, Black Velvet, i wtedy przejechała go ta ciężarówka. Kiedy wychodziliśmy ze szpitala, wzięliśmy tę torbę, moje dzieciaki i ja. Otworzyliśmy butelkę, nalaliśmy sobie po drinku i wypiliśmy za tatę. I to naprawdę było właściwe zakończenie całego tego okropnego tygodnia. Myślę, że ojcu by się to spodobało.
- Założę się, że tak.
- Wiesz, Bruce, ty chyba w ogóle nie rozumiesz jaka to wspaniała rzecz, to znaczy, to, co robisz.
- Chyba masz rację. Robię to tylko dlatego, że mogę to robić. Chyba nie całkiem rozumiem jaki to ma wpływ na ludzi. Ale jestem szczęśliwy, że mogę pomóc.
Pożegnaliśmy się i odłożyłem słuchawkę. Naprawdę byłem szczęśliwy mogąc służyć Tam i Tutaj.
Następnego ranka podczas jazdy do pracy, miałem nieoczekiwane spotkanie z Joem i Sylwią. Wjazd na autostradę, jeden z owych dwupasmowych i długich na pół kilometra, był jak zwykle zatłoczony. Światła na rampie pozwalały wjechać jedynie dwóm samochodom na raz, reszta więc posuwała się naprzód w ślimaczym tempie. Prawie zawsze czeka się tam dość długo, a ten ranek nie był wyjątkiem.
Kiedy mój jeep powoli zbliżał się do świateł, usłyszałem dziwny dźwięk. Nie był to zwyczajny odgłos ruchu na autostradzie, lecz raczej jakiś wewnętrzny, buczący i drażniący odgłos splątanych myśli. Z początku próbowałem zignorować ten niemal fizyczny dyskomfort. Dźwięk jednak przybrał na sile, wyłączyłem więc radio i stonowałem się z nim.
- No dobrze, zobaczmy kto też tak hałasuje? Wciąż czułem się trochę głupio, kiedy mówiłem takie rzeczy na głos. Ale przynajmniej byłem w jeepie sam, nie było więc to aż tak krępujące. Odpowiedź nadeszła natychmiast w formie uczucia.
- Tu Sylwia, Bruce. Chciałabym z tobą porozmawiać, zanim wjedziesz na autostradę, jeśli nie masz nic przeciwko temu.
- Sylwia! Oczywiście, że nie. Po prostu nie zdawałem sobie sprawy o co chodzi. Myślałem, że ten dźwięk pochodzi raczej ze mnie samego i oznacza coś, co muszę sobie uświadomić. Wyobraź sobie moje zdumienie, kiedy okazało się, że to ty!
- Potraktuj to jako coś w rodzaju dzwoniącego telefonu. Tylko że tu wykorzystuje się pewien poziom natężenia poczucia dyskomfortu, aby zwrócić czyjąś uwagę - Sylwia pomyślała w moim kierunku.
Słuchając jej głosu w moich myślach, ujrzałem obraz jej i Joego. Sylwia stała u wezgłowia łóżka spowita w jaśniejące białe światło z przebłyskami delikatnej, pastelowej żółci. Stała twarzą do mnie uśmiechając się tym swoim pełnym słońca uśmiechem. Lecz tym razem Joe nie leżał na łóżku pomiędzy nami, lecz stał obok, a kiedy spojrzałem na niego, odwrócił się i spojrzał prosto w moje oczy.
- Widzisz, Bruce, Joe przychodzi do siebie bardzo szybko - powiedziała Sylwia. - Uczy się, że rzeczy tutaj różnią się od wszystkiego, do czego przywykł za życia. Chciałam ci pokazać, żebyś mógł powiedzieć Rosalie, że jej ojciec robi postępy i ma się dobrze.
Patrząc na Joego, odebrałem myślami jego zdumienie wywołane tym, że tak szybko wraca do zdrowia.
- Z radością przekażę to Rosalie.
- Chcę również, żebyś wiedział, że doceniamy wszystko, co robisz. Dziękuję ci, Bruce.
Słowa Sylwii sprawiły, że poczułem, iż jestem kochany, a było to uczucie tak potężne, że do oczu napłynęły mi łzy. Wciąż tak się dzieje, kiedy wspominam tę chwilę.
- Jeszcze jedna rzecz, zanim wjedziesz na autostradę. Ilekroć będziesz pracował z innymi i nawiązywał kontakt pomiędzy Tu i Tam, będę ci pomagać. Musisz tylko poprosić, a zjawię się. W taki właśnie sposób wyrażamy wdzięczność i pomagamy innym; tak jak ty pomogłeś nam.
Ledwie mogłem powstrzymać łzy, gdy przepływały przeze mnie fale miłości, wdzięczności i oczekiwania.
- Dziękuję, Sylwio, i z radością przyjmuję twoją propozycję - pomyślałem do niej.
- Musimy już iść, a ty zaraz znajdziesz się na autostradzie. Niedługo znów się zobaczymy.
Miała rację, samochód przede mną właśnie dostał zielone światło i zjeżdżał z rampy. Ja byłem następny. Kiedy zapaliło się zielone, ruszyłem i za chwilę dołączyłem do samochodów jadących na północ, i wróciłem do codzienności.
Czasami sprawy przybierają dziwny obrót. Spotkanie z Sylwią i Joem miało nieoczekiwany skutek. Trzy dni po naszym ostatnim spotkaniu mój kontakt z tym światem zaczął się rozluźniać. Z początku czułem się dziwnie, trochę się bałem. Oczekiwałem, że świat, który znam rozpłynie się i zniknie. Może będę z kimś rozmawiał, a świat po prostu rozpłynie się i zniknie. Wciąż towarzyszył mi dręczący niepokój. Czułem się, jakbym miał pod nogami lotne piaski zamiast stałego gruntu. A kiedy one znikną, cały mój świat zniknie razem z nimi, a ja będę się unosił w pustej, bezkształtnej próżni. Wyjątkowo nieprzyjemne uczucie.
Przez następnych kilka dni uczucie to zmieniło się. Cały czas czułem, że mój świat może w każdej chwili rozpłynąć się i zniknąć jak obraz z ekranu pod koniec filmu. Lecz zacząłem czuć, że kiedy to się stanie, w miejsce starego pojawi się całkiem nowy świat. Korzystając z tego, czego nauczyła mnie Rebeka, wyraziłem pragnienie przyjęcia tego, co niosły dla mnie te wrażenia. Zajęło mi to wiele dni, musiałem też porozmawiać o tym z kilkoma bliskimi przyjaciółmi, ale w końcu zapanowałem nad wszystkim.
Od czasu programu Linia Życia minęły ponad trzy lata, a ja wciąż badam ludzką egzystencję w świecie po "śmierci". Wiele moich doświadczeń przyniosło mi informacje, które do pewnego stopnia mogłem zweryfikować. Jakaś część mnie samego wciąż się opierała, nie chcąc w pełni przyjąć prawdziwości owych doświadczeń. Ta część mnie zaprzeczała temu, że w ogóle badam Życie po Śmierci, ponieważ wierzyła, że coś takiego w ogóle nie istnieje. Można to nazwać brakiem wiary w siebie lub czystym sceptycyzmem, ale gdzieś tam zawsze towarzyszyła mi ta wątpliwość.
Rozmawiając z Joem, po raz pierwszy w ogóle ośmieliłem się zrozumieć konkretne słowo wypowiedziane przez kogoś, kto rzekomo żył w Życiu po Śmierci. Wcześniej zawsze powstrzymywało mnie przed tym to, że tak naprawdę nie wierzyłem, że jest to możliwe. A teraz, po raz pierwszy spróbowałem i udało się! Doświadczenie to, czyli po prostu próba wysłuchania i zrozumienia danego słowa, nie zgadzało się z pewnymi moimi głęboko zakorzenionymi przekonaniami. Nie wiem dokładnie jakimi, ale wiem, że nie mogą one współistnieć z moim doświadczeniem z 'Punkym'. Uczucie, że mój świat może w każdej chwili zniknąć powiedziało mi, że czegokolwiek dotyczyły te przekonania, tkwiły one w samym sercu mego światopoglądu. Istnienie świata fizycznego, w który wierzyłem i mojego w nim miejsca, zostało zagrożone. |