Rozdział 14
Odzyskanie Sylwii
Któregoś kwietniowego, zimnego i śnieżnego dnia wyjmowałem pocztę ze skrzynki. Na tablicy ogłoszeniowej, znajdującej się obok skrzynek pocztowych bloku mieszkaniowego, zauważyłem ogłoszenie grupy studyjnej o nazwie "Niebiańskie Proroctwo". Tak właśnie poznałem Rosalie, kobietę, z którą od razu połączyła mnie przyjaźń. Na ogłoszeniu umieszczono jej numer telefonu. Okazało się, że jako jedyny zadzwoniłem z pytaniem o książkę Jamesa Redfielda. Spotkaliśmy się kilka razy, rozmawialiśmy o książce, o naszych zainteresowaniach i tym, co dzieje się w naszym życiu.
Podczas jednego z takich spotkań Rosalie wspomniała o tym, że jej matka zmarła przed dziewięciu miesiącami. Powiedziała też, że jej ojciec, Joe, od śmierci matki ma problemy ze spaniem. Co ciekawe, nie mógł spać tylko wtedy, gdy nocował w domu, gdzie jego żona, Sylwia, spędziła swoje ostatnie dni. Rosalie uważała, że było to dziwne, gdyż ojciec był u niej niedawno i nie miał żadnych problemów ze snem. Pojechali wspólnie w odwiedziny do krewnych, a po drodze, w motelu, spał dobrze. W innych domach spał równie dobrze jak przed śmiercią Sylwii. Rosalie zastanawiała się na głos czy przypadkiem nie jest tak, że w jakiś sposób to właśnie matka nie pozwala ojcu spać.
Rozpoznawszy wzorzec, z którym już wcześniej miałem do czynienia, opowiedziałem Rosalie trochę o tym, czego się nauczyłem podczas programu Linia Życia. Wyjaśniłem jej, na czym polega proces odzyskiwania i towarzyszenia ludziom, którzy utknęli gdzieś po śmierci. Z opisu problemów ze snem jej ojca stwierdziłem, że to możliwe, iż jej matka ma z tym coś wspólnego.
Później tego samego wieczoru, zasypiając już, pomyślałem sobie niezobowiązująco, że może mógłbym poszukać matkę Rosalie. Chwilę potem pojawiła się na króciutką chwilę niewielka, delikatna kobieta. W jej twarzy było coś niezwykłego, lecz nie mogłem tego czegoś dokładnie dojrzeć. Stwierdziłem, że jestem zbyt zmęczony i zapadłenl w głęboki sen.
Jako że nasza grupa dyskusyjna składała się jedynie z dwóch osób, a łatwiej gotuje się dla dwóch osób niż dla jednej, Rosalie i ja znów spotkaliśmy się u niej na kolacji. Kiedy rozmawialiśmy, zaproponowałem jej, że jeśli nie mą nic przeciwko temu, sprawdzę co się dzieje u jej mamy i czy ewentualnie nie mógłbym jakoś pomóc. Rosalie nie miała nic przeciwko temu, a ja ucieszyłem się, że nie pomyślała, iż mój pomysł jest dla niej za dziwaczny. Tego wieczoru dowiedziałem się, że Sylwia zmarła po długiej chorobie i że leczono ją steroidami, a konkretnie predni' sonem. Tuż przed śmiercią Sylwia musiała również zażywać morfinę dla złagodzenia bólu.
Jak zazwyczaj, odłożyłem sprawę Sylwii na ponad tydzień, a moje wciąż żywe wątpliwości sprawiały, że zamartwiałem się czy aby dam radę ją znaleźć. Tak się złożyło, że wyruszyłem na poszukiwania Sylwii podczas kolacji z innym moim przyjacielem, Danem. Dan również ukończył program Podróży przez Bramę i interesuje się żywo odzyskiwaniami. Chciał się przekonać czy będzie w stanie podążać za mną i zobaczyć co się będzie działo. Odczuwając lekkie podenerwowanie związane z moimi umiejętnościami, poszedłem do łazienki, aby skontaktować się z Trenerem i poprosić go o pomoc w zlokalizowaniu Sylwii. Pewnie trochę to dziwnie brzmi, ale moim zdaniem łazienka jest dobrym, spokojnym i zapewniającym prywatność miejscem. Nie jest tak rozpraszająca jak inne pomieszczenia, w których przebywają ludzie' i łatwiej jest tu otworzyć się na odbiór informacji.
Trener pokazał się, a wraz z nim Bob i Nancy Monroe, którzy zaproponowali swe towarzystwo.
- Nie martw się, Bruce, wszystko będzie dobrze - poczułem jak któreś z nich uspokaja mnie.
Przeszedłem do pokoju dziennego i położyłem się na sofie. Dan zaproponował wykorzystanie taśmy o nazwie Swobodny Lot z Focusa 10, a ja się zgodziłem. Włączyliśmy więc taśmę, przygasiliśmy światło, a Dan, usiadł w fotelu naprzeciwko. Założyliśmy na uszy słuchawki, zamknęliśmy oczy i odprężyliśmy się przy dźwiękach Focusa 10. Poczułem, że moja percepcja się zmienia, a potem uświadomiłem sobie, że zaglądam w ową specyficzną, ziarnistą, trójwymiarową czerń. Pomyślałem o Sylwii. Wymówiłem w myślach jej imię i wyraziłem zamiar odnalezienia jej. Czekałem.
Ta dziwna czerń miaia pewną specyficzną cechę, dzięki której każdy kształt, jaki się w niej pojawiał, był na jej tle wyraźnie widoczny i łatwo było go zauważyć. Zazwyczaj wystarczało mi tylko zajrzeć w nią i poczekać aż pojawi się coś, co będzie wyróżniać się na tle ziarnistej czerni. Czasami była to zaledwie maleńka plamka, która albo wyglądała inaczej, albo poruszała się. Tak więc, zaglądałem w czerń i czekałem aż coś zwróci moją uwagę. Przede mną, trochę po prawej stronie, pojawił się niewielki, wyraźny czarny wir. Skupiłem na nim uwagę i zbliżyłem się do niego. Chwilę później pojawiła się przede mną wielka, okrągła, uśmiechnięta twarz Gapcia, jednego z siedmiu krasnoludków. Walta Disneya. Zaśmiałem się bezgłośnie. Co za doskonały obraz twarzy obrzmiałej jak księżyc od zażywania prednisonu, i morfiny łagodzącej ból! Twarz Gapcia jest po prostu doskonała. Gdzieś tu niedaleko jest pewnie Sylwia!
Twarz krasnoludka rozmyła się i zniknęła, a na jej miejscu ujrzałem Sylwię. Zmaterializowała się stojąc wprost przede mną w odległości mniej więcej trzech metrów. Z początku tylko na nią patrzyłem, żeby wyczuć jej obecną sytuację i uniknąć jakichkolwiek błędów, które mogłyby wyniknąć z pochopnej oceny chwili. Już wcześniej nauczyłem się nie oceniać pospiesznie sytuacji i nie przejmować kontroli. Przyjrzawszy się jej bliżej zauważyłem, że najbardziej rzucała się w oczy otaczająca ją ściśle gęsta, szarawo-biała mgła. Wyglądała jak wielka, luźna kula bawełny, skłębiona wokół jej ciała, jakby kokon dwa razy od niej większy. Sylwia była dość drobną i kruchą kobietą, a kiedy spróbowałem mentalnie wyczuć stan jej umysłu, wydała mi się jakby trochę rozchwiana. Nie czuła się zagubiona, jak babka Marli siedząca na krześle w kuchni. Zdawało mi się, że Sylwia nie może myśleć w sposób jasny i przejrzysty, podobnie jak wtedy, gdy obudzimy się, lecz jeszcze nie jesteśmy całkiem rozbudzeni i mamy wrażenie, że nie spaliśmy wystarczająco długo. Na jej twarzy malowała się jakaś pustka, a ruchom brakowało energii. Cała jej postać przypominała osobę opóźnioną w rozwoju.
Obserwowałem ją przez jakąś minutę, po czym postanowiłem sprawdzić, czy rzeczywiście miała coś wspólnego z problemami swego męża. Zwróciłem na siebie jej uwagę i poprosiłem, aby pokazała mi jak nawiązuje kontakt z Joe'em. Posłusznie zawróciła i podeszła do miejsca, z którego mogłem obserwować śpiącego Joego. Najwyraźniej nie przyszło jej do głowy, że to dziwne, iż żeby się do niego zbliżyć, przeszła przez łóżko. Może w otępieniu, które ogarnęło jej umysł, nie zauważyła, że jej nogi przenikają przez materac. Stojąc po lewej stronie Joego, Sylwia zwróciła się ku niemu, wyciągnęła ręce, które przeszły przez materac i dotknęła nimi pleców męża. Potem uniosła ręce, które przeniknęły przez jego ciało. Kiedy powtórzyła to jeszcze raz, zauważyłem jak całym jego ciałem wstrząsnął dreszcz, podobnie jak drży woda w wannie, kiedy delikatnie zanurzamy i wyciągamy z wody ramię. Każdy ruch jej ręki w górę sprawiał, że Joe drżał coraz mocniej. Po sześciu czy siedmiu ruchach, Joe zaczął się kręcić nerwowo. Uświadomiłem sobie, że jeśli Sylwia nie przestanie, Joe za chwilę się obudzi. Nie wiedziałem dokładnie czy obudziłby się fizycznie czy nie, ale byłem pewien, że ruchy Sylwii zakłócają jego sen.
Podziękowałem jej za pokaz i powiedziałem, że może już przestać. Natychmiast mnie posłuchała, stanęła nieruchomo z nogami w materacu i ramionami zwisającymi luźno wzdłuż boków. Zauważyłem, że drgania, w jakie wprawiła niefizyczne ciało Joe'go nie ustają, a wręcz przeciwnie, mają tę samą siłę, co w chwili, kiedy Sylwia się zatrzymała. Joe wciąż kręcił się niespokojnie na łóżku.
Przez następną chwilę sprawdzałem czy Dan jest ze mną i widzi to wszystko. Obserwując go, poczułem się, jakbym patrzył na siebie samego sprzed kilku lat. Dan ujrzał w przelotnych obrazach to, co działo się z Sylwią, Joe'em i za mną. Zdawał się analizować wszystko i zastanawiać głęboko nad tym jak połączyć w całość te obrazy, które zdołał dojrzeć. A kiedy tego dokonał, doświadczenie trwało dalej, lecz on nie był już tego świadom. Wtedy poczułem głosy Boba i Nancy.
- Bruce, musisz wciąż się skupiać na tym, co robisz z Sylwią. W tej chwili to ona i Joe potrzebują twojej pomocy; Danem możesz zająć się później.
- Dan przypomina mi mnie samego, takiego jakim byłem jeszcze niedawno - zauważyłem.
- My zajmiemy się Danem; radzi sobie świetnie. A ty najlepiej zaraz wróć do Sylwii.
Wróciłem więc do Sylwii, zwróciłem na siebie jej uwagę i odnowiłem kontakt. Nadszedł czas, aby jej wyjaśnić jaka jest jej obecna sytuacja. To zawsze jest dla mnie trudne. Przecież mam tak po prostu stanąć przed kimś i powiedzieć, że nie żyje. A to może być dla tej osoby szokiem. Czasami mam z tym prawdziwe trudności. A może po prostu ich odzyskać i nie zawracać sobie głowy mówieniem, że nie żyją. Ktoś tam po drodze na pewno przecież im to powie. Albo może stopniowo uświadomią to sobie, kiedy spotkają ludzi w Focusie 27. Ale z drugiej strony, niektórym potrzebny jest taki szok. Dla mnie to zawsze dylemat, powiedzieć... nie powiedzieć...? Ci, którzy mnie znają, mogą stwierdzić, że często dyplomacja nie jest moją najmocniejszą stroną. Może nawet powiedzieliby, że nie okazuję takiej delikatności, jaka przystoi osobie zajmującej się tego typu sprawami. No cóż...
- Sylwia, muszę ci coś powiedzieć - tak właśnie zacząłam. - Wiem dlaczego tak trudno ci obudzić męża.
Jak dotąd nie powiedziała jednego słowa, nie odezwała się też i teraz. Odwróciła się i spojrzała na mnie oczami bez wyrazu.
- Nie żyjesz już w świecie fizycznym, Sylwio; umarłaś prawie rok temu.
Przez krótką chwilę na jej twarzy widać było konsternację. Jestem pewien, że pomyślała, iż jestem wariatem. Lecz potem przyszły jej na myśl pewne dziwne rzeczy, które zaczęły jej się ostatnio przydarzać. Na przykład to, że jej nogi przechodzą przez materac, a ręce przez ciało Joe'go. A potem doznałem wrażenia, że spoglądam prosto na słońce, wprost w jego oślepiającą jasność wyłaniającą się zza grubej, szarej chmury. Szarawy, bawełniany kokon otaczający Sylwię wyparował i zniknął w ciepłych promieniach słońca. Z jej oczu i ciała zniknęła owa drętwota. Sylwia promieniała! Wyraźna i jasna, jej twarz jaśniała ciepłym uśmiechem skierowanym do mnie! W tamtej chwili uświadomiła sobie wszystko i już wiedziała gdzie i dlaczego jest i jaka jest jej obecna sytuacja.
Poczułem jej myśli; rozumowała jasno po raz pierwszy odkąd ją znalazłem.
- Jeśli nie żyję, to powinnam wiedzieć, co się stanie dalej - pomyślała na głos patrząc prosto na mnie.
Każda nowa myśl dodawała jej sił. Sylwia nie zauważyła jeszcze, że zbliżała się ku niej jasna, promieniująca kula Światła, która zatrzymała się w pewnej od niej odległości, jakby czekając.
- Jeśli nie żyję, to Jezus powinien tu po mnie przyjść i zabrać ze Sobą!
Kiedy to mówiła, wyglądała jak młoda, zakochana dziewczyna. Była szczęśliwa oczekiwaniem, bo wiedziała bez żadnych wątpliwości, że On po nią przyjdzie.
Potem zauważyłem, że nagle zdała sobie sprawę z obecności Światła, które zaczęło powoli zbliżać się ku niej. Wiedziała Kim jest owo Światło, a ono zaczęło zmieniać się. Nie była to już kula, a raczej sylwetka Człowieka otoczonego Światłem będącym Nim. Zanim zatrzymało się przed Sylwią, Światło przemieniło się w najlepszy wizerunek Jezusa ze szkółki niedzielnej, jaki kiedykolwiek widziałem. Jego jaśniejące Światło opromieniało Sylwię. A ona była najzwyczajniej w świecie szczęśliwa!
Unoszące się przed nią jasne, złocistobiałe Światło dostosowało się do jej wierzeń. Radośnie podeszła do Niego. Bez obawy chwyciła za rękę Tego, który przyszedł po nią. Powiedział coś do niej, a potem z uśmiechem na twarzy odwrócił się w kierunku, skąd przybył. Razem unieśli się w powietrze i powoli oddalili.
Odwróciłem się i znów skupiłem uwagę na Danie. Wciąż układał w całość strzępy informacji, jakie udało mu się zebrać i próbował wszystko zrozumieć, analizując kawałek po kawałku. Znów przypomniał mi mnie samego z czasów, kiedy zaczynałem program Linia Życia. Ja również poświęcałem zbyt wiele czasu na analizowanie, a nie dość na otworzenie się na nowe doświadczenia. Wiem, że przede mną jeszcze długa droga. Uświadomiłem to sobie z całą mocą, kiedy tak patrzyłem na Dana.
- Bruce, my zajmiemy się Danem, ty musisz skupić uwagę na tym, gdzie jesteś - poczułem słowa Nancy.
Nie bardzo jednak wiedziałem co mam dalej robić. Zazwyczaj, kiedy już odnajdę i odzyskam kogoś, eksportuję go do Centrum Przyjęć w Focusie 27, gdzie mojego podopiecznego wita ktoś, kogo ten znał wcześniej. Miałem uczucie, że powinienem jeszcze coś zrobić, ale przecież wszystkim się już zajęto. Częściowo z ciekawości postanowiłem pójść za Sylwią i Tym, który po nią przyszedł, i zobaczyć co się stanie dalej. Przyznaję ze wstydem, że na widok tego, co zobaczyłem, o mało nie wybuchnąłem śmiechem.
Ubranie Sylwii zmieniło się. Była teraz odziana w długą, powiewającą, białą satynową suknię. Leżała na boku, na przepięknej, rozświetlonej słońcem polanie pośród gęstej, zielonej trawy. Z zagadkowym wyrazem twarzy słuchała głębokiego, męskiego basu, śpiewającego słowa psalmu "Na niwach zielonych pasie mnie...". Wiedziała, że tak właśnie miało to być, ale jednak coś było nie tak. Nie powinna przecież leżeć na trawie w takiej pięknej, kosztownej sukni. W mgnieniu oka pozycja, w jakiej się znajdowała, zmieniła się. Teraz siedziała, patrząc na ogromny, gliniany kielich, który trzymała przed sobą w dłoniach. Wyglądał jak mała miska umocowana na trzonku z wielką, okrągłą podstawą. Przez brzegi kielicha nieustannie przelewał się przejrzysty, musujący płyn, który spływał po jej rękach na ziemię. To też wydało jej się znajome, ale przecież jednak trochę nie na miejscu, zwłaszcza że jednocześnie ten sam głos zaintonował "...kielich mój przelewa się". Stwierdziłem, że Sylwia z pewnością znajduje się w dobrych rękach, nie jestem tu potrzebny, a ciekawość zaspokoiłem. Obróciłem się powoli dookoła siebie, chcąc poczuć gdzie ostatni raz widziałem jej męża. Złapałem jego sygnał i zawróciłem, aby go odszukać.
Kiedy go znalazłem, wciąż spał. Kręcił się trochę i pojękiwał cichutko. Drgania, które wywołała Sylwia wciąż były silne. Więcej, odkąd go opuściliśmy, bynajmniej się nie zmniejszyły. Jego niespokojne ruchy i jęki były znakiem, że wciąż znajduje się pod ich wpływem. Nie wiedząc co mam właściwie robić, patrzyłem tylko i czekałem na jakiś znak.
Czekając tak, zacząłem sobie przypominać jak Rebeka pracowała z energią podczas wielu z naszych wspólnych, niefizycznych podróży. Przypominałem sobie jakie ruchy wtedy wykonywała. Zapytawszy w myślach czy nie powinienem zrobić właśnie tego, czekałem na odpowiedź. Nadeszła szybko, wzmocniona okrzykiem: "Dalej, do dzieła!". Stanąłem obok Joego, z nogami w materacu i zacząłem przesuwać wolno rękami wzdłuż całego jego ciała. Wyraziłem w myślach pragnienie zatrzymania drgań, które powoli słabły. Wciąż przesuwałem ręce nad ciałem Joego, aż w końcu drgania całkiem ustały. Poczułem wyraźnie, jak Joe odpręża się i znów zapada w głęboki, przynoszący odpoczynek sen. Zdawało mi się, że wszystko dobiegło końca, więc skupiłem się na Danie, zastanawiając się co mam robić dalej. W następnej chwili zdarzyło się coś całkowicie niespodziewanego.
Dan wciąż tam był, siedział otoczony kulą jasnego, złotego światła. Analizował kolejne strzępy informacji, próbując dopasować je do siebie. Było tego tak niewiele, a przerwy między nimi tak duże, że nie miał wielkiej szansy na ułożenie spójnego obrazu całego zdarzenia.
Patrząc na niego, czekałem na rozwój wydarzeń. Nagle z mojej prawej strony wyłonił się starszy mężczyzna, o którym jakoś wiedziałem, że jest ojcem Dana, i zbliżył się do niego błyskawicznie. Podszedł tuż do Dana i zwrócił na siebie jego uwagę. Widząc ojca, Dan zdumiał się. Ojciec zaczaj do niego mówić. Rozmawiali o czymś, co nie zostało pomiędzy nimi dokończone.
Przez chwilę myślałem, że może powinienem skupić się na ich rozmowie. Gdyby Dan zapamiętał cokolwiek z tego zdarzenia, to podsłuchując ich, może później mógłbym, zweryfikować je dla niego. Już zacząłem skupiać się na ich rozmowie, kiedy poczułem, że Bob i Nancy są temu przeciwni.
- Nie musisz słuchać tego, co mówią. Odsuń się trochę i pomóż nam otoczyć ich obu kulą światła.
Odsunąłem się więc na kilka metrów i wyraziłem zamiar dodania mojej energii do kuli światła, która już otaczała tę dwójkę. Wciąż ich obserwowałem, zauważyłem więc, że Dan wykazuje pierwsze objawy zdenerwowania wywołane sprawę, którą chciał dokończyć jego ojciec. Zdawało się, że między nimi wyrasta ściana, która utrudnia ojcu dotarcie do syna. Niedługo potem podenerwowanie Dana sprawiło, że komunikacja po prostu urwała się. Widząc to, ojciec cicho odszedł. Zaczekałem jeszcze chwilę, a potem podziękowałem Bobowi, Nancy i Trenerowi za ich pomoc. Otworzywszy oczy, powróciłem świadomością na sofę i do pokoju dziennego.
Dan i ja przeszliśmy do jadalni, usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy rozmawiać. Chciałem dać mu możliwość zweryfikowania swego doświadczenia i podzielenia się nim. Niewiele pamiętał z tego, co mu się przydarzyło.
- Pamiętam jakieś przebłyski obrazów, ale nie potrafię ich połączyć w sensowną całość - podsumował Dan.
Powinienem był na tym zakończyć rozmowę. To, co wydarzyło się między nim a jego ojcem było ich prywatną sprawą i nic mi do tego. Powinienem był się tego domyślić z zachowania Boba i Nancy, ale tym razem popełniłem kolejny błąd, który miał mnie czegoś nauczyć. Wahałem się czy wspomnieć o pojawieniu się jego ojca, a wahanie to przypisywałem temu, że nie wiedziałem czy jest on "żywy" czy "martwy". To wahanie też powinno być dla mnie wskazówką, że mam sprawę zostawić w spokoju. Zignorowałem ją. Zapytałem go, jakie są stosunki między nim a jego ojcem. Dan stwierdził, że istnieją między nimi pewne kwestie, które jego ojciec (żywy) chciał omówić w sposób, jaki uważał za ojcowski i pełen miłości. Chodziło o przebaczenie, żeby tak to ująć, którego przyjęcie było dla Dana wyjątkowo trudne. Jakiś czas później Dan wyznał mi, że ojciec zadzwonił do niego następnego ranka po jego "wizycie" i postanowili, że się spotkają i o wszystkim porozmawiają. Nie wiem o czym rozmawiali. Wtedy uświadomiłem już sobie, że jest to wyłącznie ich sprawa i nie powinienem się wtrącać. Nie powinienem był ingerować mówiąc Danowi o wizycie ojca. To była dla mnie nauka, zapamiętam ją i następnym razem spróbuję rozegrać sprawę inaczej. Ludzie zasługują na szansę samodzielnego załatwienia swoich własnych spraw.
Kiedy dzień czy dwa później znów spotkałem się z Rosalie na domowej kolacji, opowiedziałem jej o tym, czego doświadczyłem podczas odzyskania jej matki. Pokazała mi zdjęcie Sylwii zrobione na jakiś czas zanim wkroczyła w Życie po Śmierci. Podobieństwa między nią a kreskówkowym wizerunkiem Gapcia zdumiały mnie. Oboje mieli taką samą okrągłą twarz i duże pulchne policzki. Oboje mieli zaraźliwy ciepły uśmiech, który przemawiał do każdego serca.
W ciągu dwóch tygodni od odzyskania, Joe postanowił, że może już przenieść się z powrotem do sypialni, którą dzielił z Sylwią przez całe ich wspólne życie. Nie nocował tam od jej śmierci, twierdząc, że po prostu źle mu się tam śpi. Rosalie powiedziała mi, że Joe ma jedynie niewielkie problemy natury geriatrycznej, lecz sypia zupełnie dobrze. To był jedyny, rzeczywisty dowód na to, że to, co mi się przytrafiło, było prawdziwe. Niespecjalnie to pocieszające, ale jednak zawsze coś.
Całość pasowała do wzorca, z jakim już wcześniej spotkałem się w badaniach Życia po Śmierci. Małżonkowie, którzy umierają, czasami nie zdają sobie z tego sprawy. Zostają więc w znanym sobie otoczeniu sprzętów i ludzi. Niektórzy czują frustrację albo nawet gniew widząc, że ich fizycznie żywy małżonek ignoruje ich i nie zauważa. Często dzieje się tak, że próby porozumienia się z ukochanymi żyjącymi w świecie fizycznym mają namacalne skutki. To całkiem częste zjawisko.
Kiedy opowiadam tę historię, niektórzy reagują bardzo emocjonalnie i twierdzą, że to nie prawdziwy Jezus przyszedł po Sylwię. Moim zdaniem, niektórzy uważają, że to świętokradztwo, iż taki heretyk jak ja był świadkiem tego zdarzenia, jeśli ono w ogóle miało miejsce. No cóż, nie mogę tego udowodnić. Nie wiem i tak naprawdę mało mnie to obchodzi.
Sylwia nie tkwi już w pułapce, a Joe śpi spokojnie. Mnie to wystarczy. Jeśli o mnie chodzi, to mógł to być Jezus albo zaledwie Pomocnik, który przybrał Jego postać, aby dopasować się do wierzeń i oczekiwań Sylwii. Pomocnicy potrafią z łatwością przybrać postać kogoś, kogo dana osoba rozpozna. Wiem, że jej przejście z domu, w którym umarła, do miejsca, gdzie poszła, było łatwiejsze właśnie dzięki temu, że On się pojawił. Poza tym uważam, że i tak wyraziłby zgodę na to, aby jeden z Pomocników przyjął Jego postać. Po tym wydarzeniu nie sprawdzałem już jak się powodzi Sylwii. Zawsze miałem wrażenie, że wszystko jest z nią w jak najlepszym porządku. |