Rozdział 26
Znów budzik?
Łubudu!... Bez żadnego ostrzeżenia wybucha kolejna bomba. Kompletnie nas to zaskakuje. Helaina próbuj mówić na wdechu. Jest tak podekscytowana, że jej pierwsze słowa wydobywają się gdzieś z głębi gardła charczącym dźwiękiem. Nie rozumiem ani słowa, póki w końcu nie zaczyna normalnie oddychać. Mówi głośno, znów jest na skraju załamania.
- Światło! Światło! Wychodzi z obrazu w mojej sypialni! Oświetla cały pokój! O, Boże, co się dzieje!?
- Jakiego koloru jest to światło? - pytam spokojnie.
- Co?
- Jakiego koloru jest to światło w twojej sypialni? - Wszystko dzieje się bardzo szybko. Pytam, a ona odpowiada niemal natychmiast.
- Białe, bardzo jasne, widać też trochę żółci, bardzo jasnej żółci - mówiąc, uspokaja się nieznacznie. - Otacza obraz jakby chmurą, przy samym obrazie jest najjaśniejsze.
- Gdzie w twojej sypialni wisi ten obraz, Helaino?
- W nogach łóżka. Kiedy leżę, mogę na niego patrzeć. Wisi na ścianie w nogach mojego łóżka! To ten sam obraz, który tak mnie przestraszył dziś rano.
- Co czujesz, kiedy widzisz to światło?
- Co czuję? - zastanawia się.
W telefonie zapadła cisza. Czuję jak ze środka jej klatki piersiowej coś emanuje. Potem, ostrożnie, dotyka światła. Czuję, kiedy nawiązuje namacalny kontakt. Nie mówi słowa przez przynajmniej piętnaście sekund.
- To najpotężniejsza miłość, jaką kiedykolwiek czułam.
Jej głos płynie powoli i spokojnie, niby ciepły, słodki
miód. A potem wyczuwam w nim lekkie zaniepokojenie.
- W moim pokoju znów są Amisze. Niektórzy z nich odwracają się do korytarza. Chyba też zauważyli to światło. Jeden z nich idzie w jego kierunku. Jest przed obrazem... patrzy w światło... och! - krzyknęła nagle, zdumiona. - Mój... Boże...! Światło po prostu wciągnęło go do obrazu! To takie... dziwne! Na tym obrazie jest Marylin Monroe, Bogart i inni, nie ma w nim nic wyjątkowego. Kupiłam go w domu towarowym. Najnormalniej w świecie wciągnęło go do obrazu! Kilku następnych idzie do światła. Wstałam, więc widzę wszystko lepiej. Sama chcę podejść do światła i przyjrzeć mu się dokładniej, ale boję się, że i mnie wciągnie,
- Helaina, to światło nie jest dla ciebie zagrożeniem! Jesteś całkowicie bezpieczna! Rozmawiasz przez przenośny telefon? - nie wiem dokładnie czy powinna iść do sypialni, ale sprawdzam opcje.
- Nie przenośny telefon mam w sypialni, tam, gdzie jest światło, ale za bardzo się boję, żeby teraz tam iść po niego.
- W porządku, ale możesz patrzeć z miejsca, gdzie jesteś teraz?
- Uuhhh... ach... fuj! - rozlegają się w słuchawce odgłosy wyrażające totalny niesmak. Są tak głośne, że aż boli mnie ucho. - Przestań! Nie rób tego!
- Co się dzieje, Helaino? - tym razem to ja jestem zaskoczony.
- Jeden z nich właśnie przeszedł przeze mnie; jeden z tych mężczyzn! Po prostu sobie przeze mnie przeszedł! Obrzydliwe... i niegrzeczne! - w jej głosie jest więcej złości niż strachu.
- Uuhhh... fuj! Przestań...! Znów przeze mnie przeszedł!
- tym razem w jej głosie brzmi stanowczość. - Wcale na mnie nie zważają; tak bardzo przyciąga ich światło, że nawet mnie nie zauważają. Po prostu sobie przeze mnie przechodzą. To bardzo niegrzeczne.
- Chcesz, żeby przestali przez ciebie przechodzić? - pytam niepewny czy nie będę musiał chwycić jej mocno i zatrzymać przy sobie.
- Tak! Wcale na mnie nie zważają! To naprawdę niegrzeczne!
- Prześlij wokół siebie wiadomość, że tu jesteś. Niech widzą gdzie jesteś i powiedz im, żeby przechodzili naokoło - tylko to przychodzi mi do głowy.
- W porządku, teraz przechodzą dokoła mnie. Naprawdę, ci ludzie w ogóle nie potrafią się zachować!
Niemal wybucham głośnym śmiechem słysząc ten komentarz. Już nie bała się duchów. Dla niej byli zwykłymi ludźmi i to bardzo niegrzecznymi ludźmi.
- Jeszcze kilku idzie w kierunku obrazu; stają przed nim i patrzą w światło, a ono ich wciąga. Och, kolory się zmieniają, strumienie światła wypływają z obrazu i zalewają sypialnię!
- Jakie kolory widzisz? - pytam, sam zaciekawiony.
- Czerwony. Czerwone wstęgi i jasnoniebieska mgła tuż przy obrazie. Uuhhh... znów któryś przeszedł przeze mnie. Przestań!
- Możesz im znów powiedzieć, żeby cię omijali. Może ten gość nie zwracał przedtem uwagi.
- Aha, zapomniałam - powiedziała, jakby sama sobie o tym przypominała. - Gdzie ich to światło zabiera, dokąd idą? Wiem, że nie zostaną ukarani; wygląda to bardziej, jakby wracali do Boga. W jakiś sposób utknęli po drodze, a teraz odnaleźli się i wracają do Boga. Światło jest takie wybaczające, tak pełne miłości; to światło łaski. Nieważne co robili do tej pory, źli czy nie, będzie im przebaczone.
- O ile wiem, to masz rację. Nie zostaną ukarani, cokolwiek zrobili.
- Wiesz, gdzie zabiera ich to światło?
- Z tego, co wiem, to udają się do miejsca, które nazywam Parkiem albo Centrum Przyjęć.
- Co to za miejsce? Co się z nimi stanie, kiedy już się tam znajdą? Wiem, że nie zostaną ukarani... - wyczułem w jej głosie ulgę.
- Byłem w Parku wielokrotnie. Kiedy ktoś nowy tam przybywa, zazwyczaj wychodzą mu na spotkanie jego ukochani, przyjaciele lub krewni. W tym miejscu ludzie wychodzą z szoku wywołanego opuszczeniem świata fizycznego. Jest tam wielu ludzi, których nazywam Pomocnikami, którzy żyją i pracują w Parku. Pomocnicy przebywają tam dość długo, aby wiedzieć jak pomóc nowo przybyłym i dlatego zgłosili się do tego zadania na ochotnika. Czasami Pomocnicy organizują specjalne usprawnienia, aby ułatwić nowo przybyłym przejście.
- Co to za specjalne usprawnienia? - w jej głosie zabrzmiała prawdziwa ciekawość.
- Kiedyś przyprowadziłem tam lekarza, który umarł już jakiś czas wcześniej. Wylądowaliśmy w jego gabinecie. Byliśmy w rejestracji, choć recepcjonistki nie było na miejscu. Stały tam krzesła dla czekających pacjentów, a na małych stoliczkach leżały gazety, które pacjenci mogli sobie czytać, aby skrócić czas oczekiwania. Nie było tam jednak żadnych pacjentów, a my mogliśmy zajrzeć do gabinetu. Wszystko wyglądało dokładnie tak jak w gabinecie lekarskim. Zaraz potem dwóch Pomocników weszło do poczekalni i przedstawiło się lekarzowi, którego przyprowadziłem. Ubrani byli jak lekarze i zachowywali się, jakby nimi byli. Całe to otoczenie tak bardzo było owemu lekarzowi znajome, że czuł się tam jak w domu. Zaczął rozmawiać z Pomocnikami, którzy wiedzieli, że jeśli uda im się zająć nowo przybyłego rozmową w znajomym mu otoczeniu, to będą mogli uświadomić go gdzie się naprawdę znalazł, a on im nie ucieknie, żeby znów gdzieś utknąć. Park, lub Centrum Przyjęć, można zmieniać, tak żeby wyglądał i przypominał miejsce najbardziej odpowiednie dla nowo przybyłej osoby. Myślę, że robi się to dlatego, aby pomóc im dostosować się do faktu, że nie żyją już na Ziemi. Czy ta odpowiedź jest wystarczająca?
- Tak. Jak myślisz, co się stanie z tymi Amiszami, kiedy dostaną się do Parku?
- Myślę, że połączą się z przyjaciółmi i ukochanymi. Co teraz czujesz, Helaino?
- Wręcz niewypowiedziany spokój. Światło znikło z obrazu, a w moim pokoju nie ma już nikogo.
- Bardzo dobrze, świetnie sobie z tym wszystkim radzisz.
Cieszyłem się, że moja historia przywiodła ją na tę stronę Kurtyny. Była spokojna, a ja czułem pewność, że wspaniale sobie ze wszystkim poradzi.
- Bruce - usłyszałem w umyśle głos Trenera. - Wkraczamy w nową fazę. Od tej chwili nie przeszkadzaj Helainie ani nie zatrzymuj jej w żaden sposób.
- Nawet, jeśli będę uważał, że ją tracimy? - pomyślałem na głos do Trenera.
- Nawet wtedy. Ona musi to zrobić sama, bez względu na to, co się będzie działo. Dalej nie możesz jej poprowadzić. Ona musi pójść sama, póki nie poczuje, że panuje nad wszystkim, bez względu na to jaki będzie tego wynik. |