PODRÓŻ POZA WSZELKIE WĄTPLIWOŚCI
Po wielu podróżach poza horyzont, czując za każdym razem niepokój, wątpiąc
czy Nowy Świat, który chcę odwiedzić, wciąż tam na mnie czeka, rzeczywistość
jego istnienia stała się dla mnie czymś oczywistym. W którymś momencie uświadomiłem
sobie, że przecież byłem tam już tyle razy i zawsze odnajdywałem tę krainę
i zawsze będę ją odnajdywał. W tym momencie wszelkie wątpliwości co do istnienia
owego Nowego Świata rozwiały się.
Doświadczeni żeglarze patrzą na horyzont wiedząc, co znajduje się poza
nim; nie mają co do tego żadnych wątpliwości. W jakiś sposób ów brak wątpliwości
dodaje im odwagi do odbywania podróży za każdy horyzont, bo wiedzą, że gdzieś
Tam zawsze będzie czekał na nich jakiś ląd.
Rozdział 31
Stowarzyszenie "To Życie" w Życiu po Śmierci
Niektóre odzyskania są trudne z jednego tylko powodu: ponieważ osoba, z którą pracujesz nie chce współpracować. Takim człowiekiem był Richard. Kiedy spotkałem go po raz pierwszy (chcą przenieść go do Centrum Przyjęć) on nie chciał mieć ze mną nic wspólnego. Wcześniejsze doświadczenie z Benjim nauczyło mnie, że małe dzieci prawie zawsze pójdą ze mną, jeśli powiem im, że będą latać. Ta sztuczka jednak raczej nie działa na dorosłych. Jeśli sam podróżujesz do Życia po Śmierci, czytelniku, to może ta historia przyda ci się na coś, gdybyś kiedykolwiek spotkał kogoś podobnego do Richarda.
Kilka tygodni po śmierci Richarda, jego syn Wyatt nawiązał ze mną kontakt za pośrednictwem Instytutu Monroe'a. Jedyną informacją, jaką otrzymałem było imię i nazwisko Richarda. Okazało się, że tym razem to nie wystarczy. Kiedy pierwszy raz wyruszyłem na poszukiwania Richarda, znalazłem go od razu. Zawołałem go po imieniu, ale nie otrzymałem żadnej odpowiedzi, poza spojrzeniem wyrażającym całkowitą niewiarę w moją obecność. Sfrustrowany, zostawiłem go tam, gdzie go znalazłem.
Podczas drugiej podróży mogłem z nim już porozmawiać i poznać jego otoczenie. Kiedy zbliżyłem się do niego, stał sam w niewielkim pokoju o pustych, ciemnych ścianach. Światło nad jego głową oświecało jego samego i kawałek podłogi wokół niego. Tym razem przyjął moją obecność nieco lepiej. Kiedy wymówiłem jego imię, zareagował. Spojrzał na mnie i zapytał kim jestem. Przedstawiłem się i wyjaśniłem, że jego syn prosił mnie, abym sprawdził co się z nim dzieje.
Był dość porywczy, machał rękami, a mówiąc, cały czas gestykulował. Zachowywał się w jakiś bardzo dziwny sposób. Jakby myślał, że rozmawia z duchem, będąc jednocześnie świadomym tego, że w duchy nie wierzy, a jednak mnie widzi. Niekoniecznie musiał być przy tym pijany, lecz coś w jego głosie, w jego zachowaniu i wyrazie twarzy właśnie to sugerowało. Jakby wiedział, że gość stojący przed nim był albo wytworem jego wyobraźni, albo produktem delirium tremens. Nie brał naszych rozmów na serio, przez co nie był do końca świadom tego, co działo się między nami. Richard zbywał mnie machnięciami ręki, jak polityk, który pragnie twego głosu, ale niewiele ma z tobą wspólnego. Chciał w ten sposób zatuszować swą niepewność wynikającą albo z jego nowej sytuacji, albo z mojej tam obecności. Miałem wrażenie, jakby cały czas blefował. Podczas naszych rozmów zmienił się jednak wyraz jego twarzy; zaczął przypominać starego Boba Monroe'a z trochę bardziej kręconymi włosami. A potem zmienił się jeszcze raz i wyglądał jak człowiek młodszy.
Nie szło mi z Richardem, dlatego zapytałem, czy gdzieś blisko niego znajduje się ktoś, kto mógłby mi jakoś pomóc. Obok mnie zaczęła się materializować niewielka kobieta o gęstych, ciemnych włosach. Jej pomarszczona twarz wyrażała smutek zmieszany z irytacją. Była to nieżyjąca matka Richarda. Rzuciwszy na nią jedno spojrzenie, Richard wyrzucił ręce w górę, odwrócił się i odszedł. Z nią też nie chciał współpracować.
Matka Richarda chciała nawiązać z nim kontakt już od chwili jego śmierci, bez powodzenia jednak. Aby zademonstrować mi swój problem, starsza pani podeszła do Richarda i zawołała go po imieniu. Kiedy mówiła do niego, twarz Richarda przybrała ten sam pełen niewiary wyraz, z którym ja sam walczyłem. Poznał ją, ale po prostu nie wierzył, że tam jest. Nie potrafił przyjąć do wiadomości faktu, że jego zmarła matka stała obok niego. Kiedy podeszła do niego jeszcze bliżej, próbował odpędzić ją zamaszystymi ruchami rąk. Kiedy to nie podziałało, podniósł prawą rękę do czoła, odwrócił się i odszedł ze zwieszoną głową. Miałem wrażenie, że Richard chce tylko się obudzić z tego okropnego snu. Nie miałem tam nic więcej do roboty, podziękowałem więc matce Richarda i poprosiłem, żeby wciąż próbowała się z nim skontaktować. Obiecałem, że wkrótce wrócę i pomogę jej.
Nie miałem wiele danych, wysłałem więc do Wyatta e-mail z prośbą o jakieś dodatkowe informacje o jego ojcu. Miałem nadzieję, że dowiem się czegoś, co mógłbym wykorzystać i zmusić Richarda do przyjęcia do wiadomości faktu mojej obecności i pójścia ze mną do Centrum Przyjęć.
Z odpowiedzi Wyatta dowiedziałem się między innymi, że Richard był wolnomularzem i że miało to dla niego ogromne znaczenie. Nosił brylantowy pierścień i uwielbiał muzykę Neila Diamonda.
Wyatt potwierdził również, że Richard miał kręcone włosy i że był dość gwałtowny, jak to ujął, "zwłaszcza, kiedy bał się czegoś". Wyatt również widział swego ojca we śnie, w którym ujrzał go skulonego w pozycji płodowej. W wizji tej ojciec Wyatta znajdował się w pokoju przypominającym ten, który sam widziałem. Oświetlało go światło.
Kilka wieczorów po otrzymaniu listu Wyatta znów wyruszyłem na poszukiwania jego ojca. Ponownie spotkałem jego matkę, która stwierdziła ze smutkiem, że nic się nie zmieniło. Szukałem go więc dalej na własną rękę. Kiedy wreszcie go odnalazłem i ponownie przedstawiłem się, poznał mnie. Wciąż był spłoszony, więc nie podchodziłem bliżej, a tylko przypomniałem mu, że przysłał mnie jego syn. Kiedy wspomniałem, że wiem, iż był wolnomularzem, poczułem płynącą od niego dumę.
- Znam pewne miejsce, niedaleko stąd, gdzie przebywa wielu wolnomularzy - oświadczyłem niepewny czy naprawdę tak jest. Miałem jednak nadzieję, że w Focusie 27 ktoś się tym zajmie.
- Naprawdę, jest tam loża? - zapytał Richard.
- Jeśli chcesz, to mogę cię tam zaprowadzić.
- Czy jest tam któryś z moich kolegów? - zapytał, a w jego głosie pojawiła się nuta pełnego nadziei oczekiwania.
- Tego nie wiem, ale jeśli nie, to przynajmniej będą tam inni, którzy należą do twojego braterstwa.
- Czy będę mógł wrócić, jeśli zechcę? - zapytał nerwowo.
- Oczywiście, jeśli tylko będziesz tego chciał.
Miałem zamiar ująć go za rękę, jak to robię zazwyczaj, kiedy zabieram kogoś do Focusa 27. Zanim jednak zdołałem to zrobić, odniosłem wrażenie że Richard poczuje się dziwnie trzymając za rękę innego mężczyznę. Zamiast tego więc zapytałem, czy mogę położyć dłoń na jego ramieniu. To też wydało mu się trochę zbyt osobiste, ale zgodził się. W tym momencie zauważył swoją matkę przyglądającą się nam z dyskretnej odległości. Uśmiechała się do mnie z wdzięcznością, kiedy opuszczaliśmy Focus 23 i kierowaliśmy się ku Centrum Przyjęć.
Niedługo potem zmaterializował się na wprost nas wielki budynek z szarego kamienia. Oczekiwała przed nim nas grupa sześciu czy ośmiu mężczyzn. Stali u stóp wielkich, kamiennych schodów prowadzących do drzwi budynku. Wszyscy powitali Richarda niezobowiązująco, a on rozglądał się dookoła z ciekawością. Potem jeden z nich podszedł do Richarda. Czułem jak narasta oczekiwanie. Richard chciał się upewnić, że to naprawdę jest budynek należący do masonerii. Mężczyzna uścisnął jego rękę. Zrobił to w sposób, który natychmiast przekonał Richarda, że nieznajomy naprawdę jest masonem, a to natychmiast go uspokoiło. Zauważyłem, że jego matka stała niedaleko i przyglądała się wszystkiemu.
Nowy przyjaciel zaprosił Richarda do wnętrza budynku. Podążyłem za nimi. Znalazłszy się w środku, odniosłem wrażenie, że widzę symbole na ścianach i kotarach. Nie widziałem ich wyraźnie, lecz były wszędzie. Znajomy zapytał Richarda czy chciałby się przebrać. Ten odpowiedział twierdząco i nowa szata ozdobiła jego ciało. Najwyraźniej był zadowolony z tego, że znalazł się u nikim miejscu, postanowiłem więc zostawić go z jego nowym przyjacielem. Wyszedłem z budynku, odnalazłem jego matkę i spytałem o jej imię. Wyatt prosił mnie o to; chciał się upewnić kim naprawdę była. Zdołałem zrozumieć jednak tylko końcówkę, która brzmiała mniej więcej "reen". Mogła więc mieć na imię Irenę lub Maureen; naprawdę nie wiem.
Zadowolony, że Richardowi będzie dobrze w Loży w Focusie 27, postanowiłem wrócić do siebie. Czasami jedna niewielka informacja, na przykład taka, że Richard był wolnomularzem, może się naprawdę przydać. Wartości, które ludzie cenią sobie za życia, pozostają z nimi również w Życiu po Śmierci. W Centrum Przyjęć istnieją specjalne możliwości ułatwiające odzyskania, którymi zajmują się Pomocnicy. Jest to po prostu jeszcze jeden sposób, dzięki któremu ludzie żyjący Tam próbują ułatwić przejście do nowego życia poza światem fizycznym ludziom przybywającym Stąd.
|